3. Dosięgając tęczy
„Najczęstszy ludzki błąd - nie przewidzieć burzy w piękny czas.”
Nie miałem pojęcia jakich użyć słów, a nawet gdybym wiedział i tak chyba nie potrafiłbym ich z siebie wydobyć. Jak, do kurwy nędzy, przemawia się do najbliższej osoby, której nie widziało się od kilku lat…? Niemo wpatrywałem się w Dimę, który stał naprzeciwko mnie. Zmężniał od czasu, kiedy ostatni raz go widziałem, jednak wciąż zachował młodzieńczość. Nie wiem jak długo tak stałem, nic nie mówiąc i prawie nie oddychając. Szok był zbyt mocny. Prawdopodobnie zdziwiłbym się mniej, gdyby z niebios zstąpił Bóg, aby ze mną porozmawiać. Dymitr zakończył ten bezruch, postępując kilka kroków do przodu i obejmując mnie. Ten gest przerwał tamę. Nie zdołałem powstrzymać ani drżenia ramion, ani łez, który cisnęły się mi do oczu. Okropnie mnie to zawstydziło, więc nieporadnie próbowałem zasłonić się ręką, a potem odwrócić głowę. Ze wszystkich sił starałem się powstrzymać szloch, co zaowocowało łapaniem nerwowych haustów powietrza.
- Spokojnie – szepnął lekko drżącym głosem.
To nieco mi pomogło. Po kilku chwilach oderwałem się od niego i odstąpiłem krok do tyłu.
- Co ty tutaj… jak… czemu? – zachrypiałem nieskładnie, z lekkim trudem przerzucając się na rosyjski. Poza tym nie mogłem się zdecydować, o co właściwie chcę go zapytać.
- Przepraszam. Naprawdę przepraszam – odrzekł.
Przepraszasz…? Po chwili zrozumiałem, za co mnie przeprasza i gdy pierwszy szok minął, pojawiły się gorzkie wyrzuty i żal.
- Dlaczego wcześniej nie przyjechałeś? Dlaczego… nie dawałeś żadnych znaków życia? Przez tyle czasu… - odruchowo złapałem się jedną dłonią za głowę, czując lekkie zawroty.
Zamknąłem oczy, aby po chwili znowu je otworzyć i utkwić w przyjacielu. Nie… Nie mogłem w to uwierzyć. To było zbyt wiele.
- Chciałem. Bardzo. Ale to nie takie proste, Till… Nie mogłem.
- Nie mogłeś. – pozwoliłem, aby moja dłoń zsunęła mi się po twarzy i bezwiednie opadła – Nie mogłeś przyjechać przez pierdolone pięć lat!
Mój krzyk rozniósł się po klatce schodowej. W oczach Dymitra dostrzegłem coś na kształt smutku. Kiedy mi nie odpowiedział, dodałem:
- Zapomniałeś o mnie.
Przez jego twarz przebiegł cień złości.
- Jak mógłbym o tobie zapomnieć, do cholery?! Wychowałem się z tobą. Jesteś mi jak brat. Naprawdę myślisz, że zapomniałem? Czy byłbym tu teraz, gdybym zapomniał? Po co?! Żeby powspominać dawne czasy, jak rzucaliśmy kamieniami w szyby starej Pawłowej i pooglądać zdjęcia?
Pomimo tego, że przemawiało przez niego wyraźne wzburzenie, którego nie starał się ukryć, poczułem ulgę. To, co mówił miało sens i uspokoiło mnie. Uśmiechnąłem się lekko na jego ostatnie zdanie.
- I jak potem goniła nas z tą starą, antyczną spluwą, którą zdjęła ze swojej ściany.
Rysy twarzy Dimy złagodniały i uśmiechnął się na tę uwagę. Lekko pokiwał głową.
- A trzeba przyznać, że miała kobieta krzepę.
- Jak na ten wiek…
Spojrzeliśmy na siebie ze zrozumieniem. Złość jakoś zupełnie ze mnie wyparowała, zastąpiona przez radość. Uściskaliśmy się znowu, jednak w bardziej męski i konkretny sposób niż za pierwszym razem. Dima lekko poklepał mnie po plecach.
- Dobrze cię widzieć.
Dyskretnie otarłem resztki łez o jego płaszcz. W końcu ta reakcja wydała mi się taka… żenująca. Uścisnął mnie szybko i mocno, poczym rozluźnił uścisk.
- Nigdy mnie chyba jeszcze tak nie zaskoczyłeś – stwierdziłem z lekkim uśmiechem.
- Nie? Wyliczyłbym parę razy – podniósł moją porzuconą reklamówkę. – No, może parędziesiąt. Jesteś pewien, że ten jest moim największym osiągnięciem?
Już miałem go szturchnąć, kiedy dostrzegłem, że schyla się po walizkę. Spojrzałem na niego pytająco.
- Zostanę u ciebie… przez jakiś czas – wyjaśnił.
- Pierdolisz – mruknąłem, szczerząc się.
- Nie, nie. Nie tym razem. To mogę wejść? Czy jednak mnie nie zaprosisz? – zapytał z błyskiem oku.
Wciąż nie dowierzając, że to się dzieje naprawdę, wyciągnąłem klucz i otworzyłem drzwi.
Dima wniósł rzeczy i postawił je na podłodze.
- No, no. Niezbyt tu przestronnie. Jak na takiego paniczyka spodziewałem się jakiegoś apartamentu – zażartował.
- Że coś ty powiedział?! – naburmuszyłem się.
- A nie jesteś paniczyk? Takiego wybrednego, wygodnickiego dzieciaka przez całe swoje dzieciństwo nie spotkałem – ciągnął, udając poważny ton.
- Skoro przez całe dzieciństwo bawiłeś się ze mną, to jak mógłbyś spotkać kogoś wybredniejszego, co? – mruknąłem.
- Hej, nie zapominaj, że widziałem w szkole wiele dzieciaków – zaprotestował. – No, zobaczmy. Zaraz udowodnię swoją tezę.
Zanurzył dłoń w reklamówce, którą przed chwilą tu wniósł.
- Co my tu mamy… No proszę, trzy rodzaje serów! Arystokrata! I ja się niby mylę, tak?
