Pierwotny adres bloga to http://www.siodmy-krag.blogspot.com/ Ta strona jest założona specjalnie na potrzeby konkursu, jako, że na wyżej wymienionym adresie opowiadanie jest umieszczane dopiero od rozdziału ósmego (wcześniej ukazywało się na pewnym portalu). Nie chcąc robić niepotrzebnego bałaganu, postanowiłam założyć tę stronę, aby wszystkie rozdziały były ułożone w porządku chronologicznym.

Na http://siodmy-krag.blogspot.com/ znajdują się komentarze czytelników jak i notki umieszczane w naturalnej częstotliwości.

Postanowiłam również ocenzurować opowiadanie, tak, aby nie zawierało scen erotycznych bądź innych niestosownych dla nieletnich odbiorców w związku z głosowaniem internautów.

piątek, 21 października 2011

Rozdział dwunasty



12. Ojciec

Dzień ten nadszedł zupełnie niespodziewanie. Prawdę powiedziawszy, spadł na mnie jak grom z jasnego nieba. Dima nie wspomniał mi o nim ani słowa, najwyraźniej zbyt pogrążony w stertach papierów, snuciu intryg i adorowaniu mnie.
Kiedy bordowe porsche z piskiem zaparkowało przed naszym domem, wzdrygnąłem się ze zdziwienia. Traf chciał, że akurat wyglądałem przez okno, zapatrzony w ogród i w swoje myśli. Kto przyjechał…? W jakim celu? Już po chwili uzyskałem odpowiedź na to pytanie. Szybkim i zgrabnym ruchem z samochodu wysunęła się Koshka. Zaraz za nią pojawił się ktoś drugi. Ogarniała mnie coraz większa ciekawość. Czy była umówiona z Dymitrem czy przyjechała bez zapowiedzi? Przez chwilę przyglądałem się jak powoli zbliża się do wejściowych drzwi. Następnie opuściłem swój pokój i zapukałem do Dimy.
- Tak, Till? – zapytał, nie patrząc na mnie. Stał przed otwartą szafą z ubraniami, najwyraźniej szukając marynarki na dziś.
- Koshka przyjechała. Wiesz w jakim celu?
Przeniósł na mnie wzrok i wysoko uniósł brwi.
- Doprawdy…?
Zanim jednak odpowiedział cokolwiek, odezwał się jego telefon. Odebrał i wysłuchał rozmówcy.
- Tak, wpuśćcie ją – odparł.
Domyślałem się, że to jeden z ochroniarzy musiał zadzwonić. Z całkowitą pewnością takie zachowanie było okropnie niegrzeczne, ale niezbędne. To pozwoliło mi zrozumieć, że Dima nie spodziewał się Mariji.
- Często przyjeżdża bez zapowiedzi? – zapytałem.
- To zależne od sytuacji. Tej kobiecie wydaje się, że cały świat będzie się dopasowywać do niej. Ale to nie jest w tym wszystkim najgorsze.
- A co? – podchwyciłem, kierując się wraz z nim do drzwi.
- To, że generalnie ma rację.

***

Koshka podniosła do ust kieliszek z winem i poczęstowała się jednym z kruchych ciasteczek. Nie uznała za niezbędne mówić jaki jest cel jej wizyty, a przynajmniej nie od razu. Dima nie pytał, zapewne uważając to za zbyt nietaktowne.
- Bardzo pyszne, Dymitrze. Twoje kucharki je piekły?
- Tak przypuszczam – odparł z nieokreślonym ruchem dłoni. Sprawy w kuchni nigdy nie przykuwały jego uwagi.
- Smaczne, prawda, Arturze? – zwróciła się do młodego chłopaczka, którego widziałem z okna.
Artur kiwnął głową. Od kiedy tu wszedł nie wypowiedział nawet słowa. Miał wielkie, błękitne oczy, jeszcze jaśniejsze od moich. Rozglądał się nimi w około z dziwnie żywotnym, a jednocześnie beznamiętnym wyrazem twarzy. Nie do końca pojmowałem jego funkcję, ale nie była to jedyna rzecz tego dnia, której nie zrozumiałem.
Dima lekko i bezdźwięcznie postukiwał palcem o stół. Najwyraźniej się niecierpliwił, a może nudził. Koshka jadła ciastka, ani trochę nie krępując się atmosferą. Nie zawracała sobie głowy milczeniem Dimy. Zwróciła się do mnie.
- Jak tam twoje postępy, Till? Słyszałam, że trenujesz już w V12.
Uśmiechnąłem się lekko.
- Nie mnie o to pytać.
Skierowała swoje zielone, kocie ślepia na Dimę. Nadała im pytający wyraz i czekała.
- Postępy są zadowalające – odrzekł sucho.
Bolało mnie to, że przy innych nie chwalił mnie i nie okazywał mi chociażby cienia sympatii. Cóż jednak można było na to poradzić? Zgodziłem się na tę maskaradę i nie mieliśmy innego wyboru jak prowadzić ją dalej.
Roześmiała się dźwięcznie.
- Skoro nasz wielki mistrz tak mówi! To nie banał usłyszeć od ciebie coś takiego.
- Bywam wymagający. – odparł.
- Nie jesteś dziś sobą, Iwanowiczu. Dużo pracy?
- Tak, wyjątkowo… - przytaknął, z resztą zgodnie z prawdą. Przetarł sobie dłonią twarz i nalał trochę alkoholu do kieliszka.
- A cóż z jutrzejszym spotkaniem?
Spojrzał na nią bez zrozumienia. Ja zrobiłem to samo. Przez chwilę przyglądała się nam bezmyślnie, nic nie mówiąc. W końcu Iwanowicz przerwał ciszę.
- Jakie spotkanie? – zapytał z nutką przerażenia.
- Przecież jutro przyjeżdża ojciec Tilla, czyż nie? Mówiłeś, że dziesiątego. Jutro jest dziesiąty.
Kobaltowe oczy Dymitra powiększyły się raptownie. Rozchylił usta, najwyraźniej totalnie zszokowany.
- Jak to?! – wyrzuciłem z siebie spontanicznie.
Koshka spojrzała na mnie rozbawiona.
- Till, i ty też? Co z wami, doprawdy? Przez ostatnie pięć lat zapomniałeś może o jednym spotkaniu, Iwanowiczu… A ty, Till? Ładnie tak o własnym ojcu nie pamiętać?
Przełknąłem to faux pas, nie mówiąc nic przez chwilę. Cóż… Dima wspominał jakiś miesiąc temu, że ma w planach zaaranżować spotkanie z moim podstawionym ojcem. Potem jednak temat się urwał i nie wróciliśmy do niego. A tu nagle… no nie. Maskując swój szok czarującym uśmiechem obnażającym zęby, odezwałem się:
- Jakoś tak… Ojciec nie odzywał się do mnie przez ostatnie dwa tygodnie. Również ma dużo pracy… Dlatego zupełnie wypadło mi z głowy – popukałem się lekko w czaszkę, dodając sobie tym wrażenia niewinności i szczeniackiej jeszcze beztroski.
Dima spojrzał na mnie neutralnie, ale wiedziałem, że za tą obojętnością czai się pochwała, że rozegrałem to tak umiejętnie.
- Co do pracy… To samo mogę powiedzieć o sobie – usprawiedliwił się Dymitr. – Och, jutro. Całe szczęście, że mi przypomniałaś… Z całym szacunkiem, Marijo… Ale skoro spotkanie jest jutro… co sprowadza cię tu dzisiaj?
Uśmiechnęła się swawolnie. Jedna jej ręka wylądowała na głowie Artura. Pogłaskała go leniwie, jak salonowego kota. W ułożeniu jej dłoni, a także w jej ruchu było coś niesamowicie władczego. Starałem się nie przypatrywać temu, chociaż okropnie dziwacznie i groteskowo to wyglądało.
- Czekałam, aż zadasz mi to pytanie, Iwanowiczu.
- Czemu sama nie raczyłaś się wypowiedzieć?
- Dystyngowane kobiety nie proszą, tylko czekają na dary – odparła.
- Zatem słucham.
- Potrzebny mi czek na dwadzieścia tysięcy dolarów.
- Dolary, powiadasz? Czyżbyś się stawała kosmopolitką?
Nie dało się nie usłyszeć w jego tonie cienia ironii i subtelnej groźby.
- Kosmopolitką – powtórzyła i uśmiechnęła się pod nosem. Oczy miała spuszczone, utkwione w pustym kieliszku. Przechylała nim z lewa na prawo, obserwując błyski światła na krysztale. – Mój dom jest dla mnie za wielki, a co dopiero… cały świat.
Jej twarz nabrała smutnego wyrazu. Dima nie odpowiedział. Zdało mi się, że zrobił to naumyślnie, najwyraźniej wiedząc o czymś, o czym ja nie miałem pojęcia.
- Chciałabym zainwestować. Potrzebuję pieniędzy. Nie będę wchodzić ci w drogę, o to możesz być spokojny.
Tym razem na jego twarzy zagościł lekki uśmiech.
- O to się nie boję. Jesteś przecież mądrą kobietą.
Zmrużyła oczy. Nie prosiła, nie ponaglała. Czekała, ale nie tak jak się czeka na jałmużnę. Miała na twarzy taki wyraz, jakby to Dymitr robił jej łaskę, albo chociaż składał hojny podarunek, tak jak to określiła.
- Według życzenia. Dostanę dwadzieścia pięć procent zysku z tego, co zarobisz na tych kosmopolitycznych przedsięwzięciach. Oprócz tego chcę mieć wgląd w twoje działania.
- Domyśliłam się takiego warunku. Przyjmuję – podała mu swoją smukłą dłoń. Uścisnął ją lekko, lecz stanowczo.
- Wgląd w moje działania… Uwielbiasz kontrolę, Iwanowiczu.
- To samo mogę powiedzieć o tobie, Madame.
Patrzyli na siebie wojowniczo, oboje o podobnym spojrzeniu. Już wtedy wiedziałem, że są gigantami i na ich polu niewielu jest im równych. Piękni, dumni, bogaci. Silni, przebiegli i zręczni.
Koshka wstała od stołu. Artur zaraz zrobił to samo.
- Zostanę tu do jutra, Iwanowiczu.
Ta informacja zaskoczyła go o wiele bardziej niż jej wcześniejsze słowa.
- U mnie zdarzył się mały wypadek. Moja służba zajmuje się remontem, a mnie niesłychanie irytują te hałasy. Właśnie dlatego przyjechałam. Ostatecznie czek do jutra mógłby poczekać.
- Ach tak? – zapytał przeciągle. – To czemu na moje pytanie, w jakim celu to jesteś, zaczęłaś o pieniądzach?
Oddaliła się od krzesła. W powietrzu rozległ się stukot jej wysokich, smukłych obcasów. W połowie drogi lekko odwróciła tułów do współrozmówcy.
- Powiedziałam ci tylko to, co spodziewałeś się usłyszeć.

***
Zapach herbacianych róż roznosił się po pomieszczeniu. Miałem wrażenie, że wypełniał nie tylko pokój, ale także mój umysł. Pomimo trudnej sytuacji, nie opuszczała mnie pogoda ducha, co zdarzało się niezwykle rzadko.
- Dima… Jak mogłeś zapomnieć o czymś takim? – pytałem po raz kolejny. – Teraz sprawa się komplikuje.
- Nie traktuj mnie protekcjonalnie – odparł ostro.
- Ty często tak mnie traktujesz – zauważyłem.
- Ja mam do tego prawo.
Zamarłem na te słowa. Dima faktycznie był jakiś nieswój od kilku dni, tak jak zauważyła Marija. Niezwykle mnie zabolała ta uwaga, ale nic nie powiedziałem. Nie chciałem zacząć być pretensjonalny. Ostatecznie każdemu może się czasem zdarzyć powiedzieć coś przykrego…
- Poradzisz sobie – pokrzepił mnie.
- Nigdy w życiu nie widziałem tego człowieka, a teraz, od kiedy tylko spoczną na nim moje oczy, mam się zachowywać jakbym go znał całe życie… - zacząłem bez entuzjazmu.
- Sytuacja się skomplikowała. W planach miałem, abyście poświęcili sobie kilka godzin po południu. Spotkanie zostało zaplanowane na wieczór. Nie przypuszczałem, że Koshka zechce się tu wprowadzić… Nic nie zrobimy. Nie mogę jej odmówić, wypadłoby to nienaturalnie. Musisz sobie poradzić przy niej.
Jego słowa niewiele mnie pocieszyły. Podszedłem do małego, okrągłego stolika. Ująłem w palce jeden z płatków róż. Był przyjemnie aksamitny i świeży.
- Nienaturalnie… - powtórzyłem. – Dlaczego nie mogłeś jej odmówić? Jak często melduje ci, że ma zamiar tu pomieszkać? – rzuciłem ironicznie.
Byłem przekonany, że lada chwila usłyszę coś w rodzaju „No, nigdy” albo „Masz rację”. Dima jednak nie użył żadnej z tych dwóch opcji.
- Raz na kilka miesięcy zostaje tu na parę dni – odparł swobodnie.
Moja dłoń zawisła nad kwiatem. Krew ode mnie odpłynęła, ale nie spojrzałem na niego.
- I co wtedy robicie? – zapytałem, próbując stłumić obawę w głosie.
- Przyjeżdża w prywatnych celach. Nie zajmujemy się wtedy interesami. Nie bardzo mogę o tym mówić.
Popatrzyłem na niego urażony i najzupełniej zraniony. Jak mógł nie powiedzieć mi o czymś takim…?
Dima natychmiast podchwycił moje spojrzenie i zaczął czym prędzej się tłumaczyć.
- Och, Till! O czym ty sobie pomyślałeś?
- Ja… o niczym – mruknąłem pozornie twardo, ale sam usłyszałem, że głos mi zadrżał.
- Nie miałem na myśli żadnych seksualnych praktyk – sprostował. – Nigdy jej nie dotknąłem, to nie rzecz tego typu.
- A jakiego? – zapytałem, niedowierzając.
Westchnął i podźwignął się z kanapy do siedzącej pozycji.
- Nie chcę zdradzać szczegółów. Byłaby zła.
- Skoro to jakiś sekret… - burknąłem. Miałem nadzieję, że najbardziej nieprzyjemnie jak tylko było mnie na to stać.
- Przestań już. Ona mnie nie podnieca, nigdy z nią nie spałem. Z resztą, myślisz, że przyjechałaby tu na seks razem z tą swoją wielkooką maskotką? No, chodź tu już.
Wyciągnął do mnie rękę, a ja zbliżyłem się, nabierając nieco więcej pewności. Pociągnął mnie na siebie i usiadłem na nim. Wplótł dłonie w moje włosy i przyciągnął mnie do siebie.
- To bardzo nieszczęśliwa kobieta – powiedział. – Nie masz nawet pojęcia jak bardzo.
Zmarszczyłem brwi. Ona nieszczęśliwa? Jak to możliwe? Przecież zawsze była taka beztroska, figlarna i roześmiana. Nie zrozumiałem tego, ale nie pytałem więcej. Wtuliłem się w jego miękką koszulę. Była jasna, podobnie jak wszystko w tym pokoju. Przymknąłem oczy. Jutro czekała mnie trudna, pełna słownych akrobacji rozmowa z człowiekiem, który miał odegrać mojego ojca. Lecz jeszcze dzisiaj… nie trzeba było o tym myśleć.