- Jeszcze jedno słowo, a śpisz w wannie! – oburzyłem się.
Dima podszedł do mnie i zanurzył swoje rozbawione spojrzenie w moich wyzywających, dziecięco oburzonych oczach.
- Prawie nic się nie zmieniłeś. Tylko zeszczuplałeś. Nie jesteś już taki pyzaty – stwierdził i jakby na dowód swoich słów zaczął tarmosić moje policzki.
- Co ty mi robisz?! W tej chwili przestań! – obruszyłem się znowu i próbowałem odciągnąć od siebie jego dłonie. Kiedy to się nie udało, spróbowałem się wyrwać. Przesunęliśmy się kilka kroków do przodu, w efekcie czego Dymitr potknął się o pełną reklamówkę i stracił równowagę. Rzecz jasna, runąłem razem z nim.
- O żesz… Czuję coś twardego na plecach. Czy w tej torbie były jakieś butelki? – zapytał, wciąż leżąc.
- Nie. Konserwy – sprostowałem.
- O, konserwy! Burżuj je konserwy! – mruknął zaczepliwie, poczym dźwignął się na łokciach. Spojrzał na mnie lekko zaskoczony – Ale masz czerwone policzki! Jak matrioszka!
- To przez ciebie! – warknąłem i z oburzeniem walnąłem go w ramię – Ja ci dam matrioszkę!
Zamiast mi oddać, tylko się zaśmiał. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie rozbawieni, poczym nieco się uspokoiliśmy. To było intrygujące, że upływ lat nie sprawił nam żadnej różnicy. Chociaż tak wiele się zmieniło, to tak naprawdę… wciąż było tak samo. Tak naprawdę nic się nie zmieniło. Ten wniosek uderzył we mnie tak bardzo, że momentalnie spoważniałem. Nie miałem pojęcia, co Dima robił przez te wszystkie lata, ale wiedziałem, że patrzył na mnie z tym samym łobuzerskim, szczerym spojrzeniem, co wówczas, kiedy był nastolatkiem. I w tej jednej chwili odczułem ten drażniący brak, który mi dokuczał, kiedy go nie było.
Może przed drzwiami udało mi się jakoś powstrzymać, ale teraz rozkleiłem się na dobre. Łzy ciekły mi ciurkiem po twarzy i nie potrafiłem nic z tym zrobić. Wszczepiłem się w jego płaszcz palcami i wycedziłem przez łzy:
- Tak strasznie… za tobą tęskniłem.
- Wiem, Tillu. Ja też. Dlatego przyjechałem – odrzekł, przyciągając mnie do siebie.
***
- Moja praca ma taki charakter, że… nie do końca mogę robić to, czego chcę. Chociaż jest dochodowa, paradoksalnie jestem… dość ograniczony.
Ściskałem kubek herbaty, wpatrując się w jego ciemną głębię. Wziąłem głęboki oddech, zastanawiając się czy zareagować na jego słowa tak, jak tego chciałem. Czy nie lepiej po prostu pokornie wysłuchać do końca i nie zadawać żadnych pytań. Tak byłoby wygodniej i dla mnie i dla niego.
Nie. Nie mogłem.
Podniosłem na niego wzrok i odstawiłem kubek.
- Do cholery, Dima, nie jesteś w jakimś cholernym urzędzie! Mówisz do mnie w taki sposób, jakbyś… no nie wiem… był na jakimś biznesowym meetingu. Twoje tłumaczenia są tak pokrętne, jak twoje rzadkie listy, kiedy jeszcze je do mnie pisałeś.
Skrzywił się nieznacznie. Wiedział, że mam rację i że mam prawo mieć do niego pretensje. Zacisnął usta, jakby zastanawiając się, co powinien mi powiedzieć.
- Doskonale wiem, że to jakaś czarna robota. Inaczej nie zniknąłbyś jakby cię ziemia pochłonęła. Takie rzeczy wciągają, prawda? – oznajmiłem, lekko się wahając. Nie wiedziałem, jak na to zareaguje i po co w ogóle to mówię. Zwyczajnie blefowałem, mając nadzieję, że wyciągnę z niego coś jeszcze.
- Tak? W takim razie tym bardziej powinieneś to wszystko zrozumieć.
Drgnąłem. Zamyśliłem się nad tym. Czyli jednak… nie pomyliłem się?
- Nie mogę ci mówić zbyt wiele. Nie chcę cię wdrażać w żadne szczegóły. Nie może ci wystarczyć świadomość, że gdybym tylko mógł…
- Tylko, że ty zawsze robiłeś to, czego byś nie mógł! – przerwałem mu z wyrzutem. Nie byłem co prawda już tak rozżalony jak na początku, ale frustrowały mnie jego pokrętne wyjaśnienia. Chciałem, żeby powiedział mi prawdę. W końcu należało mi się to, po tych wszystkich latach.
- Owszem! – lekko podniósł głos. – I oto tu jestem! – rozstawił szeroko ręce, akcentując swoje bytowanie w moim mieszkaniu.
Rozszerzyłem oczy ze zdziwienia. Próbowałem się połapać, co to oznacza.
- Czy chcesz przez to powiedzieć, że… - zacząłem, chcąc uzyskać potwierdzenie moich domysłów.
- Dokładnie! Nie powinno mnie tu być, kategorycznie.
Zamrugałem, trawiąc tę intrygującą, nową informację.
- A jednak przyjechałeś… - pozwoliłem sobie zauważyć.
- Tak. I mogę przez to ściągnąć na ciebie problemy… - mruknął, marszcząc brwi.
Wyszczerzyłem się do niego, słysząc ostatnie zdanie.
- Zawsze to robiłeś… - zauważyłem.
Dima skrzywił się i powolnie wstał z fotela.
- Tym razem to nie żarty – oznajmił.
Również wstałem. Nie miałem już potrzeby pytać go o cokolwiek.
- Chcesz coś zjeść? – zapytałem, udając się do kuchni. – Jak już zauważyłeś, właśnie zrobiłem zakupy, więc… Pasztet? A może szyneczka?
Akurat klęczałem przy otwartej lodówce, kiedy poczułem na swojej głowie dłoń Dimy.
- Ty egoistyczny, irracjonalny dzieciaku – stwierdził dość pieszczotliwie – Wystarczy ci świadomość, że według wszystkich znaków na niebie i ziemi nie powinienem tu przyjeżdżać pod żadnym pozorem, a jednak to zrobiłem, żeby cię zobaczyć! I już wszystko jest w porządku, wszystko nieważne, bo jednak okazało się, że ty jesteś najważniejszy?
Po tonie jego głosu zorientowałem się, że jest dość rozczulony. Uśmiechnąłem się na te słowa. Odwróciłem głowę w jego stronę.
- Ująłbym to w inne słowa, ale… Skoro postanowiłeś wyrazić to w taki sposób – odpowiedziałem lekko.
- Twój egocentryzm przekracza wszystkie możliwe granice, doprawdy…
- Ciesz się, że dzięki niemu nie musisz mi udzielać żadnych, niestosownych szczegółów. Czuję się wyjaśnieniami zupełnie usatysfakcjonowany – mruknąłem, nieco speszony.
Pobłażliwie pokręcił głową.
- W takim razie… może być szyneczka.
Odetchnąłem z ulgą, że ta najtrudniejsza część jest już za nami. Jednak wraz z poczuciem rozluźnienia, dopadło mnie także zmęczenie. Wszystkie silne emocje, które przelały się przeze mnie w tak krótkim czasie dawały o sobie znać. Wstawiłem wodę, żeby przygotować sobie kawę. Podczas gdy ja robiłem kanapki, Dymitr rozsiadł się wygodnie na kuchennym krześle. Przez chwilę przypatrywał się mi bez słowa. Po prostu milczał, pogrążony w swoich myślach. Przeszło mi przez głowę, że ta sytuacja jest taka niemożliwa. Po raz kolejny, w ciągu tej godziny.
- Czym ty się zajmowałeś przez te lata, Till? – odezwał się końcu.
- Kiedy byłem jeszcze w Rosji… Właściwie to niczym. Chodziłem do szkoły. I czasem przychodziłem do twojej matki na herbatę. Oglądałem z nią zdjęcia, albo telewizję…
- Ona cię traktowała niemalże jak drugiego syna – stwierdził. – Zauważyłeś?
- Dopiero, gdy byłem starszy. Myślę, że dopiero, gdy wyjechałeś, tak naprawdę. Bo nie przychodziłem już do ciebie, tylko do niej… I faktycznie, kiedy o tobie rozmawialiśmy… Czułem się jakbyśmy naprawdę byli jedną rodziną.
Uśmiechnął się, ale raczej dość smutno.
- Jakby nie było, można powiedzieć, że to ona cię wychowywała.
Stężałem na te słowa. Dymitr od razu zorientował się, czemu i że nie powinien tego mówić.
- Przepraszam – odparł, zaaferowany. – To było głupie, nie pomyślałem…
- Przestań – machnąłem ręką, dając mu do zrozumienia, że ma się nie przejmować. – Masz rację, faktycznie tak było. Przecież wiem.
Tak samo jak ty wiem, że moi rodzice tak naprawdę nigdy mnie nie wychowywali. Zapewniali mi wszystko, czego potrzebowałem, ale wiecznie zajęci, po prostu nie mieli dla mnie czasu. I dlatego nie byłem z nimi nigdy zbyt blisko, na pewno nie tak, jak z matką Dymitra.
- Co tam u mojej mamy? – zapytał.
Już miałem powiedzieć „tęskni za tobą”, ale w porę się powstrzymałem. Nie chciałem mu sprawiać przykrości. Po chwili odparłem wymijająco:
- Wszystko w porządku. Jest zdrowa.
- Odkąd ty także wyjechałeś, musi czuć się samotna.
To był smutny temat, a ja nie miałem już ochoty poruszać przykrych rzeczy. Zdawałem sobie sprawę, że zapewne ją także chciałby odwiedzić, ale nie może.
- Daje sobie radę – zapewniłem go, uśmiechając się. – Potem przyjechałem tutaj, na studia – szybko powróciłem do poprzedniego tematu.
- Jakie? – zainteresował się.
- Aktorskie.
Skończywszy przygotowywanie posiłku, postawiłem talerz przed Dimą, a po chwili doniosłem swoją porcję i kubek z kawą.
- O, to świetnie…! – podekscytował się.
- Wyleciałem – wtrąciłem ze sceptycznym uśmiechem, zanim zdołał się rozkręcić.
- Co? – zapytał zdziwiony. – Czemu?
- Nie przykładałem się wystarczająco – przyznałem szczerze. – Wcześniej mi się udawało… jakoś.
Kiedy połknął pierwszy kęs, zagadnął:
- Ale czemu, Till? Z lenistwa? Przecież nie jesteś leniwy, gdy ci zależy.
- No właśnie. Nie zależało mi.
- Ale aktorstwo… Nie wyobrażam sobie ciebie w żadnym innym zawodzie tak jak w tym! Jakie ty tragedie potrafiłeś wystawiać, kiedy… - zaczął z przebiegłym uśmiechem.
- Cicho – mruknąłem, przewidując, że zaraz usłyszę coś kompromitującego.
- Przecież byłeś świetny. A jak potrafiłeś zmyślać!
- Nie zmyślałem! Wcale nie. A jeśli nawet… to i tak zawsze się zorientowałeś.
-No, ja tak! W końcu nikt cię nie znał jak ja. Ale nie pamiętasz jak wmówiłeś mojej mamie, że porwali mnie jacyś panowie w czarnych płaszczach?
- Nie przypominaj mi, ale była potem wściekła…
- Niepotrzebnie ci pokazywałem Matrixa – stwierdził, kończąc jedzenie. – No, a co teraz?
- Teraz… Sprzedaję.
- Sprzedajesz? Co?
- Kebaby.
- Żartujesz?
- No, nie, nie. Od bohatera do zera.
- Nie mów tak – oburzył się. – Planujesz coś chyba?
- Na razie nic. Wyleciałem w zeszłym miesiącu.
Podparł głowę na dłoni. Ziewnął przeciągle.
- Wybacz… Podróż była męcząca – usprawiedliwił się. – I robisz coś jeszcze?