***

Mężczyzna, który miał się nazywać Hans Lohengrin, zbliżał się do pięćdziesiątki. Był pulchnym, niskim człowiekiem, który mimo to nie zatracił w najmniejszym stopniu ostrości rys twarzy i spojrzenia. Chociaż powierzchowność miał iście pluszową, coś intensywnego i mocnego czaiło się w kącikach jego ust i głębi ciemnych, mętnych oczu. Krótko i silnie uścisnął mi dłoń, po czym przyciągnął mnie do siebie i poklepał po plecach, prawdziwie poczciwym, ojcowskim gestem. Rzecz jasna każdy z nas dostał dokładne instrukcje od Dymitra. Każdy ruch, spojrzenie i gest był dokładnie zaplanowany. Chociaż człowieka nie ucieszyła nagła zmiana planów spowodowana przez obecność Koshki, zgodził się bez zgrzytów. Prawdopodobnie ogromna ilość pieniędzy, jaką miał otrzymać za tę akcję, stłumiła w nim jakiekolwiek protesty.
- Witaj, synu – odparł i uśmiechnął się ciepło.
Miałem ochotę roześmiać się na całe gardło, dostrzegając jak komiczna była ta sytuacja. Jednak jego „witaj, synu” skierowane do człowieka, którego widział pierwszy raz w życiu zawisło w powietrzu zaledwie na kilka sekund. Moje rozbawienie znalazło ujście tylko w równie ciepłym, rodzinnym uśmiechu.
- Dawno się nie widzieliśmy, ojcze. Wszystko w porządku? – zapytałem, wciąż studiując jego fizjognomię.
- O tym za chwilę. Jakie to uchybienie z mojej strony, że nie przywitałem się najpierw z damą – zwrócił swoje spojrzenie na Koshkę. Ta uśmiechnęła się lekko.
Ujął w rękę jej drobną, zgrabną dłoń i musnął ją ustami.
- Hans Lohengrin – przedstawił się.
Koshka zadrżała. Lekko otworzyła usta, najwyraźniej czymś bardzo zaskoczona jak i zmieszana. Zaintrygowało mnie to. O co chodziło…? Opanowała się jednak w chwilę i na jej twarzy znów pojawił się szeroki uśmiech.
- Marija Pietrowna Kuzniecow. Miło mi pana poznać.
- Mi również – odparł i skłonił się lekko.
Na koniec przywitał się z Iwanowiczem i wspólnie skierowaliśmy się do jednego z salonów.
Obiad został podany prawie natychmiast. Zasiedliśmy do stołu. Byłem napięty i skupiony, nadal kalkulując o czym i w jaki sposób mam mówić. Oczywiście nie dostałem sztywnego, jasno skreślonego scenariusza; Dima dał mi tylko jasne wskazówki, jak grać, a ja miałem się do tego elastycznie dopasować.
Siedziałem naprzeciwko mojego „ojca”, co także zostało wcześniej ustalone. Tuż obok mnie miał swoje miejsce Dima. Ująłem w dłonie sztućce, jednocześnie nasłuchując odgrywanego dialogu. Pierwsze pytanie zostało wymierzone we mnie.
- Till, jak ci się tu podoba? W naszych rozmowach zawsze bywasz taki lakoniczny.
Przełknąłem kawałek wieprzowiny i uśmiechnąłem się odrobinę cynicznie.
- Może to dlatego, że tego mnie tu uczą.
Wszyscy roześmiali się na głos. Nie jednak zwierzęco, bezpośrednio i zupełnie szczerze jak to zazwyczaj miało miejsce w piwiarniach czy innych przybytkach tego rodzaju. Był to śmiech wyważony, opanowany, szczery w pewnym stopniu.
- Miał zostać żołnierzem, więc nim jest, Hans – wtrącił się Dymitr. – Ale to dopiero początek.
- Brzmi interesująco. Nie chciałbym jednak być niecierpliwy i od razu pytać o postępy. Więc jak, Till? Odpowiesz mi na moje pytanie? – zapytał, biorąc łyk wina.
Spojrzenie miał teraz ciepłe i naturalne. Co za zaskakująca sprawa! Jak wspaniałego aktora Dymitr tu sprowadził! Grałem z nim na równym poziomie i muszę przyznać, że bardzo mi się to podobało.
- Cóż – zacząłem z uśmiechem i przeniosłem wzrok na Dimę. – Muszę przyznać, że pan Iwanowicz jest doskonałym mentorem. Myślę, że nie mógłbyś wybrać dla mnie kogoś lepszego.
Dima lekko rozchylił wargi, zaskoczony i nie przygotowany na to bezpośrednie pochlebstwo. Trwało to tylko przez chwilę. Zaraz potem jego twarz rozpromieniła się z satysfakcji i przyjemności.
- Stwierdzenie Tilla wskazuje albo na daleko posunięty masochizm albo na zażartą ambicję… – zaczęła żartobliwie Koshka. - Znając metody Iwanowicza, nie mogę twierdzić inaczej.
- Nawet pani nie wie jak miło mi słyszeć coś takiego! – odparł Hans, odrobinę za głośno. – Cieszę się niezmiernie, że oddałem syna w dobre ręce.
Postukał palcami o blat stołu, jakby zastanawiając się nad czymś. Dopiero teraz zauważyłem na jago palcu sygnet. Jego dłonie były stworzone do sygnetów; mocne i mięsiste, o grubych palcach. Gruba ryba, jak to się mówi. Zacząłem się zastanawiać co by było, gdyby ten człowiek naprawdę był moim ojcem. Gdyby był Karlem Lohengrinem. Jak wtedy potoczyłoby się moje życie…? Czy trafiłbym w to samo lub podobne miejsce? Jakim byłbym człowiekiem? Czy Hans, czy jakkolwiek nazywał się naprawdę ten człowiek, wybiłby mi z głowy literaturę i marzycielskość? Szczerze wątpiłem. Mój ojciec nie był człowiek słabym. Również miał głowę do interesów. Przez jego palce przechodziły nie małe kwoty pieniędzy i nigdy mu się zdarzyło nad tym nie zapanować. W gruncie rzeczy, po namyśle, Karl nie różnił się wiele od Hansa. Zresztą, co mogłem tak naprawdę powiedzieć o człowieku, z którym odgrywałem teatr?
Po pewnym, raczej dłuższym czasie rozmowa zeszła na interesy. Hans przedstawiał swoje plany, ogólnikowo, zdawkowo, tak jak zwykle mówi się o przekrętach do ludzi, którzy w owe przekręty nie są zamieszani. Dima zachowywał się podobnie, ja tylko od czasu do czasu wychodziłem z jakimiś komentarzami. Na temat moich treningów, z uwagami na temat giełdy, o kursie dolara i innych, nic mnie nie obchodzących bzdurach. Ważne było to, że w owej tematyce się orientowałem i że w przyszłości mogłem być dla Dymitra naprawdę pomocny. Uczenie się o rzeczach, które były dla mnie boleśnie nudne stanowiło na początku straszną torturę. Jednak mimo to uparcie siedziałem nad notatkami, a Dima powtarzał i tłumaczył wszystko tak długo, aż tego naprawdę nie zrozumiałem. Właśnie dlatego teraz nawet nie musiałem specjalnie się skupiać na rozmowie, aby wtrącić coś trafnego. Prawdę mówiąc, moje myśli zaczęły odpływać od obecnej sytuacji do rodzinnego domu. Przez odgrywanie tego domowego przedstawienia, boleśnie, pierwszy raz od kilku miesięcy, przypomniałem sobie o matce i ojcu. Co robiła Ulrike? Czy wciąż cierpiała na tej wieloletniej już emigracji? Impulsywnie odczułem potrzebę dowiedzenia się tego, jak i jeszcze wielu innych rzeczy. Przez moment nawet uwierzyłem, że mogę to zrobić.

***

Hans postanowił, że nie chce nadużywać gościnności Iwanowicza i że przenocuje w hotelu. Stwierdzenie to oczywiście spotkało się z silnym protestem Dimy i licznymi naciskami, że jak najbardziej może zostać tutaj i czuć się jak u siebie. W końcu współpracuje się im tak świetnie i doskonale rozumieją swoje, biznesowe, potrzeby. Hans jednak zaparł się w sobie, tłumacząc, że naprawdę bardzo dziękuje, ale gości jest tu już wystarczająco dużo (w którejś chwili przemknął przed nami Artur), a przemieszczenie się do centrum nie sprawi mu najmniejszego problemu. Oprócz tego zawsze był ciekawy moskiewskich hoteli i jest zadowolony, że ma w końcu okazję z jednego z nich skorzystać. Nie muszę chyba dodawać, że już wcześniej zostało ustalone, że Hans ma się wybrać do hotelu. Dima uważał, że jest to wyjście bezpieczniejsze, ponieważ ograniczy moje i Hansa interakcje, co z kolei zmniejszy prawdopodobieństwo popełnienia błędu czy strzelenia jakiejś gafy przy Koshce. Zagranie było zagmatwane i polegało na mówieniu czegoś dokładnie przeciwnego, niż się zamierzało. Koshka przyglądała się wymienianiu tych uprzejmości z neutralnym, nieco zamyślonym wyrazem twarzy. Nic dziwnego. Nie interesowało ją zapewne gdzie ten mój ojciec w końcu będzie spać.
Ja natomiast czułem się tym wszystkim silnie zniesmaczony. Obserwowanie jak dwóch dorosłych mężczyzn zgrywa przed sobą, za przeproszeniem, idiotów, doprowadzało mnie już do mdłości. Tak samo jak na początku ta zabawa wydała się przepyszna, tak teraz zupełnie mi obmierzła. Tym bardziej, że czasem spojrzenie Koshki zdawało mi się silnie niepokojące, zupełnie takie jakby myślała to samo co ja.
Wkrótce nastąpiły pożegnania, uściski i grzecznościowe formułki. Gdy Hans Lohengrin wyszedł z rezydencji, atmosfera stała się o wiele luźniejsza i prawie domowa. Wszyscy się porozchodziliśmy, każde za swoją sprawą. Ja udałem się do łazienki. Przepłukałem sobie twarz zimną wodą. Czułem się całkowicie wypompowany tym niemalże całodniowym napięciem i myślami, które wędrowały do przeszłości, do rodziny, do moich korzeni. Od dawna już nie czułem takiego niepokoju, który kołatał się gdzieś na dnie żołądka. Uniosłem głowę i wpatrzyłem się w swoje odbicie w lustrze. Czy ja wciąż byłem tym Tillem, który wszedł do tego domu po raz pierwszy…? Wpatrzyłem się w swoje błękitne, zmęczone w tej chwili oczy. Czy one patrzyły w ten sam sposób, gdy mieszkałem jeszcze w Hamburgu? Wydawało mi się, że nie. Przeżyłem tutaj już tak wiele, że zdawało mi się, iż minęło już wiele lat od czasu gdy się tu pojawiłem. Treningi z Jegorem, V12, moje pierwsze zbliżenie z Dimą… Jak po tym wszystkim mogłem na siebie spojrzeć nie bez zdziwienia? Doznawałem psychodelicznego wrażenia, że za chwilę ta postać w lustrze się do mnie uśmiechnie, choć ja wcale tego nie zrobię. Nie ulega wątpliwości, że odkryłem w sobie bardzo wiele nowych rzeczy, o których nie miałem pojęcia. Wkrótce miałem odkryć znacznie więcej, ale o tym w swoim czasie.
Wyszedłem z ubikacji i poszedłem do salonu, w którym przez tyle czasu siedzieliśmy. Nie spodziewałem się tam teraz kogokolwiek zastać. Miałem po prostu ochotę na drinka, a wiedziałem, że alkohol został na stole. Zdziwiłem się więc, kiedy trafiłem tam na Artura. Chłopaczek wbił we mnie swoje ogromne oczy, jednak bez zbytniego zainteresowania. Siedział przy stole nad szachownicą. Jako, że znajdowaliśmy się tam sami, poczułem się zobowiązany do niego odezwać.
- Rozgrywasz partię z Koshką? – zapytałem, siadając przy stole.
- Panna Marija poszła się wykąpać.
Doznałem dziwnego wrażenia, pierwszy raz słysząc jego głos. Dlaczego? Znajdował się tu od co najmniej dwunastu godzin, a było to pierwsze zdanie, które z siebie wydobył. Barwa jego głosu była dziwna – zupełnie miękka, jeszcze nie męska. Pomimo tego jakaś przerażająco poważna i zimna. Zamrugałem, przypatrując się mu przez chwilę. Nie odrywając od niego wzroku, odkręciłem butelkę z trunkiem.
Widocznie pojmując, że nie rozumiem jego odpowiedzi, dodał:
- Gram sam.
- Sam? – zdziwiłem się.
Skinął głową. Z każdą chwilą czułem się bardziej skrępowany w jego towarzystwie. Rozsiewał wokół siebie jakąś przerażającą aurą. Trudno mi to przyznać, byłem przecież dużo od niego starszy. Jakiś tam dzieciak nie powinien wprawiać mnie w zakłopotanie.
Upiłem łyk alkoholu i przyglądałem się jak przesuwa pionki na szachownicy. Co go łączyło z Koshką? Czy oni…? Dziwnie mi było sobie to wyobrazić. Przecież Marija mogłaby być jego matką. Jeśli więc nie… co tu robił? Byłem  ciekaw jak diabli, ale nie ośmieliłem się zapytać.
- Kto wygra, skoro grasz sam? – podjąłem znowu.
Uśmiechnął się lekko, co wypadło dziwacznie na jego zawsze pozbawionej emocji twarzy.
- Tu nie chodzi o wygraną.
- Więc o co? – dopytywałem się, coraz bardziej wciągając się w tę rozmowę.
- O strategię.
- Nie rozumiem… Po co strategia, skoro nie prowadzi do wygranej?
- Zaczynasz myśleć jak twój mentor – zauważył, opierając swoje drobne palce na skoczku. Poruszał nim lekko, tak, że skoczek przechylał się raz na lewo, a raz na prawo.
Wytknął mi to tak płynnie, a ja… musiałem w duchu przyznać, że ma rację. Nie zauważyłem nawet kiedy Dima zaczął wywierać na mnie wpływ.
- Pokażę ci – odparł i zaczął ustawiać figury do nowej partii. Domyślałem się, że chce ze mną zagrać. Skoro już podważyłem logikę jego działań, nie mogłem odmówić.
Graliśmy w skupieniu. Artur od czasu do czasu wbijał we mnie swoje poważne, nieruchome oczy. Od jego obecności i spojrzenia przechodziły mnie nieprzyjemne dreszcze. Nie rozumiałem dlaczego. Partia nie trwała długo. Przegrałem z kretesem, niemalże od razu. Uśmiechnąłem się gorzko.
- Chyba muszę ci przyznać rację… Przygotowanie strategii ma duże znaczenie – przyznałem.
Łokcie oparł na blacie, a palce skrzyżował.
- Tu nie do końca chodzi o to… - odparł.
- A o co…? Nalać ci? – zapytałem, przygotowując sobie drugiego drinka.
- Nie jestem pełnoletni.
Starałem się nie uśmiechnąć. Doskonale. Na alkohol nie jesteś pełnoletni, a na wpieprzanie się w sam środek mafijnych rozgrywek jak najbardziej. Stłumiłem jednak złośliwość na rzecz ciekawości.
- Ile masz lat?
- Piętnaście.
No nieźle. Nie spodziewałem się, że jest aż tak młody. Czemu jednak wziąłem go za starszego? Na pewno nie przez jego delikatne rysy i budowę. To raczej przez… jego sposób bycia.
- Wracając do twojego pytania… Robię po prostu to, co ty – stwierdził z lekko ironicznym uśmiechem.
Zmarszczyłem brwi, nie rozumiejąc. Do czego on zmierzał…? Zahaczyłem wzrok na złotych guzikach w jego koszuli.
- O czym mówisz? – wydobyłem w końcu z siebie.
- Nauczyłem się tak oszukiwać, aby nikt nie zauważył.
Zdanie było wymierzone tak niespodziewanie i precyzyjnie, że momentalnie zbladłem. Nie wiedziałem dlaczego, ale przed tym chłopcem nie potrafiłem figlarnie się uśmiechnąć i przekonująco zaprzeczyć. Zamiast tego roześmiałem się skrzecząco i całkiem nienaturalnie.
- Ależ o czym ty mówisz? Przecież ja nie oszukiwałem…
Wiedziałem, że brzmi to głupio i histerycznie, ale straciłem fason i nie potrafiłem nic na to poradzić. Artur uśmiechnął się jakoś tak pobłażliwie.
- Ach tak. Widocznie mi się wydawało – odparł, jednak nie kryjąc, że kłamie, a zdając sobie sprawę, że to kłamstwo zauważę.
Co miałem zrobić? Ten ponury dzieciak znał mój sposób gry, zupełnie jakby patrzył mi przez ramię w karty. Czy wiedział, dlaczego tak naprawdę tu byłem? Co dało mu możliwość podejrzeń? Czy Koshka też wiedziała? Jednym haustem dokończyłem drinka.
- Pójdę już. Jestem zmęczony.
Skinął głową, dając znać, że rozumie. Wyszedłem z pokoju z chaosem w głowie, mając nadzieję, że na nikogo nie trafię. Szczęście mi dopisało. Znalazłem się w łazience i wziąłem zimny prysznic. Chłodna woda spływała po moim ciele, a ja analizowałem każdy szczegół mojej rozmowy z Arturem. Po namyśle doszedłem do wniosku, że niepotrzebnie spanikowałem. Jaki miałem bowiem argument, na to, że Artur znał prawdę? Przecież jego stwierdzenie wcale nie musiało się odnosić do tego, co mi się zdawało… Jednak jeśli nie chodziło o mnie i Dimę… to o co? O czym ten ponury dzieciak, do jasnej cholery, mógł pomyśleć?