- Po robocie… chodzę do teatrów, muzeów, kin… - ziewnąłem także, zarażając się od niego. – No i od jakiegoś czasu właśnie tak to wygląda.
-Sam?
- No a z kim mam chodzić?
- No nie wiem, z przyjaciółmi, z dziewczyną? – podrzucił mi.
Przewróciłem oczami.
- Z przyjaciółmi, z dziewczyną – przedrzeźniłem go. – Nie mam.
- Nie? – zdziwił się. – Nie dogadałeś się z nikim tutaj?
- Dima, daj spokój! Oni wszyscy są tacy nudni!
- Wszyscy? – zaśmiał się na tę uwagę. – W całym Hamburgu?
- Ludzie z reguły są albo głupi albo nudni. Męczą mnie – przyznałem szczerze.
- Nie przesadzasz? – upewnił się.
- No, dobrze. Są jeszcze tacy, który nie są ani nudni ani głupi. Wtedy nie mam z nimi wspólnego tematu – uznałem beztrosko, odchylając się na krześle.
- A nie istnieje nikt, kto nie jest nudny, głupi i z kim potrafisz się dogadać? – dopytywał się, coraz bardziej rozbawiony.
- No, pewnie, że tak. Ty!
- I ja jestem jedyny na świecie?
Uniosłem jedną brew, patrząc na niego podejrzliwie. Jego spojrzenie wydawało się krzyczeć „Powiedz tak, powiedz tak!”
- I to ja tu jestem skoncentrowany na sobie, tak? – zapytałem cynicznie i z przekorą.
Roześmiał się i spuścił wzrok.
- To niemożliwie, że ty się nic nie zmieniłeś. To naprawdę niemożliwe! – odparł, wstając.
- Ty też nie! – odpowiedziałem.
- Ja bardzo. Ale tylko pod pewnymi względami – zanim zapytałem, pod jakimi, zmienił temat: - Till, mogę skorzystać z prysznica?
- Nie. Nie pozwalam ci – odparłem z całkowicie poważnym wyrazem twarzy.
Dima jednak od razu się zorientował, że się z nim droczę. Podszedł do mnie i oparł ręce na biodrach.
- Nie? To co mam zrobić, żebyś mi pozwolił? Zatańczyć, zaśpiewać? Iść do sąsiada i powiedzieć mu, że jestem kolędnikiem?
- Niech się zastanowię…
- Jak zacznę śmierdzieć, sam mnie będziesz błagał, żebym poszedł się umyć!
- Hmm, nie przekonujesz mnie… - stwierdziłem, zaciskając usta.
Uniósł jedną brew i lekko pokiwał głową. Potem kilkoma krokami pokonał długość pomieszczenia i znalazł się pod oknem. Otworzył je na oścież, oczyścił gardło i… zaczął śpiewać jakąś skoczną, rosyjską piosenkę.
- Dima, zgłupiałeś – powiedziałem, tłumiąc śmiech i próbując odciągnąć go od okna. Uwiesiłem się na jego ramionach, ale nie udało mi się go przesunąć nawet o kilka centymetrów. Potem objąłem go w pasie, mając nadzieję, że tak będzie prościej. Niestety to także skończyło się niepowodzeniem. Ku mojej rozpaczy Dima złapał się parapetu. Ostatecznie zasłoniłem mu usta.
- Zaraz się tu zaczną sąsiedzi schodzić! – ostrzegłem go.
- Tak, myślisz? Na prywatny recital? – zażartował, ściągając moją dłoń ze swoich ust. – Ej, co to był za krzyk? Ten facet piętro wyżej coś krzyknął, co to znaczyło?
- Wrzasnął, że cholerni Rosjanie już o tej porze chodzą nawaleni.
- O, o rasista. Ja mu mogę nawalić, jak tak bardzo chce. To co, mogę się umyć, czy kontynuować? Zostały mi jeszcze dwie zwrotki.
Popchnąłem go w stronę łazienki.
- Tylko się nie utop! – warknąłem.
- Według życzenia, paniczyku.
Niestety, z moim opóźnionym refleksem, zeszyt, który wziąłem z parapetu, trafił w drzwi od łazienki, zamiast w Dimę.
***
Woda kapała mu z wilgotnych kosmyków na ramiona i odsłoniętą klatkę piersiową. Przewiesił sobie ręcznik wokół szyi i usiadł na stołku, lokując nogi na stole. Wciągnął głęboko powietrze, wyraźnie odprężony.
- No, tak jest o wiele lepiej. Nie lubię się czuć – stwierdził radośnie, a potem zwrócił się do mnie: - Till, jaki jest Hamburg? Nigdy tu nie byłem, wiesz? A ponoć warto.
- Pewnie, że warto! – zakrzyknąłem z ogromnym entuzjazmem. - Jest naprawdę wspaniały. Są tu takie sklepy, że ja nie mogę… Nigdzie takich nie widziałem! Dobrze, że nie mam za dużo kasy, bo zbankrutowałbym na tych cudach, mówię ci! I wiesz, ile jest teatrów i muzeów? Nie uwierzyłbym, że w jednym mieście może być ich aż tyle, gdybym nie zobaczył! I jakie dobre rzeczy można zjeść… - nie przerywając mojego słowotoku, złapałem go za ramię i pociągnąłem w stronę drzwi – Chodź, muszę ci pokazać!
- Ej, czekaj, czekaj, muszę się ubrać! Mam wyjść tak? Wasze zimy są dla mnie prawie jak wiosny, ale to i tak chyba lekka przesada!
Kiedy tylko zorientowałem się, że Dima wciąż ma na sobie tylko spodnie, uznałem, że chyba należy przyznać mu rację.
- No to na co ty czekasz? Ubieraj się i to już!
***
Pomimo tego, że Hamburg był dla mnie magiczny już od dwóch lat, wraz z przyjazdem Dimy nabrał dla mnie jeszcze większego blasku. Oprowadzałem go po wszystkich swoich ulubionych miejscach, to wskazując jakiś pomnik, to zwracając uwagę na jakąś knajpkę. Oglądał to wszystko z zamyślonym, jednak skupionym wzrokiem.
- O, a tu niedawno piłem z kolegą – wskazałem na mijany pub.
- Tak? Mówiłeś, że nie masz kolegów.
- To niezbyt wiążąca i niezbyt ciekawa znajomość – odparłem. – A wiesz jak zwrócił się do mnie barman? Nazwał mnie szczurem lądowym!
Dima roześmiał się i spojrzał na mnie, kwestionując zapewne czy wykorzystać to jako mój nowy przydomek.
- Szczur lądowy… Jesteś bardziej jak kot niż jak szczur.
Zmarszczyłem brwi na ten dziwny komentarz.
- A czemu to niby? – zapytałem.
- Bo w bardzo zgrabny sposób łączysz ze sobą urok i egoizm. A tylko koty tak potrafią.
- Nabijasz się ze mnie.
- Dlaczego?
- No… a nie? – dopytywałem się, uważnie patrząc mu w twarz.
Machnął lekceważąco ręką.
- Zmieńmy temat, bo aż zaczynam tęsknić za Grietą.
Przystanąłem w pół kroku, całkowicie zbity z tropu.
- Grietą? Masz kobietę? Żonę?
Mięśnie twarzy Dimy zadrgały zupełnie jak do napadu śmiechu, ale zdołał się powstrzymać. Nie wiedząc, co o tym myśleć, oczekiwałem odpowiedzi.
- Czemu pytasz? – zapytał, grobowo poważnym tonem.
Przez chwilę pomyślałem, że może to jedna z rzeczy, o które mam nie pytać. Jednak zaraz po chwili stwierdziłem, że to raczej absurdalne. Nielegalna praca to jedno, a żona to drugie. Przecież nie czyniłby z tego sekretu?
- No… - zmieszałem się. – Jestem ciekawy. To chyba logiczne, prawda?
Świadomość, że Dymitr może być żonaty jakoś zupełnie mną wstrząsnęła. Może tak naprawdę to dlatego nie przyjeżdżał? A teraz przypomniał sobie o mnie, pod wpływem jakiegoś sentymentu? Poczułem się całkiem parszywie przez te myśli, co chyba odbiło się na mojej twarzy. Dima złapał mnie za ramię i odparł:
- Kocicę.
- Kochankę? – dopytywałem się. Fatalistyczna wizja jego małżeństwa ogarnęła mnie już zupełnie i pomyślałem, że stara mi się w ten sposób wytłumaczyć coś metaforycznie.
Wargi Dimy drgnęły.
- Till, na Boga, kocicę! Nie wiesz co to jest kocica? Taki ssak domowy płci żeńskiej!
Moje oczy rozszerzyły się, a ja spojrzałem na niego, pojmując, co do mnie mówił.
- Kota? Masz na myśli kota, takiego małego, czworonożnego, z futrem, tak?
Dopiero gdy to powiedziałem, zorientowałem się jak idiotycznie to zabrzmiało.
- Czy w Niemczech nie ma kotów, Till? – zapytał, nie wytrzymując i się śmiejąc. – Albo fakt, że mam go w domu jest dla ciebie taki zatrważający?
Poczułem się speszony i utkwiłem wzrok w swoich butach.
- Nie, nie. To jak… ma się ta kocica?
- Całkiem dobrze. Lubi tylko firmowe, ekskluzywne jedzenie z najwyższej pułki, zupełnie jak ty.
- Powiedz mi, co w mojej lodówce wydało ci się takie ekskluzywne, co?
Przewrócił oczami, najwyraźniej nie mogąc nic wymyślić. Wiedziałem, że mówi to tylko po to, aby móc popatrzeć jak się wściekam. Dlaczego więc i tak to robiłem? Jego zaczepki były irytujące, temu nie można zaprzeczyć. Ale były jednocześnie jakieś takie… przyjemne, zajmujące? Nie potrafiłem jednoznacznie odpowiedzieć sobie na to pytanie. Lubiłem się z nim droczyć i może dlatego tak łatwo pozwalałem mu wyprowadzać się z równowagi. Porzucając te myśli, skupiłem się znów na pokonywanej drodze.
***
Poszliśmy w stronę portu. Kiedy chłodny wiatr wiał mi w twarz, przymykałem oczy i widziałem właściwie niewiele. Wiedziałem, że zbliżamy się do celu tylko dzięki zapachu ryb, który stawał się coraz intensywniejszy. Pomimo tego, że już raz byłem w porcie, jakiś rok temu, odczuwałem coś na kształt dziecięcego zniecierpliwienia. Co pewien czas starałem się otwierać oczy mocniej i wypatrywałem statków. Natomiast Dima znajdował się chyba w jednym z tych kontemplacyjno-refleksyjnych nastrojów. Kiedy zerkałem w jego stronę, dostrzegałem coś jeszcze poza tym. Jego rysy twarzy wyraźnie złagodniały, a oczy pojaśniały, nabierając prawie tak błękitnej barwy jak moje. Dimę najwyraźniej ogarnęła rozkoszna błogość. Stan ten pogłębiał się wraz z tym jak mijaliśmy kolejne smażalnie ryb, sklepiki i turystów, którzy znajdowali się tu o każdej porze roku. Zdawało mi się nawet, że nieco przyspieszył kroku. W pewnym momencie mocno się zaciągnął ostrym, rześkim powietrzem, a ja czułem, że jego spokój także mi zaczyna się udzielać.
- Już prawie jesteśmy – powiedział nagle.
Wybudził mnie tym komentarzem z zamyślenia. Przeniosłem wzrok z niego na port, który się przed nami rozciągał.
- Niesamowite, co? – zapytał z lekkim uśmiechem.
Przed nami rozciągały się statki, najprzeróżniejszych kształtów i rozmiarów. Monstrualne, architektoniczne cuda z całego świata były porozsiewane wszędzie w zasięgu wzroku. Przesuwałem wzrok po przemysłowcach, wycieczkowcach i statkach pasażerskich. Ich nagromadzenie w jednym miejscu naprawdę sprawiało imponujące wrażenie.
- Pierwszy raz jesteś w porcie? – zapytałem go.
- Nie. Ale ten jest ponoć jednym z największych.
Po chwili dodał marzycielsko:
- Till, nie byłoby fajnie mieć własny statek?
Spojrzałem na niego przekornie, jednak już po chwili odgadłem, że to pytanie nie należało do dziecinnych wygłupów. Chociaż było całkiem abstrakcyjne, pytał zupełnie poważnie.