piątek, 7 października 2011

Rozdział jedenasty


11. Umizgi

Po przebudzeniu długo leżałem w łóżku i z trzeźwym już umysłem analizowałem wydarzenia z poprzedniego dnia. Długo nie potrafiłem poukładać myśli. Z jednej strony miałem za złe Dymitrowi, że w ogóle nie liczył się z moim sprzeciwem i że przełamał mną stół na dwie, równe połowy. Z drugiej znowu schlebiało mi jego pożądanie, które doprowadzało go do takich rzeczy. Chciał mnie mieć za wszelką cenę i zdawałem sobie sprawę, że odmową doprowadzałem go do szaleństwa.
Westchnąłem i ogarnięty tęsknotą za jego dotykiem, uznałem,  że nie ma sensu już nad niczym się zastanawiać. Zaszło to tak daleko, że obawy co do zmienienia stosunków między nami można było włożyć między mrzonki. Już się zmieniły. Może gdybym był bardziej spostrzegawczy, już wcześniej doszedłbym do wniosku, że od dłuższego czasu żaden z nas nie patrzy na tego drugiego jak na przyjaciela. Oboje się pragnęliśmy i prawdopodobnie mógłbym jedynie coś zepsuć, gdybym przeciągał to dłużej. Nie dało się już robić żadnych kroków w tył, teraz mogłem tylko stać w miejscu. Albo iść do przodu.
Jakieś dziesięć minut później zwlokłem się z łóżka. Trochę się obawiałem konfrontacji z Dimą po tym, co wczoraj zaszło. Szczerze mówiąc, wstydziłem się jak jasna cholera. Obawiałem się także jego reakcji. Jakby nie było, zostawiłem go wczoraj w zdemolowanym pokoju, totalnie zalanego i poobijanego. Cholera.
Westchnąłem i cichcem przekradłem się do łazienki. Umyłem się i ubrałem, abym mógł się poczuć gotowym na to starcie. Dobrze, że trening został przesunięty na popołudnie. Nie chciałbym walczyć i narażać się na ostre ciosy przeciwników z głową naładowaną sprawami osobistymi. Lepiej załatwić to teraz. Zaraz.
Niepewnie wyszedłem z łazienki. Tylko… co teraz? Szukać go? Nie, lepiej zupełnie przypadkowo na niego wpaść. W końcu nie miałem zamiaru się przed nim tłumaczyć. Byłoby to śmieszne i poniżające po tym, jak ostentacyjnie zignorował moje zdanie. Starając się zachować neutralny wyraz twarzy, poszedłem do kuchni. O tej porze była zupełnie pusta, bez służby, bez hałasów i obiadowych zapachów. Tylko ładne meble, duży stół i Dima mieszający sobie kawę. Zaraz… Dima mieszający sobie kawę?!
Spojrzał na mnie podkrążonymi, skacowanymi oczyma. Odruchowo spuściłem wzrok. Cholera, wcale nie miałem zamiaru tego zrobić. Nie wiedziałem jednak jak się zachować. Postanowiłem, że zwyczajnie wejdę i również zrobię sobie kawę. Tak, dobra myśl. Zawsze pozostaje możliwość, że to on pierwszy się odezwie. Wyciągnąłem swoją puszkę z parzoną, moją ulubioną. Sięgnąłem po kubek i postawiłem go przed sobą. Wyczuwałem na sobie jego spojrzenie i czułem się coraz bardziej idiotycznie. Powinienem coś powiedzieć. Tylko co? Co się mówi w takich sytuacjach?
- Till, to nie ten kubek.
Drgnąłem, słysząc jego głos. Odwróciłem się do niego. Miał rozczochrane włosy i był ubrany w spodnie od piżamy. Włożył sobie papierosa do ust, ale nie zdążył jeszcze go zapalić.
- Co ty gadasz? – zapytałem zdezorientowany.
- Robisz sobie kawę do nie tego kubka. To nie ten, który wyciągnąłeś, tylko jakiś używany, który po prostu tam stał.
Odwróciłem się do wspomnianych kubków i zobaczyłem, że ma rację. Poczerwieniałem  na twarzy. Jeśli miał zamiar sprawić, abym poczuł się jeszcze bardziej głupio, to mu się udało.
- Ja… - zaczął i po tonie głosu poznałem, że tym razem nie będzie mówił o kubkach. – Słuchaj, chciałem cię przeprosić za wczoraj. Trochę mnie poniosło.
- Skoro łamiesz ludźmi stoły, kiedy trochę cię poniesie, nie chciałbym widzieć co się dzieje, gdy cię poniesie bardzo – syknąłem, nie mogąc się powstrzymać.
Chyba się zmieszał, bo kątem oka dostrzegłem, że wykonał jakiś dziwny, nieokreślony ruch ręką.
- To nie tak… Posłuchaj, to nie jest takie proste – usiadł na krześle i zaciągnął się. – Ja nie do końca jestem tym człowiekiem, co kiedyś.
- To już zauważyłem – przerwałem mu okrutnie, nagle nabierając jakiegoś osobliwego żalu.
Chyba go to zabolało, bo zamilkł na chwilę.
- Takie życie wywiera wpływ. Odzwyczaiłem się już, że ktoś mi się sprzeciwia – tłumaczył się jakoś nieporadnie. – Paradoksalnie, twój sprzeciw sprawia, że jeszcze bardziej mnie podniecasz. Chcę go łamać, widzieć, jak w końcu mi ulegasz.
Zrobiło mi się sucho w gardle na tę uwagę. Narzuciłem sobie jednak samoopanowanie. Nie mogłem się podniecić w takiej sytuacji.
- Do tego wczoraj byłem okropnie pijany… - kontynuował.
Usłyszałem, że wstał i zbliżył się do mnie. Serce zaczęło mi bić szybciej. Nie dotknął mnie jednak, chociaż stał tuż za moimi plecami.
- Czy czujesz się rozczarowany tym… jaki jestem teraz? – zapytał lekko łamiącym się głosem.
To pytanie miało w sobie coś rozbrajającego. Wiedziałem, że gdybym mu przytaknął, złamałbym go zupełnie. Odsłaniał się przede mną, niepewny czy nie otrzyma zaraz ciosu.
Wolno odwróciłem się w jego stronę. Spojrzałem w jego skacowane, przepite oczy. Zupełnie szczere i otwarte.
- Nie… - pokręciłem głową. – Trochę trudniej z tobą żyć, ale… to nic nie zmienia.
Przytuliłem się do niego. Przygarnął mnie do siebie i położył dłoń na mojej głowie.
- Czasem nie panuję nad sobą… - mruknął. – Ale… bardzo mi na tobie zależy.
Poderwałem się lekko i znów spojrzałem mu w oczy, wyszukując tam czegoś… Dobrze wiedziałem, czego. On też wiedział, bo powoli i poważnie pokiwał głową. Uśmiechnąłem się zawstydzony i oszołomiony. Złapałem go za rękę, w przypływie tego dziwnego odczucia.
- Czegokolwiek nie powiem czy nie zrobię… To nic nie zmieni – szepnął i pocałował mnie w czoło. – Jestem trochę zniszczony przez życie jakie prowadzę. Trochę zgnity. Ale…
Przerwał, nagle nie potrafiąc kontynuować. Po chwili jednak przemógł się.
- Za wielu ludzi zabiłem, żebym mógł wciąż być niewinny.
Zamrugałem, zdenerwowany. To krótkie zdanie, właściwie to wtrącanie, sprawiło, że powiało chłodem. Nie chciałem, aby coś zniszczyło tę atmosferę wzajemnego porozumienia i czułości. Położyłem mu dłoń na ustach, chcąc zneutralizować tę rysę.
- Nie teraz – mruknąłem.
Uśmiechnął się, trochę smutno, a trochę pobłażliwie. Lekko ściągnął z siebie moją rękę.
- Pójdziesz ze mną na kolację wieczorem? – zapytał, zmieniając temat.
Zdawałem sobie sprawę, że tym razem to nie zwykłe, przyjacielskie zaproszenie. Poczułem się zażenowany, że wybiorę się na randkę z drugim mężczyzną. Jakie nowe i dziwne mi się to wydawało.
 - Tak… - przytaknąłem.
- Cieszę się – odparł i pogłaskał mnie. – I jeszcze raz przepraszam.
- Przyjmuję.