Wpatrzyłem się w wodę, absolutnie spokojną i nieruchomą.
- Statek. Hmm… to dawałoby takie oszałamiające poczucie władzy.
- Władzy? – zainteresował się.
- Bo czułbym się tak, jakby wszystko ode mnie zależało. Gdzie wyruszę, jak to zrobię… Wszystko to byłoby moją decyzją.
Jego twarz przybrała dziwny, nieodgadniony wyraz.
- Ja myślałem raczej o czymś przeciwnym.
- To znaczy?
- O wolności.
- A czy władza nie daje wolności? – zdziwiłem się, uważając, że jedno wynika z drugiego.
- Nie, Till, zupełnie nie – energicznie pokręcił głową. – Te rzeczy nigdy sobie nie towarzyszą.
Chciałem już dodać coś jeszcze, podjąć dyskusję, ale Dima nieoczekiwanie zmienił temat.
- Patrz – wskazał palcem jeden ze statków – Ten wygląda naprawdę ciekawie. Zupełnie jak z jakiejś książki przygodowej. A przecież wcale nie jest wycieczkowy.
Pokiwałem głową. Statek faktycznie był bardzo, nawet do przesady, kolorowy.
- Ciekawe. Ten kto robił projekt musiał lubić wesołe rzeczy – dodał po chwili.
- Może. Ciekawe, co to za statek. Szkoda, że się na tym nie znasz.
Parsknął wesoło, po czym oznajmił:
- Nie mogę się znać na wszystkim. Czy to już nie dużo, że znam się na tobie?
Uniosłem jedną brew, żądając wyjaśnień.
- No co? Jesteś wyjątkowo skomplikowaną istotą – usprawiedliwił się.
- Och, zapewne. Znanie się na mnie jest kiepskim powodem do szpanowania.
- Tak sądzisz?
Nasza niezwykle ambitna wymiana zdań urwała się i całkowicie poświęciłem swoją uwagę przyglądaniu się kolejnym statkom, które mijaliśmy. Co jakiś czas któryś z nas czynił komentarz tematyczny. W pewnej chwili przystanęliśmy. Wykorzystałem ten moment na bezmyślne przyglądanie się wodzie i statkowi, który akurat znajdował się najbliżej. Serce o mało nie wyskoczyło mi z piersi, kiedy Dima nieoczekiwanie mnie popchnął.
- Zwariowałeś? – oburzyłem się. – Chcesz mnie zabić?! – wrzasnąłem, naprawdę wściekły. Zwykle strach wzbudzał we mnie agresję, a on przeraził mnie nie na żarty.
- Barierka jest wysoka – usprawiedliwił się. – Z resztą nie popchnąłem Cię na nią. Najwyżej wyrżnąłbyś na chodnik, a ja ratowałbym cię. Jak zawsze – stwierdził szelmowsko.
Pokręciłem głową, wciąż zirytowany.
- Przestraszyłem się – mruknąłem.
- Przepraszam, że przerwałem jaśnie pana kontemplacje – odburknął tym samym tonem.
Popchnąłem go za ten typowy epitet i na tym zakończyła się sprzeczka. Po raz wtóry wpatrzyliśmy się w horyzont.
- Ładny ten twój kraj – odparł po chwili milczenia.
- Czasem sam nie wiem czy mój. Który jest mój.
Uśmiechnął się, nie pytając o wyjaśnienia. Doskonale rozumiał.
- Rozdarty? – zasugerował.
- Może czasami. Tak, czasami się nad tym zastanawiam.
- I… do czego doszedłeś?
Wzruszyłem ramionami, choć nie byłem pewien, czy to zauważył.
- Nie wiem.
- Nie wiesz gdzie jest twój dom?
Wziąłem powietrze głęboko w płuca. Nie podobał mi się poważny wymiar jaki przyjmowała ta rozmowa. Takie rzeczy nigdy nie przechodziły mi łatwo przez gardło. Jednak Dymitr nie patrzył na mnie. Jego oczy nadal błądziły po spokojnej tafli wody, a słowa wylatywały z jego ust lekko, choć wcale takie nie były.
- Nie jestem pewien.
Nie zapytał już o nic więcej. Przy kolejnym podmuchu ostrego wiatru schowałem głowę w ramionach i wcisnąłem dłonie głębiej w kieszenie. Szczękałem do tego zębami, co zwróciło uwagę Dimy. Odwrócił się w moją stronę i szeroki uśmiech rozciągnął się na jego twarzy.
- Twoim krajem powinna być Jamajka albo coś takiego.
- O-o-odwal s-się.
- Chodź, Tillu. Zaraz domarzniesz do chodnika – oznajmił i wziął mnie pod rękę.
- Z-z-ostaw, b-ędziemy wy-wy-wyglądać, jakbyśmy coś manifestowali – warknąłem i spróbowałem się wyrwać.
Szybkim sprawnym ruchem naciągnął mi kaptur na głowę.
- No, teraz każdy da się nabrać, że jesteś śliczną, zmarzniętą blondyneczką.
Zasadziłem mu potężnego kopniaka w siedzenie, że aż jęknął boleśnie.
- No, dobrze, dobrze. W sumie może zły pomysł. Przyjeżdżają tu Arabowie?
Zmarszczyłem brwi, zdziwiony tą naglą zmianą tematu.
- Czasem tak… Do Hamburga przybywają turyści z całego świata.
- O, no widzisz. A Arabowie lubią porywać niebieskookie blondyneczki. Nie wiem czy mógłbym cię obronić.
Nie zwracając uwagi na to, że po raz kolejny zastosował typową prowokację, rzuciłem się na niego z pięściami, wyzywając od najgorszych. Początkowo podchodził do sprawy z dużą dozą humoru, ale szybko się zorientował, że moja siła znacznie się zwiększyła od czasów naszych lat dziecięcych. Ten drobiazg miał szansę przerodzić się w prawdziwą bójkę, ale zanim to się stało, pojawił się strażnik i nas rozdzielił. Oczywiście całą sprawę, z racji języka, musiałem wyjaśniać ja. Dymitr tylko stał z boku i zasłaniał sobie usta dłonią, starając się ukryć śmiech. Co jakiś czas, między wyjaśnieniami, przeprosinami i pełnym pokory kiwaniem głową, rzucałem mu mordercze spojrzenia. Przechodziło mi przez myśl; jak to możliwe, że czasem potrafił się zachowywać jak bezmyślny szczeniak, a czasem jak dojrzały mężczyzna. Na jego osobę składały się dwie zupełnie różne, przeciwne natury i długo, bardzo długo zupełnie nie potrafiłem tego zrozumieć.