***

Czułem się naprawdę nieziemsko zaskoczony, skrępowany i roztargniony jednocześnie. Sam nie wiem czy sprawiła to biel obrusów, srebrne sztućce czy może skrzypek, który z czarującym uśmiechem i słodką muzyką przechodził od stolika do stolika.
- Dima… - zacząłem, wpatrzony w jego elegancki, markowy garnitur.
Uśmiechnął się równie czarująco jak skrzypek i uniósł brwi w pytającym geście. Zanim jednak wyrzuciłem z siebie cokolwiek, podszedł kelner, w równie markowym fraku i równie markowym uśmiechu. Zgrabnym gestem nalał nam wina, które z pewnością kosztowało tyle, co moja miesięczna wypłata w budce z kebabami.
- Podać panom coś jeszcze? – zapytał aksamitnym głosem.
- Na razie dziękujemy – odpowiedział Dymitr.
Sylwetka kelnera, rodem z żurnala, oddaliła się do innych gości.
- Posłuchaj… - spróbowałem znowu. – Czy to aby nie lekka… przesada?
- O co chodzi, Till? Jeśli ci się nie podoba, możemy iść gdzieś indziej.
- Nie, nie – zaprzeczyłem ostro. – Tylko… czy my nie wyglądamy tutaj dość… ekstrawagancko?
Zmarszczył brwi, jednak niemalże od razu uchwycił moją sugestię.
- Ach, nie. Nie przychodzą tutaj tylko pary. Wiem, że atmosfera wskazywałaby na to, ale spójrz na lewo od ciebie. Ostrożnie.
Zrobiłem jak mi polecił i kątem oka wychwyciłem trójkę starszych mężczyzn siedzących przy jednym stoliku.
- Widzisz? Mężczyźni lubią czasem załatwiać interesy poza domem. Wydawanie pieniędzy na swoich gości w luksusowej restauracji jest w znacznie lepszym guście niż przyjmowanie ich u siebie.
To nieco mnie uspokoiło. Uśmiechnąłem się do niego niepewnie.  Przez całe swoje życie to ja zapraszałem kobiety na randki. Nigdy nie widziałem się w roli takiej kobiety. Czyżby świat wywrócił się do góry nogami…?
Dymitr natomiast nie był w żadnym razie w sytuacji, która wydawałaby mu się nie na miejscu. Pożerał mnie wzrokiem, napastliwie, pożądliwie i namiętnie. Gubiłem się pod wpływem tego spojrzenia.
- Jesteś niesamowicie fascynujący – szepnął.
- Co we mnie jest… takiego fascynującego? – zapytałem ostrożnie.
- Ach, nie wiem jak ci to powiedzieć – wykrzywił się w lekkim grymasie, po czym się zaśmiał. – Nie chcę ci prawić komunałów i brzmieć jak tysiące facetów przede mną i po mnie w odniesieniu do swoich żon, kochanek czy też może mężczyzn…
- Wypowiedz się więc w ponadprzeciętny sposób – zaproponowałem ze szczwanym uśmiechem.
- Nie jestem poetą… - zaczął się wykręcać.
- A ja znawcą poezji.
- Jak to, Till? Nie?! – żachnął się wesoło.
- Zawsze lepiej potrafiłem zrozumieć prozę – sprostowałem. – No więc? Ja czekam.
- Ach, ty… - mruknął.
Poderwałem się nagle, wyczuwając jego rękę na moim kolanie.
- Nie jesteśmy sami, Dima – syknąłem. – Natychmiast przestań.
- Ten obrus sięga prawie do ziemi…
- Zawsze masz jakieś wytłumaczenie…
- Oczywiście.
- Przestań…!
Uśmiechając się szczeniacko, wycofał swoją rękę, jakby nie mógł się nacieszyć moim wzburzeniem.
- To jest pierwsza z tych niesamowitych rzeczy… Jak się denerwujesz – odparł wesoło i napił się ze swojego kieliszka.
- Jesteś taki… swobodny – odparłem, znów skrępowany.
- A czemu miałbym taki nie być? – zaśmiał się. – Co miałbyś ochotę zjeść? – zapytał, otwierając menu.
- Czy ty… - zacząłem. Nagle rzuciło mi się w oczy pewne pytanie, które wręcz musiałem mu zadać. – Byłeś już z mężczyzną?
Podniósł wzrok z nad listy dań i spojrzał na mnie z błyskiem zrozumienia w oku.
- Aaaa. Więc to o tę swobodność ci chodzi – odgadł. – Byłem.
Jego odpowiedź mnie zaciekawiła i w pewnym sensie nie mało zaskoczyła, więc zapragnąłem pociągnąć ten temat dalej.
- Wiele razy…? – kontynuowałem wścibsko.
- Kilka – odpowiedział z tajemniczym uśmiechem.
- I… jak było? Lepiej niż z kobietą? – dociekałem.
- Jakby ci to powiedzieć… Kobiety nigdy zbytnio mnie nie fascynowały. Są ładne, tak… Ale to nie to.
Zamrugałem. Co znaczyły te słowa? Czy to, że nigdy dotąd nie był z kobietą…? Patrzyłem na niego ciekawie, jednak nie miałem odwagi na zadanie tego pytania. Gmatwałem się w swoje myśli, a on powrócił do wybierania sobie posiłku.
- I… zawsze dominowałeś? – wyrzuciłem z siebie nagle, a Dymitr aż zakrztusił się winem.
- Till, co cię naszło? – zapytał niedowierzająco.
- Ach, mnie? Nic – zacząłem się wykręcać. – Ja tak tylko… z ciekawości.
- Ja chyba wiem – uśmiechnął się i pokiwał głową w zamyśleniu. – Tu nie chodzi o mnie, tylko o ciebie.
Ubodnął w samo sedno, więc odruchowo zacząłem krążyć spojrzeniem po ścianach.
- Nie musisz się obawiać. Wiem, jak zaspokoić twoje potrzeby. Sprawię, że będziesz szczęśliwy.
- Czy dlatego, że… masz już doświadczenie w tej kwestii? – podsunąłem zawstydzony.
- Nie… Raczej dlatego, że znam cię pół życia i wiem, czego potrzebujesz.
Drgnąłem na te słowa. Poruszyły mnie w jakiś sentymentalny sposób.
- Wychowywaliśmy się razem. Zawsze byłeś moim najlepszym przyjacielem. Spędziliśmy ze sobą tyle czasu…
Pokiwałem głową w zamyśleniu.
- Pamiętasz jak zimą zjeżdżaliśmy na kartonie z tej wielkiej górki? – zapytał z nostalgicznym uśmiechem.
- Ach, nawet mi nie przypominaj! Zabiłbym się wtedy przez ciebie.
- Ale było fajnie, prawda?
Przytaknąłem, zatapiając się we wspomnieniach.
- Pewnie. Z tobą zawsze było fajnie. Tylko dziwię się, że nigdy nie nabawiłem się żadnej kontuzji przez te twoje szalone wymysły… Podkradanie ptakom jajek – podałem przykład i przewróciłem oczami.
- Ach to! – zaśmiał się. – Pół dnia musiałem cię ściągać z tego cholernego drzewa.
- To ty mi kazałeś wejść na to „cholerne drzewo”! – oburzyłem się. – Mogłeś chociaż uwzględnić mój lęk wysokości.
- Och tam – machnął ręką. – Ty miałeś lęk na wszystko. Byłeś strasznie tchórzliwym dzieckiem. Pomyśl tylko, z ilu lęków ja cię wyleczyłem!
- Terapia szokowa, nie ma co! – burknąłem.
Dima zaśmiał się. Nagle zamilkł i zaczął pieścić mnie spojrzeniem.
- Tak… Zawsze byłeś moim najwspanialszym kompanem. Zanim jednak przyjechałem do Hamburga, nie miałem pojęcia, że stałeś się takim przystojnym mężczyzną.  
Uśmiechnąłem się szeroko na ten komplement. Zanim jednak odpowiedziałem, podszedł do nas ów żurnalowy kelner. Błysnął rzędem swoich równych, śnieżnobiałych zębów i zapytał:
- Zamówienie?
- Poproszę zupę AnQui Pho i Golden Kaiser Schnitzel – odezwał się Dymitr.
Zacząłem pośpiesznie przerzucać karty menu, aby wybrać coś dla siebie. Rzecz jasna kelner czekał z kurtuazyjnym uśmiechem, aż zdecyduję się na swoje zamówienie.

***

 Dima nigdy nie był miłośnikiem wielkomiejskiego kiczu. Nic więc dziwnego, że nie zabrał mnie do centrum, na Plac Maneżowy, gdzie jakiś czas temu zawędrowałem sam. Po kolacji pojechaliśmy na obrzeża Moskwy, do Kołomiejskoji. Było to miejsce magiczne, nie tylko ze względu na kulturowe bogactwo i piękno zabytków. Wchodziło się tam przez Bramę Zbawiciela, wzniesioną w XVII wieku. Jak za jakimś czarodziejskim sposobem, zdawało się, że była to brama przenosząca w czasy starej Rosji, carskiej Rosji.
- Tu kiedyś znajdował się carski pałac – oznajmił Dima.
- Zniszczono go? – zapytałem.
- Rozebrano z rozkazu Katarzyny II.
Dima przypatrywał mi się w jakiś nieodgadniony sposób. Wychwytywałem to długie spojrzenie i zdawało mi się, że zapowiada ono coś… interesującego.
W pobliżu nie było już żadnych zwiedzających, zbliżał się późny wieczór. Czułem się skrępowany tym dziwnym napięciem, które unosiło się między nami. Miałem mętlik w głowie, ostatnio tak wiele w moim życiu się zmieniło. Dima pokazywał mi złotego orła, znajdującego się na szczycie wieży dzwonnicy, herb dynastii Romanowów. Tymczasem ja wpatrywałem się w jego dłonie, usta i oczy. Pochłaniałem go wzrokiem i wydawał mi się taki idealny. Zacząłem się zastanawiać dlaczego wcześniej nie chciałem tego przyznać. Prawdopodobnie nie mogłem uciec przed czymś tak… nieuchronnym.
- Till? – zapytał mnie w którymś momencie.
- Tak?
- Podoba ci się tutaj? Wydawało mi się, że to miejsce będzie lepsze na twój artystyczny gust niż ten wielkomiejski zgiełk…
- Trafiony, zatopiony – odpowiedziałem z uśmiechem.
- To dobrze przewidziałem – odparł z nutką satysfakcji. – Takiego paniczyka zabiera się do pałacu, a nie do…
- Och przestań…! – burknąłem, jednak wciąż z uśmiechem na twarzy.
Roześmiał się i przełożył mi rękę przez ramię, jednocześnie pokazując coś.
- Widzisz? To cerkiew Wniebowstąpienia.
Spojrzałem we wskazanym kierunku. Cerkiew stanowczo odbiegała architekturą od tych, które do tej pory widziałem. Pomimo szarej kolorystyki, wciąż zachwycała swoim wyglądem.
-Wiesz o niej coś więcej? – zapytałem.
Pokręcił tylko głową, a ja czułem, że jego ręka coś nie może opuścić mojego ramienia. Pragnąłem jego dotyku, ale nic nie powiedziałem. Przyglądałem się tylko kościołowi, a on w końcu zdjął ze mnie swoją dłoń.
Rozmowa na chwilę się urwała, a powietrze gęstniało coraz bardziej. Dymitr nie wygłupiał się, jak to miał w zwyczaju podczas swoich weselszych, mniej stresujących dni. Szedł tylko bezszelestnie, wraz ze swoimi bezszelestnymi, niewątpliwie zajmującymi go myślami.
W ten właśnie sposób doszliśmy nad rzekę. Rwąca woda błyszczała w niej bystro. Nad brzegiem powietrze okazało się chłodniejsze i w dużej mierze orzeźwiające, jednak  w metafizycznym sensie odczuwałem ten sam ciężar.
- Cieszę się, że już wróciłem – odezwał się, przecinając ciszę.
- Zapewne. W domu zawsze jest najprzyjemniej.
- Ach! – machnął ręką i skrzywił się nieznacznie. – To nie to. Nigdy nie przywiązywałem się do miejsc. Tylko… w Petersburgu same problemy. Trudne sprawy do rozstrzygnięcia. A jak długo można pozować na niezniszczalnego? To męczy na dłużej.
- Chcesz powiedzieć, że pozujesz? – zaciekawiłem się.
- Nie, nie w takim sensie jak może teraz myślisz… Ale w tej grze muszę być pewny siebie. A nie da się zawsze byś wszystkiego pewnym. Często trzeba blefować, a to niszczy nerwy. Ale nie chcę o tym rozmawiać… Nie teraz – odparł i uśmiechnął się do mnie porozumiewawczo.
Nie wiedziałem jak odebrać ten gest. Zachowałem neutralny wyraz twarzy i wpatrzyłem się w toń. Przez czas naszej małej wycieczki zdążyło zupełnie się ściemnić i woda urokliwie błyszczała. Pomimo tego niezręcznego uczucia, czułem się również przyjemnie podekscytowany. W oczach i postawie Dimy, a także w całym otoczeniu było coś takiego, co napawało mnie beztroską radością. Po chwili znów przeniosłem na niego spojrzenie. Jego kobaltowe oczy błyszczały intensywnie i było w nich coś takiego miękkiego, czego nie dostrzegałem tam często. Na pewno nie podczas mafijnych spotkań, kiedy znajdował się w nich lodowaty chłód. Jednak teraz… Tak, teraz było inaczej. Patrzył na mnie tak czule, tak bezpośrednio i otwarcie. Podziwiałem każdą rysę jego twarzy, zadowolony, że mogę to robić równie bezpośrednio, nie ukradkiem. Pomyślałem wtedy, że jednak właściwie wybrałem. Że ten jeden człowiek jest wart poświęceń i trudów. Uśmiechnąłem się mimowolnie, nagle odczuwając z całą mocą, że jestem we właściwym miejscu i że niczego nie żałuję. Zapalczywie wierzyłem, że przy jego boku uda mi się stawić czoła wszystkiemu. Wczorajsza farsa zupełnie odeszła w niepamięć, jakby nigdy się nie wydarzyła. Teraz były tylko te oczy i rozchylone usta. Tylko jego dłoń, którą splótł swoje palce z moimi.
- Jednak co ważniejsze… - po tej nienaturalnie długiej przerwie, podchwycił przerwany temat. – W Petersburgu nie było ciebie. Tęskniłem… Dzień bez ciebie jest nic nie wart.
Chwycił mnie mocno w pasie i przygarnął do siebie. Wolną rękę wplótł mi we włosy i pocałował mnie. Objąłem go,  przyciągając go bardziej. Najwyraźniej podniecony tą zachętą, zaczął całować mnie mocniej i gwałtowniej. Pozwalałem mu się penetrować, absolutnie pochłonięty tą pieszczotą. Sięgał głęboko, łapczywie i natarczywie. Jednak za jakiś czas pocałunek stał się wolniejszy, równie namiętny, ale bardziej subtelny.
W końcu oderwał się ode mnie. Patrzył na mnie pożądliwie, ale nie dałem mu nic powiedzieć. Przyciągnąłem go do siebie i znów zacząłem całować. Jęknął zadowolony i kontynuował.
Tego wieczoru nie doszło do niczego więcej. Pragnąłem go strasznie i być może uległbym mu. Jednak Dima nie próbował mnie podejść. Nie zaczął nawet mnie dotykać. Chociaż moje ciało błagało o to, nie ośmieliłem się nic mu powiedzieć. Nie wiedziałem, czy nie chciał być natrętny po poprzedniej nocy czy może był to kolejny etap psychologicznego miażdżenia mojego oporu. Jeśli tak, muszę przyznać, że świetnie się spisał.