Zaraz po tym jak opuściliśmy port, Dima rzucił pomysłem, że dobrze byłoby posiedzieć na plaży. Moje tłumaczenie, że w Hamburgu nie ma żadnej plaży, a do morza jest przeszło sto kilometrów nie wywarły na nim większego wrażenia. Czasem zachowywał się tak, jakby to nie on musiał dostosować się do świata, tylko świat do niego. Najwyraźniej w przeciągu ostatnich lat jeszcze mu się to pogłębiło, bo entuzjastycznie stwierdził, że skoro nie ma tu morza, to można przecież do niego dotrzeć i nie widzi w tym żadnego problemu. Moje racjonalne argumenty, że jest późno i że możemy nie mieć jak wrócić zbył argumentem, że w takim razie zostaniemy w hotelu. Nie powiem, że mnie nie zdziwił. Zachowywał się bowiem tak, jakby żadne kwestie finansowe, jak duże by nie były, stanowiły nieistotny detal, którym nie należało się przejmować. Świadczyło to o tym, że funduszy posiada całkiem sporo, ale nie zawracałem sobie tym głowy. W końcu mimowolnie zgodziłem się na jego szalony pomysł.
Dima nie dbał o zbędny bagaż, a właściwie to nie dbał o nic. Wziął pieniądze, założył buty oraz kurtkę, po czym oświadczył, że może wyruszać. Typowy przykład bajkowego włóczykija, który do spontanicznych podróży zawsze był chętny i gotowy.
Pociąg nie jechał specjalnie długo, więc droga nie ciągnęła mi się ani nie była nużąca. Wkrótce znaleźliśmy się na miejscu i bez przeszkód mogliśmy udać się na plażę i podziwiać morze Północne.
Przez chwilę wpatrywałem się po prostu w fale, które raz po raz wynurzały się ze wzburzonego morza. Mewy siedzące na palikach zdawały się lekko drgać pod wpływem wiatru i coraz bardziej rozkołysanych fal.
Dzień zbliżał się ku końcowi, a trzeba zaznaczyć, że zachody słońca na plaży zaliczały się do wyjątkowo czarujących. Co prawda do zachodu zostało jeszcze co najmniej z pół godziny, ale niebo i tak wyglądało już wyjątkowo malowniczo. Słońce nadawało niebu pomarańczowy odcień i w bardzo urokliwy sposób podświetlało małe, poszarpane chmury. W chwile takie jak ta nie myślałem ani o przyszłości ani o drobnych codziennych problemach i zmartwieniach. Szczerze mówiąc, rzadko zdarzają się takie dni. Wciągnąłem w płuca wspaniale, orzeźwiające powietrze i zdało mi się, że pachnie wiosną.
Jedyną irytującą mnie rzeczą był ostry wiatr, który co jakiś czas nadciągał z północy. Chłostał mnie po twarzy i wyciskał łzy z oczu.
- Możemy iść w drugą stronę? – zaproponowałem.
- Czemu, Till?
- Wieje – mruknąłem i w tym jednym słowie zawarłem wszystko, co na ten temat myślę.
- Och, wieje. To od strony morza wieje. Jak będziemy szli w drugim kierunku, niczego to nie zmieni.
W pewnym momencie przystanął i podniósł coś z piasku.
- Hmm, wygląda jak szkło. No nie?
Podszedłem do niego i spojrzałem na opłukany przez morze kawałek jakiejś butelki.
- Wygląda, bo to jest szkło. Widzę, że nie wyrosłeś ze zbieractwa.
Wykrzywił się lekko, słysząc ten komentarz.
- Jeśli to było zawoalowane pytanie czy grzebię po śmietnikach, odpowiedź brzmi „nie”.
- Och, bez żartów. Ile można, Dima?
Uśmiechał się znowu, jednak tym razem składało się na to więcej powagi niż dowcipu.
- A można, można. Znudziły ci się moje żarty? – zapytał, wycierając sobie umorusaną rękę o spodnie.
Pokręciłem głową.
- Tylko potrzebuję przerwy.
- Ode mnie…?
- Prowokujesz?
Parsknął, najwyraźniej czując się zdemaskowany. Po chwili pochylił się i rzucił swoim znaleziskiem w wodę.
- Wykapałbym się – mruknął.
- O tej porze roku? Pochorowałbyś się. Przyjedź latem.
Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili się rozmyślił.
- Jasne. Masz rację.
Wypowiedział te słowa niskim, grobowym tonem i nie miałem wątpliwości, że jego nastrój uległ diametralnej zmianie. Wiedziałem dlaczego i wiedziałem także gdzie powędrował myślami. Nie chciałem jednak o tym myśleć. Ze wszystkich sił starałem się odgonić od siebie niechciany potok ciężkich, ponurych spostrzeżeń, które natrętnie cisnęły mi się do głowy. Bezmyślnie zawiesiłem wzrok na plecach Dymitra, który równie bezmyślnie poszczał kolejne kaczki na wodzie. Wychodziło mu to doskonale, tak jak zwykle.
Zagryzłem wargę. Nie, nie, nie. Nie myśleć o powrotach. Nie myśleć o tym, że ten piękny czas wkrótce się skończy. Bardzo szybko się skończy. Miałem ochotę mocno palnąć się w pysk za moje idiotyczne „przyjedź latem” i gdybym był sam być może bym to zrobił. Chciałem to od siebie odrzucić. Uspokoić oddech i skupić się na tej obecnej, pięknej chwili i na tym, co odczuwałem jeszcze minutę temu. Owa beztroska uciekała ze mnie w zastraszającym tempie i musiałem szybko coś zrobić, aby wrócić do poprzedniego momentu.