***

- Zaczynać!
Nie musiałem czekać długo na błyskawiczny cios, który został wymierzony prosto w moją twarz. Mocny, pewny, bezkompromisowy. Zablokowałem, w pełni odczuwając jego moc na kości promieniowej. Zacięte, niezadowolone spojrzenie, lekko wydęte wargi. Uśmiechnąłem się bezczelnie, co odniosło zamierzony efekt. Przeciwnik dał się sprowokować, jak nieprofesjonalnie. Kopniak również miał mnie ugodzić w twarz, ale zanim się to stało podciąłem jej stojącą na ziemii nogę. Zachwiała się niebezpiecznie i upadła. Prychnęła jak wściekła kotka. Zdawała sobie sprawę, że nabijam sobie pozytywne punkty. Błyskawicznie odepchnęła się od ziemi i zaatakowała mnie z gradem szybkich, morderczych ciosów. Uderzenie, uderzenie, uderzenie. Wykop z pół obrotu, dwa uniki, uderzenie. Ciemny, długi warkocz Niny tańczył w powietrzu jak flaga. Nie miałem jednak czasu na skupianie się na bzdurach. Wbiłem oczy w jej ciemnobrązowe, prawie czarne ślepia i atakowałem. Nigdy nie lubiłem walczyć z kobietami. Zawsze zdawało mi się, że kierują nimi jakieś trudne do zdefiniowania kompleksy i cały czas musiałem myśleć, aby nie bić w klatkę piersiową. Oprócz tego zawsze wydawały mi się zbyt drobnymi, w sensie szczupłymi przeciwnikami. Byłem przyzwyczajony do klatki o szerokości metra, a walcząc z Niną czułem się jakoś nieswojo. Nie można było jednak odmówić jej zdolności.
Również tym razem nasze siły wyrównywały się. Lubiła wykonywać trzy z rzędu kopnięcia z pół obrotu, już zdążyłem zauważyć ten schemat. Gdy zrobiła to znowu, zdecydowałem się na dość ryzykowny trik. Dwa pierwsze udało mi się sparować, natomiast przy trzecim wysunąłem się do przodu i złapałem ją za stopę. Skrzywiłem się mocno, czując ból w dłoni. Nie puściłem jednak i za pomocą wyuczonego ruchu, przewróciłem ją na ziemię. Nina zdążyła w porę zareagować i ściągnęła mnie ze sobą do parteru. Kopnąłem ją z kolana w brzuch, ale zakleszczyła moją nogę między swoimi i zablokowała mnie. Jej biodra skręciły nieco na prawo, a ja poczułem, że miażdży mi udo. Przycisnąłem jej szyję wolną ręką. Rzecz jasna zablokowała, ale naprężyłem się mocniej i zmiażdżyłem opór. Mocowaliśmy się tak ze sobą jeszcze przez jakiś czas. Porucznik nie szykował się do zakończenia walki. Lubił nas doprowadzać do niestandardowych, nie sportowych sytuacji. Wiedział, że przeciwnik nie będzie się z nami obchodził sportowo i niejednokrotnie nam o tym przypominał. Czasem w dość bolesny sposób.
Krzyknąłem, czując narastający ból w nodze. Nina za to traciła oddech pod naporem mojej ręki. Wiedziałem, że mam przewagę. Dało się przeżyć ze złamaną nogą, natomiast ja dałbym radę ją udusić. Zakleszczyła rękę na moim nadgarstku i próbowała ją odciągnąć. Gdy to nie odnosiło skutku, wbiła mi paznokcie w nadgarstek. Chociaż była to zagrywka typowo kobieca i jakże nie sportowa, okazała się skuteczna. Syknąłem, widząc, że krew spływa mi po ręce. Nie wiedziałem, czy w ten sposób mogłaby przeciąć mi żyły, ale spanikowałem i puściłem. Nie przepuściła tej okazji. Z moją krwią za swoimi paznokciami, o zgrozo, przyłożyła mi prosto w twarz. Zamroczyło mnie, ale nauczyłem się to kontrolować, przynajmniej przy umiarkowanych uderzeniach. Chciała powtórzyć atak, ale zdążyłem odwdzięczyć się tym samym. Zakrztusiła się swoją krwią. Nie wywarło to na mnie wrażenia. Tu nie było miejsca na etykę czy zasady gwarantujące bezpieczeństwo. Otrzymywaliśmy szkołę, która nie miała na celu nas osłaniać, tylko jak najbardziej narażać, aby zwiększyć nasze szanse przeżycia. Właśnie dlatego, wykorzystując jej nieuwagę, uderzyłem w brzuch. Nie chciałem już bić w twarz; miałem zamiar ją pokonać, nie zabić. Ku mojemu zdziwieniu, wciąż nie atakowała. Zaniepokoiłem się. Kaszlała dalej, więc zaniechałem walki.
- Wystarczy! – krzyknął porucznik. – Lohengrin zwyciężył. Andriejewna, potrzebujesz pomocy?
Nina podniosła się do siedzącej pozycji. Wciąż się krztusiła, ale pokręciła przecząco głową. Podałem jej rękę i usunęliśmy się z pola walki.
- W porządku! Następni. Komentarzy udzielę później.
Wytarłem bluzką swoją zakrwawioną rękę.
- Ale mnie urządziłaś… - zwróciłem się do niej.
- Ty mnie nie lepiej – mruknęła, spluwając krwią.
- To było dobre – odparł Arsen, podchodząc do nas.
- Komu to mówisz? – zapytała z gorzkim uśmiechem.
- Obojgu. Walczycie bardzo płynnie. Nie patrz tak na mnie, Nina. A Lohengrin nie zwyciężyłby tak łatwo, gdybyś nie zaczęła się dusić.
Pokiwałem mu głową, przyznając mu rację.
- Zapewne. Prawie złamała mi nogę.
Uśmiechnęła się z satysfakcją, jakbym powiedział jej komplement.
- Nie mogę się doczekać prawdziwych akcji. Walczymy tylko między sobą… Ileż można być kotem? – mruknęła niezadowolona.
Kosmyki włosów, które wyszły jej z warkocza, ulokowała za swoimi uszami. Twarz miała wilgotną od potu, a oczy wciąż pałające. Była wściekła przez swoją chwilę słabości i moje zwycięstwo. Tłumiła to jednak w sobie, nie chcąc urządzać dziecinnych scen.
- Musimy trenować. Jesteśmy fundamentem mafii moskiewskiej – stwierdził Arsen.
Nina skrzywiła się nieprzyjemnie. W ustach miała wsuwkę. Wciąż próbowała jakoś sukcesywnie spiąć sobie włosy po walce.
- Powiedz mi. Kto respektuje koty? Dopóki nie zajmiemy się akcją, każdy ze starszych ma z nas tylko pośmiewisko. Dzieciarnia. Piaskownica. Nawet porucznik patrzy na nas z sarkazmem… Ten okres szkoleń przeciąga się nam niemiłosiernie.
Usiadłem na kamieniu, tuż obok nich.
- Ale Arsen ma rację… Może jeszcze nie teraz, ale wkrótce… będziemy częścią tego fundamentu.
Nina miała zamiar zaprzeczyć, ale Arsen odezwał się pierwszy.
- Pomyśl… czym byłby król bez armii? – w jego zielonkawych oczach czaiła się odrobina rozbawienia. Nie rozumiałem dlaczego.
- Król – powtórzyła z podobnym wyrazem twarzy. – Król zamknął się w kryształowym pałacu.
Zamrugałem, nie wiedząc do czego dążą.
- O czym mówicie? – zapytałem, nie mogąc wytrzymać.
Oboje przenieśli na mnie swoje spojrzenia.
- Nie słyszałeś? Wszyscy o tym mówią. Żołnierze, przemytnicy, funkcjonariusze. Każdy po cichu szepta, że Iwanowicz jest bezradny wobec Sołncewa. Jego ludzie węszą, śledzą, a wciąż na nic nie natrafili. A Sołncewo są jak pasożyty, które powoli przejmują kontrolę nad niegdyś swoim biznesem.
- Ach! – Arsen lekceważąco machnął ręką. – Teraz przesadziłaś. Jeszcze im daleko do tego.
- Każdy koniec ma swój początek – zaakcentowała.
Poczułem się zaniepokojony. Dima zapewne mówił o tych komplikacjach w Petersburgu.
- Jednak bardzo mnie to dziwi… Wasyl, ten myśliwski pies, wytropiłby każdego. Gdzie ci skubańce mogli się podziać? Żeby nie złowić ani jednego z nich… - rozwodził się nadal.
- Myślę, że nic nie trwa wiecznie. Nie mogą się ukrywać bez końca. To kwestia czasu – oceniłem.
- Na razie to nie moja działka – Nina włożyła ręce w kieszenie i wzruszyła ramionami. – Chciałabym tylko już znajdować się w armii, a nie brać udział w tych „kursach wstępnych”.
Arsen poklepał ją po ramieniu.
- To ćwicz. Ćwicz bez ustanku. To przyspieszy twój cel.
Skinęła głową z bardzo poważnym wyrazem twarzy. Trochę trudno było mi zrozumieć ten zapał. Do czego tak ją ciągnęło? Do pieniędzy, niebezpieczeństwa czy poważania? Nie pytałem. Tu nikt nie zadawał tego rodzaju pytań.
- Wiedz tylko, że potem nie będzie tak łatwo – Arsen zaciągnął się papierosem. – Niektórzy świrują przy uczeniu tortur.
Przeszedł mnie dreszcz i spojrzałem na niego pytająco.
- Też nie wiedziałeś? Człowieku… Czym ty żyjesz, Lohengrin? Jak ty tu w ogóle trafiłeś? – pytał, nie kryjąc zdziwienia.
- Z aspiracji ojca – odparłem z krzywym uśmiechem.
- Aaaa – mruknął, jakby to wszystko wyjaśniało. – Podobnie było w moim przypadku. Rodzinna tradycja, co? – zapytał porozumiewawczo i lekko szturchnął mnie w ramię.
Skinąłem głową z podobną ironią.
- Kurwa, przecież nie jestem w jakichś cholernych Włoszech… Niektórzy rodzice… Aach, nieważne. Jakby nie było, to całkiem niezły biznes, co? A co do tych tortur… Myślałem, że wiesz. W naszych oddziałach nie uczy się tylko siły, ale także bezwzględności – zaciągnął się ostatni raz i butem rozgniótł peta. – Można się do tego przyzwyczaić. Pomyśl… Nie chciałeś nigdy zadać komuś bólu?
Zamyśliłem się. Nie wychwyciłem swoją pamięcią niczego podobnego, ale nie chcąc być niewiarygodnym, pokiwałem głową.
- No widzisz. Wystarczy wyzwolić w sobie nienawiść. I myśleć o swojej słusznej sprawie.
- Słusznej sprawie…? – zapytałem, nie mogąc zrozumieć jak w torturowaniu kogoś może być coś słusznego.
- No, masz chyba jakiś powód, dlaczego walczysz?
- Tak… mam.
- Więc o tym należy myśleć. Zabiłem już wielu ludzi. Wiesz, na wojnie. Wcale nie było tak trudno. Zaciągnięcie się w oddziałach Iwanowicza nie różni się niczym od zwykłego wojska. Myślisz, że jak jesteś na wojnie, to zabijasz złych ludzi? Zabijasz takich ludzi jak ty czy ja, tylko, że z innego kraju. Na wojnach giną też kobiety i dzieci. Wielu cywili. Tylko nas uznaje się za kryminalistów, a ich za bohaterów – roześmiał się. Nie był to jednak gorzki śmiech, jak można by się było spodziewać. Raczej szczery, naprawdę rozbawiony. Arsena bawił ten paradoks, do bólu i do łez. Wyciągnął z paczki kolejnego papierosa i pokiwał głową do swoich myśli.
- I w wojsku, tam gdzie walczą ci szlachetni obrońcy kraju, też niejednokrotnie musisz kogoś torturować. Szpiega, wroga, zdrajcę… tylko zasady gry są inne. Tu dodatkowo możesz się wzbogacić. Albo zdobyć władzę… Nie wiem jaki jest twój cel, jednak… na pewno możesz go zdobyć… jeśli przeżyjesz – stwierdziła Nina.
Westchnąłem głęboko. Mój cel był dalece inny niż ich, zupełnie nie adekwatny do całej tej sytuacji. Musiałem jednak im przyznać, że mieli rację. Chociaż wolałem nie myśleć o żadnych torturach, zdawałem sobie sprawę, że moralność jest wielce wątpliwą i subiektywna sprawą.

***

Gdy tylko wróciłem do domu i zmęczony powędrowałem do salonu, natknąłem się na Iwanowicza. Siedział wygodnie rozparty w fotelu i czekał na mnie z winem. Uśmiechnął się słodko i gestem zaprosił mnie do stołu. Odwzajemniłem uśmiech i skorzystałem z zaproszenia. Nalał mi białego wina i wręczył kieliszek.
- Jak się czujesz? – zapytał, chcąc rozpocząć rozmowę.
- Dobrze, tylko… zmęczony – odparłem i zacząłem masować sobie kark.
Fotel był wygodny, a wino słodkie i rozgrzewające. Czułem się dobrze. Po dniu pełnym wysiłku, walk, brudnej ziemi i krzyków porucznika, mogłem zanurzyć się w tym ciepłym rozluźnieniu przy moim Dimie. Zaczęło mi się podobać myślenie o nim w ten sposób. Był mój, miałem go na wyciągniecie ręki…
- Wyglądasz dziś na bardzo zadowolonego – zauważyłem.
- Mam zawodowe ku temu powody – odparł tajemniczo.
- To znaczy? – uniosłem brwi.
- Na razie nic nie mówię… Nie będę się opierać na samych… teoriach.
Domyślałem się, że chodziło o odwieczny problem, jakim było Sołncewo. Przypomniało mi się określenie Niny. Kryształowy pałac… Dima rzeczywiście chciał raz na jakiś czas odgrodzić się od tego wszystkiego. Od stresu, morderstw, intryg. Tylko Nina nie wiedziała, że to ja stanowię tę główną od tego przegrodę. Miałem co do tego absolutną pewność. Widziałem to w jego miękkich, spokojnych ruchach. Dolał mi znowu wina. Zaczęliśmy rozmawiać o jakichś błahych sprawach, co
sprawiało nam obu przyjemność. Jednak coś ciemnego i brudnego czaiło się gdzieś pomiędzy dolewaniem wina, pocałunkami i niepoważnymi dyskusjami. Wraz z opróżnianiem butelki, zdawało mi się że na powierzchni mojego kieliszka błyska się związane ciało, z wydłubanymi oczami i o przypalonych bokach. Na jedną zaledwie sekundę wykrzywiłem płaczliwie usta, zdając sobie sprawę jak wielką cenę przyjdzie mi zapłacić za tę miłość.


środa, 28 września 2011

Rozdział dziesiąty



10. Rozwój

Uniosłem topór, zamachnąłem się i uderzyłem. Kawałek drewna rozleciał się na pół.
- Niezłe masz oko, Lohengrin! – zakrzyknął Wasia. – Tak trzymać, tylko nogi sobie nie odrąb.
Uśmiechnąłem się do Wasyla, w sposób, którym chciałem mu zasugerować, że nie jestem idiotą. Otarłem pot z czoła i położyłem na pieńku kolejny kawałek drewna.
- Ile jeszcze chcesz mieć tego drewna na opał? – zapytałem.
- Hmm, no cóż… Przydałyby się większe zapasy. Wiesz, to cholerna upierdliwość, kiedy chcę sobie rozpalić w piecu, a nic pod ręką!
Pokiwałem głową. Wytarłem się moim bezrękawnikiem, który leżał nieopodal. Słońce prażyło niemiłosiernie.
- Niezły czerwiec, co? My tu  nieprzyzwyczajeni do takiej pogody, co to, to nie!
- Domyślam się… - zgodziłem się z towarzyszem.
On sam także rąbał drewno, żeby praca poszła prędzej.
- A co z tym dachem? – zapytałem. – Jak myślisz, ile czasu potrzebujemy, żeby to skończyć?
- Jeszcze góra dwa dni, tak myślę – odparł i wziąwszy przykład ze mnie, też zdjął górną część swojego ubrania. – Szybko załapałeś o co chodzi z tym ocieplaniem, to powinno pójść sprawnie. Ale czekaj, stary, czekaj…! Czy twój oddział przypadkiem nie ma jutro treningu?
Zmarszczyłem brwi. No tak, jutro była środa.
- Zgadza się – przytaknąłem. – Ale przecież nie zejdzie na to cały dzień.
- Ech, psia kość! To dwa dni mogą się okazać niewystarczające. Najwyżej zostaniesz tu jeszcze trzy.
Skinąłem głową. Chwilę pracowaliśmy w milczeniu, ale Wasia nigdy nie wytrzymywał zbyt długo.
- Który to oddział, co, Till? Jakiś jeden z lepszych?
Skrzywiłem się lekko. Wasia wciąż nie umiał się zdecydować czy mówić mi po imieniu czy nazwisko, w związku z czym używał obu form, zależnie od nastroju.
- Dobry…? Nie najgorszy. Myślę, że przeciętny.
- Podaj numer, cholera! – zniecierpliwił się.
- V12.
- Aaaa V12 – powtórzył zamyślony. – Miałem w nim dobrego kumpla.
- Miałeś? – dopytałem się, rozwalając na pół kolejny kawałek drewna.
- Zginął w akcji. Jakieś pół roku temu. A dziarski chłop z niego był, to trzeba przyznać! Zawsze graliśmy w karty.
- I kto wygrywał? – zapytałem, chociaż niewiele mnie to interesowało.
- Różnie. Ale zawsze kantowaliśmy. Ten, który pierwszy przyłapał tego drugiego, zawsze robił aferę – zaśmiał się. – To były czasy.
- Twój najlepszy przyjaciel? – podsunąłem, tym razem bardziej zaciekawiony.
- Nie, niee. Tutaj nie można sobie pozwolić na coś takiego jak przyjaciel. Potem jak ktoś ginie, człowiek mięknie jak galareta. Ja nie mogę być jak galareta, stary, sam rozumiesz! – zakrzyknął i poklepał mnie po ramieniu.
Klepnięcie to chyba miało zaakcentować, że do galarety to rzeczywiście mu daleko.
- A Michalina? Przecież to nawet więcej niż przyjaciel, no nie? – zasugerowałem ostrożnie, rozmasowując sobie bark.
- Ach! – lekceważąco machnął ręką. – Michalina! – zamachnął się znowu, jednak tym razem toporem. Rozsądnie odsunąłem się na bok.
- Baby, Till! Baby! – tym razem jego żywa gestykulacja z toporem uzmysłowiła mi, że zachowanie należytej odległości jest niezbędne. – Jej rodzice chcą wracać do Polski. I ja mam w tym pomóc! Co ja mam z tym wspólnego? Po co tu przyjeżdżali, jak teraz znowu chcą wracać? Nic z tego nie rozumiem!
- Przecież to chyba nie taki problem, co? – mruknąłem, lokując na pieńku kolejny kawał drewna.
- Ach, ale to angażowanie! Czemu mam coś robić za nią! Z resztą to brudna sprawa, ponoć mają jakiś problem z przejściem przez granicę… Rzecz trzeba zrobić po cichu. Zastanawia mnie co takiego zmalowali w tej Polsce. No, nieważne. Spójrz na ten dach. Zupełnie zapomniałem, że jeszcze przecieka w tym miejscu. O, o, widzisz? Tam!
Przybliżyłem się do niego, żeby zobaczyć wskazywany punkt z jego perspektywy. Zobaczyłem owe miejsce, ale tknęło mnie coś innego. Sprawa, nad którą zastanawiałem się już kilka dni, ale do tej pory krępowałem się zapytać.
Przesunąłem swoje spojrzenie po chatce Wasi, całkiem przyzwoitej, ale również zupełnie wiejskiej i zwyczajnej chatce. Takiej, w której należało ocieplić dach. Za domem znajdował się mały ogródek, gdzie Michalina sadziła warzywa.
- Słuchaj, Wasia… - zacząłem, lekko skrępowany. Zaciąłem się i wypadło to tak, jakbym naprawdę chciał powiedzieć coś wstydliwego.
- Ooo. Rozumiem – odparł Wasyl i pokiwał głową ze zrozumieniem.
Spojrzałem na niego zszokowany.
- Jak to rozumiesz, skoro ja jeszcze nic nie powiedziałem?!
- Ale widzę to po twojej mordzie, stary. Brakuje ci czegoś, co? Mogę ci tu przyprowadzić jakąś. Tylko wolisz brunetki czy blondynki?
- Ależ nie o to chodzi! – naskoczyłem na niego. Wasyl był człowiekiem, któremu do pełni szczęścia wystarczały pełna butelka i chętna kobieta. Czasem wydawało mu się, że każdy funkcjonuje w ten sam sposób.
- Chciałem tylko zadać ci pytanie – aby uniknąć dalszych nieporozumień, od razu kontynuowałem. – Powiedz mi… po co ci ta cała brudna robota, skoro… ty właściwie niczego nie potrzebujesz? Mieszkasz w domku w lesie, nie pragniesz żadnych wygód, chyba też nie ciągnie cię do władzy.
Spojrzałem na niego, niepewny jak zareaguje na te dość osobiste pytanie. Przez głowę Wasyla chyba jednak nie przeszło, że pytam o coś osobistego. Był pozbawiony jakiegokolwiek dystansu, a zarazem, niestety, jakiegokolwiek taktu.
- Ach, Lohengrin! Dzieci! Moje dziecka! Muszę dawać forsę na nie wszystkie.
Wytrzeszczyłem na niego oczy.
- Co? Jakie dzieci? O czym ty mówisz?
- Mam dziesięć córek.
Szok był tak wielki, że upuściłem topór, który boleśnie upadł mi na stopę. Na szczęście, nie ostrą stroną.  Zgiąłem się w pół z bólu.
- O Scheiße… Verfluchtes Biest! Ochh…
- O, widzę, że cię zaskoczyłem! Heh, no jakoś to tak wyszło… - mruknął i się zaśmiał.
- Dziesięć… - powtórzyłem. – Mógłbyś założyć własny klan.
- No, ale kontynuując! Widzisz, ja nie potrzebuję żadnej forsy poza tym. Ale trzeba mi także jakichś wpływów. Pomyśl sobie, gdyby te wszystkie baby odnalazły mój dom i rzuciły się na niego gromadą! Przecież wbiłyby mnie na pal. Ach, baby! Z nimi jest źle, a bez nich jeszcze gorzej. No i co tu zrobić, co począć? Przecież bez nich to… nie da się żyć!
Wasyl był bardzo pocieszny w tym swoim monologu. Patrzyłem na niego roześmiany i z uciechą obserwowałem jego rozliczenie z płcią niewieścią.
- A przecież nie pozabijam biednych bab! Co innego w akcji, misje wymagają ofiar. Ale od tak sobie, żeby nie słuchać ich gderania? Nie, co to, to nie.
- Tak, tak, rozumiem. Ale nie przyszło ci do głowy, żeby… urządzić się jak Iwanowicz? Albo coś w tym stylu?
- A tam! – znowu machnął toporem, co miało zastąpić machnięcie ręką. – Mi tam niepotrzebne takie zbytki. Ja kocham naturę, Till. Kocham mój dom, remontowanie go i polowania. A co do „brudnej roboty”, jak to określiłeś, to… ja to uwielbiam! Kocham się bić, brać udział w takich rzeczach. Spokojne życie jest dobre dla dziadków.
Poczułem jak szarpnął mną dreszcz. Ten człowiek właśnie przyznał, że uwielbia zabijać.
- Chłopcy, obiad gotowy! – krzyk Michaliny przerwał moje rozmyślania.
W gruncie rzeczy byłem jej wdzięczny, że to zrobiła. Wolałem nie psuć sobie nastroju takimi spostrzeżeniami. Szybko wyrzuciłem je z głowy.
- O, ciekawe, co tam dziś upichciła! – ucieszył się Wasia i odłożył topór.
Michalina była drobną Polką z długimi, prostymi włosami o kolorze słomy. Zawsze nosiła zwiewne, skromne sukienki, które, w gruncie rzeczy, bardzo do niej pasowały.
- Jak ja tak patrzę, to wy więcej gadacie niż pracujecie! Zupełnie jak dwie przekupki – zaśmiała się i poczochrała Wasyla po włosach.
- Ty mi, kobieto, obiadu daj! – złapał ją za jej kibić i silnymi rękoma przeniósł ją w stronę garnków.
Chwilę potem wszyscy siedzieliśmy przy małym, okrągłym stole.
- Czemu znowu krokiety? Ile razy w tygodniu można to jeść? – zirytował się Wasia. Jego zdenerwowanie nie było jednak poważne; raczej pełne humoru, jak cała jego postać.
- A co innego można zrobić z kapusty, rozbójniku? Przynieś mi coś innego, to też obiady będą bardziej urozmaicone!
Pomyślałem, że bardzo do siebie pasują, gdy tak słuchałem ich rozbrajających rozmów. Zastanawiałem się czy Michalina zostanie w przyszłości kolejną dzieciatą kobietą, która zechce wbić ojca na pal.
- Ach, ale kiedy mam to zrobić? Razem z Tillem dach ocieplamy.
- Ale tobie smakują, co, Till? – upewniła się kobieta.
Energicznie pokiwałem głową, przeżuwając.
- Są przepyszne – stwierdziłem.
- Zaraz, zaraz! Ja nie powiedziałem, że mi nie smakują! – oburzył się Wasyl.
Przedrzeźniali się jeszcze trochę, po czym Michalina zwróciła się do mnie.
- Till, jak teraz jest w Niemczech?
- Dobrze. Bardzo dobrze dla emigrantów. Może niech twoi rodzice tam się wybiorą? – poleciłem jej.
- Ach, nie. Oni koniecznie chcą wracać do swoich – zakomunikowała.
- A ty nie wybierasz się z nimi? – zaciekawiłem się.
Jej mina stężała. Wasia też jakoś dziwnie spoważniał. Zrozumiałem, że o czymś mi nie mówili i że nie miałem o tym wiedzieć.
- Nie ważne. Zmieńmy temat – podsunąłem pierwszy, widząc ich zmieszanie.
Od razu znów stali się jacyś pogodniejsi, nie tacy spięci.
- No dobrze – pierwszy zaczął Wasia. – To kiedy Iwanowicz wraca? Dał ci znać?
- Powinien być za cztery dni – odparłem. – Tak, wtedy mija równy miesiąc, jak go nie ma. Nie sadzę, żeby zostawał dłużej.
- Ha! Wiesz, kiedy przyszedłem kilka dni temu do jego rezydencji, nie spodziewałem się, że zwerbuję cię do robót remontowych! W sumie zapytałem o to tak spontanicznie, nie zastanawiając się nawet czy się zgodzisz.
Uśmiechnąłem się. Przypomniałem sobie jak Wasia, jak zawsze pełen energii i braku zorganizowania, pojawił się przed frontowymi drzwiami. Miał jakąś sprawę do omówienia z Dymitrem. Niestety, przyszedł jakiś tydzień za wcześnie; Dima od miesiąca przebywał w Petersburgu. Załatwiał tam jakieś poważne interesy.
Zaprosiłem wtedy Wasyla do środka, nie chcąc być niegościnnym. Kiedy zaczął nawijać jak najęty, że potrzebowałby kogoś do pomocy przy ocieplaniu dachu, entuzjastycznie zgłosiłem się na ochotnika. Tęskniłem za Dymitrem i ucieszyłem się, że nadarzyła się okazja, abym mógł wypełnić sobie czymś czas.
- Żaden problem – odparłem do towarzysza.
Wasyl miał naturę zabijaki, ale przy mnie i Michalinie to raczej wesołość dominowała nad jego cholerycznym usposobieniem.
Podkręcił swojego wąsa i rozejrzał się po naszych twarzach.
- Kurza twarz, zupełnie jak na jakimś spotkaniu międzynarodowym. Każdy przy stoliku skądinąd.
Spojrzeliśmy na siebie z Michaliną z zaskoczeniem, dopiero teraz to zauważając.
- No faktycznie, wcześniej nie pomyślałem o tym – przyznałem.
- Lohengrin, proponuję rozbiór Polski. Ja bardzo lubię ją rozbierać – stwierdził radośnie i próbował rozpinać guziki w sukience dziewczyny. Przy tej zabawie dobierał się do niej łagodnie, dotykając ją tu i ówdzie. Michalina śmiała się, zadowolona z jego zainteresowania, ale nie zaprzestała stanowczo go odpychać.
- Jak ty się zachowujesz, barbarzyńco? Mamy gościa!
- Jestem jej zdania – wsparłem ją, odwracając wzrok od ich poczynań. Zawsze wprawiało mnie w ogromne zakłopotanie, gdy inni ludzie się przy mnie obmacywali.
- Ho, ho, no tak! Szanowny Szwab zamierza zostać duchownym! Kobiety mu nie w głowie! Będzie Krzyżakiem! – zakrzyknął.
- To prawda, Till? – zapytała Michalina, wciąż rozbawiona.
- A co też – odparłem, kończąc krokieta. – Głupoty opowiada! 
- Jak zawsze – zaśmiała się i zaborczo poczochrała go po włosach.
Rozmawialiśmy jeszcze trochę, a potem nadszedł czas na poobiedni odpoczynek. Zaszyłem się w swoim tymczasowym pokoju, aby nieco się odprężyć. Zwaliłem się na łóżko, nie bacząc na swoje brudne spodnie. Bezrękawnik został gdzieś przy toporze, ale nie zamierzałem się kłopotać szukaniem go. Za jakąś godzinę zapewne znowu przystąpimy do pracy.
Rozłożyłem się wygodnie. Czułem, że zaczyna mnie morzyć sen. Po południu zawsze najłatwiej mi się zasypiało. Już prawie bym usnął, gdy nagle mój telefon zadrgał natarczywie. Wyciągnąłem go z kieszeni i odczytałem SMS-a. Był od Arsena, chłopaka z mojego oddziału. Napisał mi: „Jutrzejszy trening odbędzie się dwie godziny później, ale zakończy się normalnie. Porucznik ma coś do załatwienia”. Podziękowałem mu na informację i odłożyłem komórkę.
Arsen był moim najbliższym towarzyszem w V12. Nie kolegą ani przyjacielem, ale wiedziałem, że można na nim polegać. Gdy ćwiczenia wymagały partnera, zwykle dobieraliśmy się razem. Byliśmy podobnej wagi i wzrostu, co stanowczo ułatwiało wykonywanie ich.
Westchnąłem, namyślając się nad obecnymi treningami. Byłem wdzięczny Dimie, że zorganizował to właśnie tak; że najpierw przydzielił mi Jegora, a nie wrzucił mnie w oddział. Z pewnością szybko bym poległ.
Trochę tęskniłem za treningami z Jegorem. Po tym, jak podsłuchałem jego rozmowę z Dymitrem, nabrałem ogromnego rozmachu. Starałem się dziesięć razy bardziej niż dotychczas, a czasem nawet trenowałem sam również w weekendy. To sprawiło, że nie potrzebowałem już bardzo wiele czasu, aby dorównać do przeciętnej.
Przypomniałem sobie pewien przełomowy trening, gdy po raz pierwszy udało mi się dosięgnąć Jegora w walce. Nigdy w życiu chyba nie zapomnę tej satysfakcji, gdy moja pięść gładko weszła w jego szczękę. Głowa Jegora odskoczyła w bok pod wpływem ciosu. Byłem na tyle podekscytowany i zaskoczony, że aż zaprzestałem dalszej walki, tylko stanąłem jak wryty. To samo tyczyło się Jegora. Chociaż cios był słaby i niezbyt profesjonalny, udało mi się przełamać jego ochronę absolutną.
- No, no, no – powiedział wtedy po chwili milczenia. Pokiwał głową z uznaniem.
- Syneczku – zaczął. – Rezultaty zaczynają być namacalne. Ośmielam się stwierdzić, że nie zmarnowałeś mojego i swojego czasu.
Chociaż słyszałem w życiu już dużo pochwał czy komplementów, ta była najpiękniejszą w moim dotychczasowym życiu.
Skinąłem tylko głową z uśmiechem, nie potrafiąc nic mu odpowiedzieć.
Po tym wydarzeniu nie minęło wiele czasu, kiedy Jegor uznał, że najwyższa pora zakończyć indywidualny trening. Wyrobił we mnie siłę, zręczność i wytrzymałość na poziomie zadowalającym. W związku z tym stwierdził, że najwyższy czas zacząć szkolić się w oddziale, jak wszyscy. Uznał, że muszę się nauczyć pracować w grupie, co może być kluczowe, żeby przeżyć. Oprócz tego zapewnił mnie, że duch rywalizacji wpłynie pozytywnie na moją motywację. Po dyskusji z Dimą, postanowili przydzielić mnie do V12 – oddziału składającego się z czterdziestu dziewięciu mężczyzn i jednej kobiety mniej więcej na moim poziomie. Był to oddział tymczasowy, przeznaczony dla nowych rekrutów. Jednak, póki co, nie zastanawiałem się, co będzie dalej.

***

Tak jak uznał Wasyl, ocieplanie dachu szło nam bardzo szybko. Jednak nie było to wcale zadanie przyjemne. Słońce grzało niemiłosiernie, a na strychu temperatura wydawała się iście piekielna. Wasia okazał trochę serca dla mojej bezinteresownej pomocy i pożyczył mi swoje szorty, sięgające do kolan. Były na mnie trochę za luźne i zatrzymywały się dopiero na biodrach. Pomimo tego, pracowało się dużo wygodniej niż w długich spodniach.
Stałem na drabinie i przerzucałem bryły styropianu, które podawał mi mężczyzna. Pot spływał po całym moim ciele, że aż cały lśniłem od niego. Włosy przykleiły mi się do czoła. Wasyl wyglądał podobnie.
- Niezły piekarnik, co? – zwrócił się do mnie, podając mi kolejną bryłę. – Ciekawe czy tam gdzie trafimy po śmierci, będzie równie gorąco.
Uśmiechnąłem się krzywo na tę uwagę.
- Nie wiem czy wierzę w takie rzeczy.
- Heh! Nie dziwię się! Gdyby w piekle miało być tylko tak gorąco, musielibyśmy być znacznie lepszymi ludźmi. Słyszałeś już, że dla nas jest siódmy krąg?
Przytaknąłem. Najwyraźniej ten przesąd, w który z resztą i tak nikt nie wierzył, stał się dość powszechny wśród członków moskiewskiej mafii. A może to tylko Dima rzucił komentarzem tego rodzaju podczas któregoś spotkania? Tak czy inaczej, pomysł Dantego wszystkim przypadł do gustu w jakiś ironiczny i gorzki sposób.
Widząc moją milczącą reakcję, Wasia przestał na chwilę podawać mi styropian i wpatrzył się we mnie swoimi wilczymi, dzikimi oczyma.
- Lohengrin… Czy ty… zabiłeś już kogoś? – zapytał z niemałym zaciekawieniem.
- Nie… - odpowiedziałem niepewnie. – Ale wiem, że to już niedługo… Iwanowicz mi mówił.
Stężałem, zastanawiając się nad tym. W jakiej sytuacji będę miał odebrać komuś życie? Jak niby zdobędę się na coś takiego? Westchnąłem i niepewnie zwróciłem się do Wasyla.
- Powiedz mi. Jakie to jest uczucie… zabić kogoś?
- Cóż – otarł sobie pot z czoła. – Nie da się tego właściwie opisać.
Atmosfera stała się cięższa. To już nie były żarty, przekomarzania czy nic nie znaczące uwagi. Teraz chodziło o coś znacznie poważniejszego.
Wasyl wpatrzył się w malutkie okienko, z którego dochodziło światło. Blask okalał jego twarz, a on trwał tak w bezruchu. Zupełnie jakby światło miało go natchnąć do jakiegoś sensownego wytłumaczenia.
- To jest podobnie jak z seksem – powiedział po jakimś czasie. Wasia niejednokrotnie lubił się odwoływać do erotyki. Jednak tym razem temat nie służył zbereźnym żartom, nie robił z tego komedii. – Kochałeś się już z kimś, Lohengrin?
Skinąłem głową. Jego porównanie wydawało mi się śmieszne, żenujące i całkowicie nietrafione. Pomimo tego, słuchałem z zaciekawieniem, co miał mi jeszcze do powiedzenia.
- Świetnie. W takim razie powinieneś zrozumieć, co będę mówił. W jednym i w drugim przypadku jest podobnie. Zanim to zrobisz, niby wiesz jak to się robi, ale tak naprawdę… nie masz o tym najmniejszego pojęcia, dopóki nie spróbujesz. Zgadza się?
Zastanowiłem się i wolno pokiwałem głową. Z zaskoczeniem odkryłem, że to, co mówi naprawdę ma sens.
- Właśnie. Oprócz tego… Na początku to coś nowego, niesamowitego, wstrząsającego tobą jak trzęsienie ziemi. Potem… dalej budzi jakieś emocje, ale jest już tylko elementem codzienności.
Patrzyłem na niego jak zahipnotyzowany. Nigdy bym się nie spodziewał, że ten roztrzepany człowiek potrafi formułować takie porównania. Niby proste, bez polotu, ale jakże trafione.
- Tylko jest jedna rzecz, o której musisz pamiętać. Początki bywają takie, że… gdy kogoś bierzesz, zatracasz się z rozkoszy, natomiast gdy kogoś zabijesz, możesz zatracić się z rozpaczy. Potem już nie ma takich wstrząsów. Przyzwyczajasz się do tego, albo… zaczynasz to po prostu lubić.
- Tak jak ty – zauważyłem. Wypowiedziałem te słowa zanim się zorientowałem, że mogą brzmieć nieprzyjemnie i oskarżycielsko. Wasyl jednak nie zareagował złością. Jego reakcja nie mogła mnie zaskoczyć bardziej; Rosjanin uśmiechnął się.
- Ludzie zawsze umierali i będą umierać. Co to za różnica, czy na raka, cholerę czy przeze mnie?
Rozchyliłem usta, ale wiedziałem, że nie mogę go sądzić, oskarżać czy walczyć z nim. Jaki miałoby to sens? Przecież miałem się stać kimś takim jak on.

***

Miałem wrażenie, że przy ocieplaniu dachu wypłynęło ze mnie tyle potu, że schudłem kilka kilogramów. Na szczęście zakończyliśmy pracę w ciągu trzech dni, tak jak oszacował Wasia. Jako podziękowanie za moją bezinteresowność postawił mi obfity obiad w dobrej, drogiej restauracji. A może miał po prostu dosyć krokietów. Nie rozmawialiśmy wtedy wiele. Więcej jedliśmy i piliśmy. Wasia wlewał w siebie hektolitry wina, ale ja nie chciałem przesadzić. Kolejnego dnia miałem trening.
Po kolacji pożegnałem się zarówno z nim jak i z jego partnerką. Nadeszła pora, żeby wracać do domu. Nie śpieszyło mi się wcale. Dom przygnębiał pustką i ciszą. Wiedziałem, że gdy tylko się tam znajdę, brak Dymitra jeszcze bardziej da mi się we znaki. Pocieszałem się jednak myślą, że niedługo znowu go zobaczę.
Wieczorem przybyłem do rezydencji i rzuciłem się na wersalkę w jednym z salonów. Rozłożyłem się wygodnie i nie wiedząc nawet kiedy, zasnąłem.

***

Otworzyłem oczy. Musiało minąć kilka chwil zanim się zorientowałem, że obudziły mnie jakieś dziwne odgłosy. Wciąż zaspany, starałem się lepiej je usłyszeć i zidentyfikować. Brzmiało to zupełnie tak, jakby… ktoś obijał się o meble. Albo jakby kogoś obijano o meble. Strach momentalnie mnie rozbudził. Czyżby komuś udało się wejść do domu pomimo ochrony…? Co, jeśli tak? Nie miałem przy sobie żadnej broni…
Poczułem, że moje serce się zatrzymało, kiedy ktoś nacisnął klamkę. Drzwi jednak nie otwarły się od razu; zupełnie tak jakby ktoś bawił się tą klamką. Nie podobało mi się to. Nie miałem wystarczająco dużo czasu, żeby znaleźć się przy ścianie i zaatakować z zaskoczenia. W końcu drzwi stanęły otworem i pojawił się w nich… Dymitr.
- Dima, wróciłeś! Jesteś wcześniej…– zacząłem zaskoczony. - Boże, jak mnie wystraszyłeś. Co ty tam wyczyniałeś, że narobiłeś tyle hałasu? – zapytałem z wyraźną ulgą.
Dima niedbałym ruchem poluzował krawat i wtoczył się do pokoju. Tak, wtoczył się. Najpierw zakołysał się trochę na lewo, a potem nieco na prawo, zanim zdołał do mnie podejść. Wraz z nim pojawił się ostry zapach alkoholu.
- Ładnie mnie witasz po takim czasie, nie ma co – mruknął niezadowolony. Głos miał niewyraźny i mówił wolniej niż zazwyczaj.
- Wybacz. Po prostu narobiłeś mi niezłego stracha. Dobrze… cię widzieć.
- I tylko tyle? – zapytał jeszcze bardziej rozdrażniony.
Położył mi dłoń na twarzy i mruknął cicho:
- Spodziewałem się więcej wylewności po miesiącu, przyznam szczerze…
Zażenowany i oschły chyba właśnie z powodu owego zażenowania, przytuliłem się do niego. Przycisnąłem go do siebie, żeby mógł czuć moje przyspieszone bicie serca. Spodobało mu się to. Położył głowę na moim ramieniu, a swoją rękę na moich włosach. Ten ruch jednak w jakiś zagadkowy sposób zachwiał jego równowagę, bo znów zatoczył się niebezpiecznie. Wsparł się na moich ramionach, żeby nie upaść.
- Na Niebiosa, od której piłeś? – zapytałem się, wstrząśnięty jego stanem.
- Od dziewiątej.
- Co? Przecież to dopiero… - spojrzałem na zegarek. – Dwie godziny!
- Od dziewiątej rano – sprostował.
Na tę informację wydałem z siebie tylko długie, przeciągłe „Oooo”. 
- To było ważne spotkanie. Pomimo procentów, dobrze rozegrane – wyjaśnił i udał się w stronę fotela.
Na przeszkodzie stanął mu stół, na który spektakularnie wpadł. Na szczęście kwiaty w wazonie tylko lekko zadrgały.
- Cóż – mruknął. – To byłby już dzisiaj trzeci wazon.
Pobłażliwie pokiwałem głową i podprowadziłem go do fotela.
- Proponuję ci iść spać – powiedziałem. – To chyba najlepsze wyjście.
- Spać? Czemu niby mam spać? Nie widziałem cię tyle czasu. Nie chcesz ze mną rozmawiać?
Znów był szczerze urażony. Najwyraźniej pod wpływem alkoholu robił się bardziej drażliwy.
- Nie, ależ oczywiście, że to nie tak! – zaprzeczyłem ostro. – Po prostu… pójście do łóżka uchroni cię od dalszych wypadków.
- Pójdziesz ze mną do łóżka?
- Nie – warknąłem zły, że łapał mnie za słowa.
- To przynieś mi wódki. Jest tutaj w barku, ale dla mnie… teraz to długa droga.
- Nie wypiłeś już za dużo na dziś? – zapytałem ostrożnie.
- Do cholery, Till! Od kiedy jesteś taki rozsądny i postanowiłeś mi matkować? „Idź spać, nie pij”… To do ciebie nie podobne – oburzył się.
Zdenerwowała mnie jego reakcja. Wstałem z siedzenia, aby przynieść mu trunek.
- Nie jesteś dzisiaj zbyt przyjemny – zauważyłem ostro i odwróciłem się.
- Czekaj, Till. Nie miałem zamiaru cię obrażać - wstał od stołu i tym razem zbliżył się do mnie bez problemów.
Przytulił się do moich pleców. Poczułem się odprężony i udobruchany z jego oddechem na mojej szyi.
- Napij się ze mną. Nie musimy wypić dużo. Ja już prawie mam dość – zamruczał, aby zupełnie załagodzić sytuację.
- Dobrze – zgodziłem się.
Postawiłem na stole wszystko, co było potrzebne. Zasiedliśmy na swoich miejscach. Dymitr zdjął z siebie marynarkę i rzucił ją gdzieś w kąt.
- Za nas– energicznym ruchem wzniósł do góry swój kieliszek. Zamachnął się tak, że rozlał połowę jego zawartości.
Poczułem jak wódka rozpala mi przełyk. Skrzywiłem się przez jej obrzydliwy smak.
- Och, Till – odparł rozczulony. – Czy ty kiedyś nauczysz się pić?
Spojrzałem na niego po części urażony, odrobinę rozbawiony. Nie zaprotestowałem, gdy znów, bez żadnej przerwy, napełnił nam kieliszki.
- Smak i zapach są naprawdę odpychające – skomentowałem.
- Ale za to stan pożądany – uśmiechnął się jednym kącikiem ust, jakoś tak dziwnie.
Wpatrzyłem się w jego oblicze, przypominając sobie i odnajdując każdą rysę jego twarzy. Miesiąc czasu to nie było tak mało. Zabawne. Czym był jeden miesiąc w porównaniu do sześciu lat?
- Zagramy w pokera, Till? Dawno tego nie robiliśmy.
Zgodziłem się z przyjemnością. Obijając się po drodze, przyniósł talię kart i żetony. Przyglądałem się jak jego długie palce sprawnie tasowały karty. Jego twarz lekko błyszczała, podobnie jak oczy. Kiedy ostatnio widziałem go aż tak pijanego? Nie potrafiłem sobie nawet przypomnieć...
- Gramy na pieniądze? – zapytałem.
- A co to za przyjemność, jeśli nie? – mruknął zadowolony.
Jedna z kart upadła na podłogę. Westchnął zirytowany i podniósł ją. Znów przetasował. Rozdał i gra się zaczęła.
Z jednej strony zdawało mi się, że mogę go zignorować; był przecież totalnie zalany. Czy uda mu się myśleć jasno w takim stanie? Uśmiechnąłem się pod nosem. Szczerze wątpiłem.
- Wymieniam dwie i podwajam stawkę – odparłem. 
- Według życzenia.
Spojrzałem w swoje nowe karty. Tylko dwie pary… Nie dałem jednak niczego po sobie poznać.
- Dorzucam… trzy razy tyle – oznajmiłem pewnie i dorzuciłem do puli odpowiednią ilość żetonów.
- Grasz jak szaleniec, Till. Wszystko na jedną kartę, tak? – zapytał zaciekawiony i może odrobinę zaintrygowany.
- Człowiek tak gra, jak żyje – odparłem z lekką ironią wymierzoną w samego siebie.
Dima lekko pokiwał głową, jakby analizując moje słowa. Z kieszeni koszuli wyciągnął paczkę papierosów i zapalniczkę. Powoli włożył sobie papierosa do ust i zapalił. Zapach nikotyny i szare kłęby dymu rozeszły się po pomieszczeniu. Jego milczenie się przeciągało, a ja dopiero wtedy poczułem intymność atmosfery. Szary dym, nikłe, lekko pomarańczowe światło biurowej lampki i cisza. Odnosiłem wrażenie, że wszystko to muska mnie lekko, dotykając mojego karku i policzków. Dym, światło i cisza krążyły wokół mnie, kołysząc mnie do snu. A może to po prostu alkohol zaczął już działać.
- Tak gra… - zaczął, zaciągając się. – Jak żyje.
Drgnąłem. Zdążyłem już bowiem zapomnieć o swoich wcześniej wypowiedzianych słowach.
Uśmiechnął się poprzez dym, ze światłem lekko skupionym na jego twarzy.
- To bardzo mądre słowa, Till. Ty… postawiłeś wszystko na szali – odparł i zmierzył mnie lśniącym spojrzeniem.
- Nie miałem wyboru – odpowiedziałem lekko drżącym głosem, przypatrując się jego palcom, które wolno przesuwały się po kartach. Zastanawiał się, którą wybrać, a którą odrzucić. Nie stanowiło to dla niego problemu. Tak wiele razy musiał już przecież decydować, kogo zatrzymać, a kogo zgładzić. Ostatecznie… teraz to były tylko karty. Czyż więc nie była to banalna selekcja?
- Till, Till, Till – mruknął, jakby udzielał nagany dziecku. – Przecież wiesz, że miałeś. Przecież… wiesz.
Pokręciłem głową, na znak, że mnie nie zrozumiał.
- Nie – odrzekłem pewnie. – Nie. Nie mogłem podjąć żadnej… innej decyzji.
Spojrzał na mnie, dopiero teraz rozumiejąc znaczenie moich zawoalowanych słów. Dotarło do niego, że nie mogłem wybrać niczego innego poza nim.
Otworzył lekko wilgotne usta, ale nic nie powiedział. Wykonał jakiś niezgrabny gest ręką. Był wzruszony moim oddaniem i próbował z tym walczyć. Mężczyźni tacy jak on nigdy nie lubili okazywać wzruszenia, a szczególnie przy najbliższych. Doskonale to rozumiałem.
- Dziękuję – szepnął tylko, miękko patrząc mi w oczy.
Może bym się odwrócił czy speszył, ale czułem się już błogo, alkoholowo rozluźniony. Nawiązaliśmy ten najdelikatniejszy, najbardziej intymny z możliwych, rodzaj kontaktu. Ten, w którym ściśnięte gardło pozwala tylko na porozumiewanie się szeptem. Ten, który oferuje chwile wpadające w serce i w pamięć na długo.
- Obiecuję, że… nie pożałujesz tego. Będziesz mieć wszystko. Till, ja… czuję, że staniesz się kimś. Że zdołasz stanąć na własnych nogach u mojego boku – szeptał gorączkowo. Zdążył już zapomnieć o kartach; byle jak odłożył je na stolik i złapał mnie za rękę.
- Dlaczego… tak tego pragniesz? – zapytałem niepewnie. – To paradoksalne, Dima… na początku nawet nie chciałeś dopuścić do siebie myśli, że mógłbym przy tobie być.
Pokręcił głową, mocniej ściskając moją dłoń.
- Teraz, ja… już cię w to wciągnąłem. Właśnie dlatego chciałbym, żebyś dzielił ze mną to, co mam. Wszystko. Nie chcę już posiadać tego sam. Chcę dzielić to razem z tobą – szybko i niezgrabnie obszedł dookoła stolik, aby znaleźć się tuż przy mnie. Przykucnął przede mną.
- Nie masz nawet pojęcia, jakie to uczucie, gdy wszyscy ludzie tylko czekają na twoje jedno skinienie. Gdy poddają się każdemu twojemu rozkazowi. Zbyt zatrwożeni, aby się sprzeciwić. Za słabi, żeby walczyć. Pomyśl tylko o tym… Wystarczyłby tylko jeden mój gest, aby ugiąć kolana tłumów – wyrzucał to z siebie szybko i gorączkowo, szeptem człowieka obłąkanego. Jego palce wbijały się między moje palce. Jego spojrzenie mocno wrzynało się w moje chłonne, zafascynowane oczy.
- Czy potrafisz sobie chociaż wyobrazić to uczucie? – zapytał.
Nigdy nie odczułem tego, co on, więc odpowiedziałem mu tylko niepewną ciszą.
– Wiem, że nie. Ale dzięki mnie… doznasz tego wszystkiego. Stolica jest już moja. Z resztą, słyszałeś na spotkaniu… Politycy… są słabi i głupi. W porównaniu do mojej siły… nic nie znaczą. Wystarczy pociągnąć za odpowiednie sznurki i uzyskam władzę w wymiarze państwowym. To kwestia zaledwie kilku lat. Kontroluję handel, przemyt, organy władzy. A już niedługo będę… nie, my będziemy… mieć pod kontrolą wszystko.
Czułem, że drżę pod wpływem jego słów i spojrzenia. Mówił mi stanowczo za dużo, całkowicie zatracił się w swoich pragnieniach i wizjach. Przejął mnie strach. Nie potrafiłem odgadnąć czy Dima snuje tak potężne plany naprawdę, czy to tylko tak ogromna ilość wypitego alkoholu je zwielokrotniła. Wiedziałem, że nie prędko powrócimy do tej rozmowy. Zdawałem sobie sprawę, że na drugi dzień nie odważyłbym się go o to zapytać.
- Wszystko? – podchwyciłem, nie do końca rozumiejąc to uogólnienie.
Zaśmiał się lekko, widząc moje zdziwienie.
- Wszystko – szepnął zachłannie i z równą zachłannością dotknął mojej twarzy. – Tak wiele, jak zdołasz sobie wyobrazić.
Czy miał na myśli całą Rosję? Cały świat? Nie, to brzmiało zbyt abstrakcyjnie! Jeśli jednak nie… to co w takim razie? Obawiałem się zapytać. Nie zapytałem i może to był błąd.
- Co o tym myślisz, Till? – zapytał, w końcu spragniony, abym to ja coś powiedział.
Jego oczy w tamtej chwili przybrały kolor ciemnego granatu. Rozgorączkowane, oszalałe, pełne niebezpiecznych błysków. Tak nieodparcie… pociągające. Wyciągnąłem rękę i pogłaskałem jego rozświetloną twarz.
- Wszystko… Jeśli to z tobą, to… mogę dzielić z tobą wszystko – szepnąłem drżącym głosem.
Złapał mnie za pieszczącą go dłoń i zaczął ją całować. Przyglądałem się jak jego język oplata moje palce, jak zachłannie zamyka je w swoich ustach. Jak znikają między jego wilgotnymi wargami. Dima robił to jeszcze przez chwilę. Potem podniósł się i naparł na mnie. Jego kiepska koordynacja sprawiła, że runęliśmy do tyłu, razem z krzesłem na którym siedziałem. Wydałem z siebie bolesny jęk, czując, że właśnie złamane oparcie wbiło mi się w plecy.
- Wybacz – Dima zszedł ze mnie i pomógł mi podźwignąć się z krzesła.
Jego pomoc szybko jednak przerodziła się w inwazję. Nie zdążył nawet puścić mojej dłoni, a już przyparł mnie do ściany.
- Dymitr… - szepnąłem nagle, sam nie wiedząc czy po to, aby go powstrzymać czy może sprowokować.
Doskonale widziałem, że już się nie kontroluje. Szarpnął mnie za ubranie, owładnięty rządzą i alkoholem.
- Nie, poczekaj… - zaprotestowałem gwałtownie, widząc do czego to wszystko zmierza. Nie zamierzał jednak zaprzestać. Kontynuował swoje działania, a ja, ogarnięty paniką, poderwałem się w stronę drzwi. Nie puścił mi tego płazem. Złapał mnie od tyłu i popchnął tak mocno, że runąłem na stół. Wazon i wódka poleciały na podłogę, roztrzaskując się z trzaskiem. Próbował zerwać ze mnie spodnie, co przerodziło się w szamotaninę, w wyniku której strąciliśmy ze ściany obraz warty kilka tysięcy.
Chwycił za moją koszulę i spróbował przyciągnąć mnie do siebie.
- O, nie, kochany. Teraz stąd nie wyjdziesz, to ci zapewniam… – oznajmił pewnie.
Wyszarpałem się mu, ale Dymitr nie dawał za wygraną. Rzucił się na mnie jak drapieżnik na ofiarę i znowu runęliśmy na stół, który tym razem przełamał się na pół. Dima oberwał chyba mocniej, bo na chwilę go zamroczyło. Wykorzystałem ten moment i kilkoma skokami pokonałem zdemolowany pokój. Czułem się głupio, ale dziwna, wewnętrzna panika nie pozwalała mi, aby mu się oddać. Pokonałem drzwi i pobiegłem do siebie.
Zamknąłem pokój od wewnątrz, gdyby tak zechciał do mnie przyjść. Wciąż byłem rozedrgany, zatopiony w jego zapachu i dotyku. Czułem się winny, że zostawiłem go w takim stanie. Z drugiej jednak strony, nie musiałbym tego robić, gdyby Dima nie postanowił mnie zgwałcić bez względu na moje zdanie.
Wypity alkohol pozwolił mi zasnąć bez niekończących się rozmyślań.