Zeszedłem Dimę od tyłu i położyłem mu dłonie na plecach. Lekko odwrócił głowę. Podejrzewam, że miał w spojrzeniu coś podobnego jak ja; coś pełnego melancholii, rozdarcia, nostalgii. Chociaż żaden z nas nie powiedział nic na ów temat i nie zareagował na te wszystkie emocje, które zaczęły niebezpiecznie zalegać wokół nas, oboje zdawaliśmy sobie sprawę z tego co się działo. To nie było dobre. W żaden sposób.
- Kaczki. Dlaczego nigdy nie wychodziło mi to równie dobrze?
Wykrzywił wargi, imitując dziecięcą satysfakcję.
- Za mało ćwiczyłeś.
- Za mało? Godzinami wystawałem zawsze nad wodą i starałem się żeby wychodziło jak najlepiej.
- Może w tym jest problem, Till – odwrócił się w moją stronę, tak, że kucał przede mną. – Za bardzo się starasz. Jesteś przesadnie zdyscyplinowany. Powinieneś nieco wrzucić na luz.
- Nie obrażaj mnie – warknąłem i zwęziłem oczy. – Nie cierpię luzactwa. Powoduje, że ludzie stają się głupi bardziej niż można by przypuszczać. Jakby luzactwo wypalało im szare komórki.
Zmienił nieco pozycję, dźwigając przeciwne kolano. Najwyraźniej noga mu zaczęła drętwieć. Obie ręce miał już całe umorusane w mokrym piasku.
- Och, Till. Nie chodzi mi o takie luzactwo adekwatne dla gimnazjalistów. Tylko takie jak moje.
Zmarszczyłem brwi, analizując te słowa.
- Nie, nie. U ciebie to cecha wrodzona. Tego nie da się nabyć.
- A jednak trochę cię nim zarażam.
- Po prostu wprowadzasz mnie w dobry humor.
Westchnął, najwyraźniej czując, że nie wygra tej batalii. Złapał mnie za rękę i poczułem, że coś mi w nią wkłada. Zorientowałem się, że był to płaski kamień. W dotyku był zimny, w przeciwieństwie do jego ciepłej dłoni. Przytrzymałem go przez chwilę. Nie wyrwał się, tylko uścisnął mnie mocno. Poczułem się przez to zupełnie inaczej. Znowu spokojnie i dużo pewniej. Jakie to zabawne. Jeden głupi gest, a tak na mnie oddziaływał. Dlaczego aż tak bardzo? Przecież nie byłem już dzieckiem, a Dima nie prowadził mnie już przez ogromny, złowrogi, straszny, a zarazem cudowny świat. Czy sentyment z przeszłości miał aż tak ogromne znaczenie?
- Spróbuj.
Uśmiechnąłem się, kręcąc głową.
- Będziemy się bawić? Może zrobimy zawody?
- Jeśli tylko zechcesz.
Tak, czarodziejski świat Dymitra Iwanowicza. Z nim nigdy nie było zwyczajnie.
Pochyliłem się i rzuciłem kamieniem. Podskoczył dwa razy na całkiem spokojnej tafli morza.
- Nieźle. Chcesz kolejny?
Wziąłem drugi kamień i zrobiłem to samo. Potem jeszcze kilka, i kilka następnych.
- Wciąż jesteś zbyt… zbyt… perfekcjonistyczny. Zobacz.
Niedbałe, lekkie ruchy Dimy, zupełnie inne od moich, rzeczywiście dawały lepsze rezultaty w naszym małym przedsięwzięciu.
- Nie zmienisz mnie pod tym względem, nawet jakby od tych cholernych kamyków miało zależeć moje życie – stwierdziłem pewnie.
- Wierzę, wierzę. Ale zawsze mogę spróbować, nie? Żebyś już nie miał kompleksów, że robię to lepiej.
- Jakoś będę żyć dalej z tą świadomością. Będzie zapewne ciężko, ale przetrwam.
- Doprawdy? – zapytał, uniósłszy brwi – Zobacz jaki jestem świetny.
Poszukał kamyka i zamachnąwszy się zamaszyście… wdepnął w lodowatą wodę i zaniósł się wrzaskiem.
- Zimne! Cholera, jakie zimne!
Zaśmiałem się serdecznie, patrząc na jego pełną desperacji twarz.
- A jeszcze dziś wychwalałeś się, że mógłbyś tu chodzić po nagu, tak ciepło!
Z trudem ustał na jeden nodze i ściągnął sobie but ze stopy. Wylał z niego wodę i założył go z powrotem.
- Ciekawe ile będzie schnął…
- Cóż, to chyba znak, że powinniśmy już wracać.
Uśmiechnął się przepraszająco, co oznaczało, że podchwycił pomysł.
- Przyjedziemy tu jeszcze. Tylko… droga powrotna zajmie nam trochę czasu… Nie lepiej jednak zostać w jakimś hotelu? – zapytałem się, patrząc jak tym razem on podryguje z zimna.
- Szczerze mówiąc nie lubię hoteli… Chyba, że ty chcesz…? Dam sobie radę! Za kogo ty mnie masz, co?
- Cóż, skoro ja jestem blondyneczką, to ty możesz być zmokłą niewiastą w opałach. Ale nie licz na moją pomoc. Nie oddam ci ani swojego buta, ani żadnej innej części z mojej garderoby. Nienawidzę marznąć.
- Zawsze wiedziałem, że mogę na tobie polegać… - mruknął, przybierając teatralnie zbolały wyraz twarzy.
- Chodź, już chodź. Zaparzę ci rumianku jak wrócimy.
- Ach, twoje poświęcenie jest szczerze wzruszające.
Udaliśmy się w drogę powrotną. Ja, zziębnięty jak zawsze, a Dima z wyjątkowo gadatliwym lewym butem. Mimochodem zauważyłem , że słońce już zachodzi i rozrzuca piękną czerwoną poświatę na niebie i wodzie. Może to piękna sceneria sprawiła, że demony raz jeszcze udało się odgonić i uciec przed bolesną prawdą nie do przełknięcia. Miałem jeszcze trochę czasu aby uciekać i upajać się beztroską. Jeszcze mały, bajecznie kolorowy urywek rzeczywistości, który aż uderzał do głowy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz