Pierwotny adres bloga to http://www.siodmy-krag.blogspot.com/ Ta strona jest założona specjalnie na potrzeby konkursu, jako, że na wyżej wymienionym adresie opowiadanie jest umieszczane dopiero od rozdziału ósmego (wcześniej ukazywało się na pewnym portalu). Nie chcąc robić niepotrzebnego bałaganu, postanowiłam założyć tę stronę, aby wszystkie rozdziały były ułożone w porządku chronologicznym.

Na http://siodmy-krag.blogspot.com/ znajdują się komentarze czytelników jak i notki umieszczane w naturalnej częstotliwości.

Postanowiłam również ocenzurować opowiadanie, tak, aby nie zawierało scen erotycznych bądź innych niestosownych dla nieletnich odbiorców w związku z głosowaniem internautów.

środa, 28 września 2011

Rozdział dziesiąty



10. Rozwój

Uniosłem topór, zamachnąłem się i uderzyłem. Kawałek drewna rozleciał się na pół.
- Niezłe masz oko, Lohengrin! – zakrzyknął Wasia. – Tak trzymać, tylko nogi sobie nie odrąb.
Uśmiechnąłem się do Wasyla, w sposób, którym chciałem mu zasugerować, że nie jestem idiotą. Otarłem pot z czoła i położyłem na pieńku kolejny kawałek drewna.
- Ile jeszcze chcesz mieć tego drewna na opał? – zapytałem.
- Hmm, no cóż… Przydałyby się większe zapasy. Wiesz, to cholerna upierdliwość, kiedy chcę sobie rozpalić w piecu, a nic pod ręką!
Pokiwałem głową. Wytarłem się moim bezrękawnikiem, który leżał nieopodal. Słońce prażyło niemiłosiernie.
- Niezły czerwiec, co? My tu  nieprzyzwyczajeni do takiej pogody, co to, to nie!
- Domyślam się… - zgodziłem się z towarzyszem.
On sam także rąbał drewno, żeby praca poszła prędzej.
- A co z tym dachem? – zapytałem. – Jak myślisz, ile czasu potrzebujemy, żeby to skończyć?
- Jeszcze góra dwa dni, tak myślę – odparł i wziąwszy przykład ze mnie, też zdjął górną część swojego ubrania. – Szybko załapałeś o co chodzi z tym ocieplaniem, to powinno pójść sprawnie. Ale czekaj, stary, czekaj…! Czy twój oddział przypadkiem nie ma jutro treningu?
Zmarszczyłem brwi. No tak, jutro była środa.
- Zgadza się – przytaknąłem. – Ale przecież nie zejdzie na to cały dzień.
- Ech, psia kość! To dwa dni mogą się okazać niewystarczające. Najwyżej zostaniesz tu jeszcze trzy.
Skinąłem głową. Chwilę pracowaliśmy w milczeniu, ale Wasia nigdy nie wytrzymywał zbyt długo.
- Który to oddział, co, Till? Jakiś jeden z lepszych?
Skrzywiłem się lekko. Wasia wciąż nie umiał się zdecydować czy mówić mi po imieniu czy nazwisko, w związku z czym używał obu form, zależnie od nastroju.
- Dobry…? Nie najgorszy. Myślę, że przeciętny.
- Podaj numer, cholera! – zniecierpliwił się.
- V12.
- Aaaa V12 – powtórzył zamyślony. – Miałem w nim dobrego kumpla.
- Miałeś? – dopytałem się, rozwalając na pół kolejny kawałek drewna.
- Zginął w akcji. Jakieś pół roku temu. A dziarski chłop z niego był, to trzeba przyznać! Zawsze graliśmy w karty.
- I kto wygrywał? – zapytałem, chociaż niewiele mnie to interesowało.
- Różnie. Ale zawsze kantowaliśmy. Ten, który pierwszy przyłapał tego drugiego, zawsze robił aferę – zaśmiał się. – To były czasy.
- Twój najlepszy przyjaciel? – podsunąłem, tym razem bardziej zaciekawiony.
- Nie, niee. Tutaj nie można sobie pozwolić na coś takiego jak przyjaciel. Potem jak ktoś ginie, człowiek mięknie jak galareta. Ja nie mogę być jak galareta, stary, sam rozumiesz! – zakrzyknął i poklepał mnie po ramieniu.
Klepnięcie to chyba miało zaakcentować, że do galarety to rzeczywiście mu daleko.
- A Michalina? Przecież to nawet więcej niż przyjaciel, no nie? – zasugerowałem ostrożnie, rozmasowując sobie bark.
- Ach! – lekceważąco machnął ręką. – Michalina! – zamachnął się znowu, jednak tym razem toporem. Rozsądnie odsunąłem się na bok.
- Baby, Till! Baby! – tym razem jego żywa gestykulacja z toporem uzmysłowiła mi, że zachowanie należytej odległości jest niezbędne. – Jej rodzice chcą wracać do Polski. I ja mam w tym pomóc! Co ja mam z tym wspólnego? Po co tu przyjeżdżali, jak teraz znowu chcą wracać? Nic z tego nie rozumiem!
- Przecież to chyba nie taki problem, co? – mruknąłem, lokując na pieńku kolejny kawał drewna.
- Ach, ale to angażowanie! Czemu mam coś robić za nią! Z resztą to brudna sprawa, ponoć mają jakiś problem z przejściem przez granicę… Rzecz trzeba zrobić po cichu. Zastanawia mnie co takiego zmalowali w tej Polsce. No, nieważne. Spójrz na ten dach. Zupełnie zapomniałem, że jeszcze przecieka w tym miejscu. O, o, widzisz? Tam!
Przybliżyłem się do niego, żeby zobaczyć wskazywany punkt z jego perspektywy. Zobaczyłem owe miejsce, ale tknęło mnie coś innego. Sprawa, nad którą zastanawiałem się już kilka dni, ale do tej pory krępowałem się zapytać.
Przesunąłem swoje spojrzenie po chatce Wasi, całkiem przyzwoitej, ale również zupełnie wiejskiej i zwyczajnej chatce. Takiej, w której należało ocieplić dach. Za domem znajdował się mały ogródek, gdzie Michalina sadziła warzywa.
- Słuchaj, Wasia… - zacząłem, lekko skrępowany. Zaciąłem się i wypadło to tak, jakbym naprawdę chciał powiedzieć coś wstydliwego.
- Ooo. Rozumiem – odparł Wasyl i pokiwał głową ze zrozumieniem.
Spojrzałem na niego zszokowany.
- Jak to rozumiesz, skoro ja jeszcze nic nie powiedziałem?!
- Ale widzę to po twojej mordzie, stary. Brakuje ci czegoś, co? Mogę ci tu przyprowadzić jakąś. Tylko wolisz brunetki czy blondynki?
- Ależ nie o to chodzi! – naskoczyłem na niego. Wasyl był człowiekiem, któremu do pełni szczęścia wystarczały pełna butelka i chętna kobieta. Czasem wydawało mu się, że każdy funkcjonuje w ten sam sposób.
- Chciałem tylko zadać ci pytanie – aby uniknąć dalszych nieporozumień, od razu kontynuowałem. – Powiedz mi… po co ci ta cała brudna robota, skoro… ty właściwie niczego nie potrzebujesz? Mieszkasz w domku w lesie, nie pragniesz żadnych wygód, chyba też nie ciągnie cię do władzy.
Spojrzałem na niego, niepewny jak zareaguje na te dość osobiste pytanie. Przez głowę Wasyla chyba jednak nie przeszło, że pytam o coś osobistego. Był pozbawiony jakiegokolwiek dystansu, a zarazem, niestety, jakiegokolwiek taktu.
- Ach, Lohengrin! Dzieci! Moje dziecka! Muszę dawać forsę na nie wszystkie.
Wytrzeszczyłem na niego oczy.
- Co? Jakie dzieci? O czym ty mówisz?
- Mam dziesięć córek.
Szok był tak wielki, że upuściłem topór, który boleśnie upadł mi na stopę. Na szczęście, nie ostrą stroną.  Zgiąłem się w pół z bólu.
- O Scheiße… Verfluchtes Biest! Ochh…
- O, widzę, że cię zaskoczyłem! Heh, no jakoś to tak wyszło… - mruknął i się zaśmiał.
- Dziesięć… - powtórzyłem. – Mógłbyś założyć własny klan.
- No, ale kontynuując! Widzisz, ja nie potrzebuję żadnej forsy poza tym. Ale trzeba mi także jakichś wpływów. Pomyśl sobie, gdyby te wszystkie baby odnalazły mój dom i rzuciły się na niego gromadą! Przecież wbiłyby mnie na pal. Ach, baby! Z nimi jest źle, a bez nich jeszcze gorzej. No i co tu zrobić, co począć? Przecież bez nich to… nie da się żyć!
Wasyl był bardzo pocieszny w tym swoim monologu. Patrzyłem na niego roześmiany i z uciechą obserwowałem jego rozliczenie z płcią niewieścią.
- A przecież nie pozabijam biednych bab! Co innego w akcji, misje wymagają ofiar. Ale od tak sobie, żeby nie słuchać ich gderania? Nie, co to, to nie.
- Tak, tak, rozumiem. Ale nie przyszło ci do głowy, żeby… urządzić się jak Iwanowicz? Albo coś w tym stylu?
- A tam! – znowu machnął toporem, co miało zastąpić machnięcie ręką. – Mi tam niepotrzebne takie zbytki. Ja kocham naturę, Till. Kocham mój dom, remontowanie go i polowania. A co do „brudnej roboty”, jak to określiłeś, to… ja to uwielbiam! Kocham się bić, brać udział w takich rzeczach. Spokojne życie jest dobre dla dziadków.
Poczułem jak szarpnął mną dreszcz. Ten człowiek właśnie przyznał, że uwielbia zabijać.
- Chłopcy, obiad gotowy! – krzyk Michaliny przerwał moje rozmyślania.
W gruncie rzeczy byłem jej wdzięczny, że to zrobiła. Wolałem nie psuć sobie nastroju takimi spostrzeżeniami. Szybko wyrzuciłem je z głowy.
- O, ciekawe, co tam dziś upichciła! – ucieszył się Wasia i odłożył topór.
Michalina była drobną Polką z długimi, prostymi włosami o kolorze słomy. Zawsze nosiła zwiewne, skromne sukienki, które, w gruncie rzeczy, bardzo do niej pasowały.
- Jak ja tak patrzę, to wy więcej gadacie niż pracujecie! Zupełnie jak dwie przekupki – zaśmiała się i poczochrała Wasyla po włosach.
- Ty mi, kobieto, obiadu daj! – złapał ją za jej kibić i silnymi rękoma przeniósł ją w stronę garnków.
Chwilę potem wszyscy siedzieliśmy przy małym, okrągłym stole.
- Czemu znowu krokiety? Ile razy w tygodniu można to jeść? – zirytował się Wasia. Jego zdenerwowanie nie było jednak poważne; raczej pełne humoru, jak cała jego postać.
- A co innego można zrobić z kapusty, rozbójniku? Przynieś mi coś innego, to też obiady będą bardziej urozmaicone!
Pomyślałem, że bardzo do siebie pasują, gdy tak słuchałem ich rozbrajających rozmów. Zastanawiałem się czy Michalina zostanie w przyszłości kolejną dzieciatą kobietą, która zechce wbić ojca na pal.
- Ach, ale kiedy mam to zrobić? Razem z Tillem dach ocieplamy.
- Ale tobie smakują, co, Till? – upewniła się kobieta.
Energicznie pokiwałem głową, przeżuwając.
- Są przepyszne – stwierdziłem.
- Zaraz, zaraz! Ja nie powiedziałem, że mi nie smakują! – oburzył się Wasyl.
Przedrzeźniali się jeszcze trochę, po czym Michalina zwróciła się do mnie.
- Till, jak teraz jest w Niemczech?
- Dobrze. Bardzo dobrze dla emigrantów. Może niech twoi rodzice tam się wybiorą? – poleciłem jej.
- Ach, nie. Oni koniecznie chcą wracać do swoich – zakomunikowała.
- A ty nie wybierasz się z nimi? – zaciekawiłem się.
Jej mina stężała. Wasia też jakoś dziwnie spoważniał. Zrozumiałem, że o czymś mi nie mówili i że nie miałem o tym wiedzieć.
- Nie ważne. Zmieńmy temat – podsunąłem pierwszy, widząc ich zmieszanie.
Od razu znów stali się jacyś pogodniejsi, nie tacy spięci.
- No dobrze – pierwszy zaczął Wasia. – To kiedy Iwanowicz wraca? Dał ci znać?
- Powinien być za cztery dni – odparłem. – Tak, wtedy mija równy miesiąc, jak go nie ma. Nie sadzę, żeby zostawał dłużej.
- Ha! Wiesz, kiedy przyszedłem kilka dni temu do jego rezydencji, nie spodziewałem się, że zwerbuję cię do robót remontowych! W sumie zapytałem o to tak spontanicznie, nie zastanawiając się nawet czy się zgodzisz.
Uśmiechnąłem się. Przypomniałem sobie jak Wasia, jak zawsze pełen energii i braku zorganizowania, pojawił się przed frontowymi drzwiami. Miał jakąś sprawę do omówienia z Dymitrem. Niestety, przyszedł jakiś tydzień za wcześnie; Dima od miesiąca przebywał w Petersburgu. Załatwiał tam jakieś poważne interesy.
Zaprosiłem wtedy Wasyla do środka, nie chcąc być niegościnnym. Kiedy zaczął nawijać jak najęty, że potrzebowałby kogoś do pomocy przy ocieplaniu dachu, entuzjastycznie zgłosiłem się na ochotnika. Tęskniłem za Dymitrem i ucieszyłem się, że nadarzyła się okazja, abym mógł wypełnić sobie czymś czas.
- Żaden problem – odparłem do towarzysza.
Wasyl miał naturę zabijaki, ale przy mnie i Michalinie to raczej wesołość dominowała nad jego cholerycznym usposobieniem.
Podkręcił swojego wąsa i rozejrzał się po naszych twarzach.
- Kurza twarz, zupełnie jak na jakimś spotkaniu międzynarodowym. Każdy przy stoliku skądinąd.
Spojrzeliśmy na siebie z Michaliną z zaskoczeniem, dopiero teraz to zauważając.
- No faktycznie, wcześniej nie pomyślałem o tym – przyznałem.
- Lohengrin, proponuję rozbiór Polski. Ja bardzo lubię ją rozbierać – stwierdził radośnie i próbował rozpinać guziki w sukience dziewczyny. Przy tej zabawie dobierał się do niej łagodnie, dotykając ją tu i ówdzie. Michalina śmiała się, zadowolona z jego zainteresowania, ale nie zaprzestała stanowczo go odpychać.
- Jak ty się zachowujesz, barbarzyńco? Mamy gościa!
- Jestem jej zdania – wsparłem ją, odwracając wzrok od ich poczynań. Zawsze wprawiało mnie w ogromne zakłopotanie, gdy inni ludzie się przy mnie obmacywali.
- Ho, ho, no tak! Szanowny Szwab zamierza zostać duchownym! Kobiety mu nie w głowie! Będzie Krzyżakiem! – zakrzyknął.
- To prawda, Till? – zapytała Michalina, wciąż rozbawiona.
- A co też – odparłem, kończąc krokieta. – Głupoty opowiada! 
- Jak zawsze – zaśmiała się i zaborczo poczochrała go po włosach.
Rozmawialiśmy jeszcze trochę, a potem nadszedł czas na poobiedni odpoczynek. Zaszyłem się w swoim tymczasowym pokoju, aby nieco się odprężyć. Zwaliłem się na łóżko, nie bacząc na swoje brudne spodnie. Bezrękawnik został gdzieś przy toporze, ale nie zamierzałem się kłopotać szukaniem go. Za jakąś godzinę zapewne znowu przystąpimy do pracy.
Rozłożyłem się wygodnie. Czułem, że zaczyna mnie morzyć sen. Po południu zawsze najłatwiej mi się zasypiało. Już prawie bym usnął, gdy nagle mój telefon zadrgał natarczywie. Wyciągnąłem go z kieszeni i odczytałem SMS-a. Był od Arsena, chłopaka z mojego oddziału. Napisał mi: „Jutrzejszy trening odbędzie się dwie godziny później, ale zakończy się normalnie. Porucznik ma coś do załatwienia”. Podziękowałem mu na informację i odłożyłem komórkę.
Arsen był moim najbliższym towarzyszem w V12. Nie kolegą ani przyjacielem, ale wiedziałem, że można na nim polegać. Gdy ćwiczenia wymagały partnera, zwykle dobieraliśmy się razem. Byliśmy podobnej wagi i wzrostu, co stanowczo ułatwiało wykonywanie ich.
Westchnąłem, namyślając się nad obecnymi treningami. Byłem wdzięczny Dimie, że zorganizował to właśnie tak; że najpierw przydzielił mi Jegora, a nie wrzucił mnie w oddział. Z pewnością szybko bym poległ.
Trochę tęskniłem za treningami z Jegorem. Po tym, jak podsłuchałem jego rozmowę z Dymitrem, nabrałem ogromnego rozmachu. Starałem się dziesięć razy bardziej niż dotychczas, a czasem nawet trenowałem sam również w weekendy. To sprawiło, że nie potrzebowałem już bardzo wiele czasu, aby dorównać do przeciętnej.
Przypomniałem sobie pewien przełomowy trening, gdy po raz pierwszy udało mi się dosięgnąć Jegora w walce. Nigdy w życiu chyba nie zapomnę tej satysfakcji, gdy moja pięść gładko weszła w jego szczękę. Głowa Jegora odskoczyła w bok pod wpływem ciosu. Byłem na tyle podekscytowany i zaskoczony, że aż zaprzestałem dalszej walki, tylko stanąłem jak wryty. To samo tyczyło się Jegora. Chociaż cios był słaby i niezbyt profesjonalny, udało mi się przełamać jego ochronę absolutną.
- No, no, no – powiedział wtedy po chwili milczenia. Pokiwał głową z uznaniem.
- Syneczku – zaczął. – Rezultaty zaczynają być namacalne. Ośmielam się stwierdzić, że nie zmarnowałeś mojego i swojego czasu.
Chociaż słyszałem w życiu już dużo pochwał czy komplementów, ta była najpiękniejszą w moim dotychczasowym życiu.
Skinąłem tylko głową z uśmiechem, nie potrafiąc nic mu odpowiedzieć.
Po tym wydarzeniu nie minęło wiele czasu, kiedy Jegor uznał, że najwyższa pora zakończyć indywidualny trening. Wyrobił we mnie siłę, zręczność i wytrzymałość na poziomie zadowalającym. W związku z tym stwierdził, że najwyższy czas zacząć szkolić się w oddziale, jak wszyscy. Uznał, że muszę się nauczyć pracować w grupie, co może być kluczowe, żeby przeżyć. Oprócz tego zapewnił mnie, że duch rywalizacji wpłynie pozytywnie na moją motywację. Po dyskusji z Dimą, postanowili przydzielić mnie do V12 – oddziału składającego się z czterdziestu dziewięciu mężczyzn i jednej kobiety mniej więcej na moim poziomie. Był to oddział tymczasowy, przeznaczony dla nowych rekrutów. Jednak, póki co, nie zastanawiałem się, co będzie dalej.

***

Tak jak uznał Wasyl, ocieplanie dachu szło nam bardzo szybko. Jednak nie było to wcale zadanie przyjemne. Słońce grzało niemiłosiernie, a na strychu temperatura wydawała się iście piekielna. Wasia okazał trochę serca dla mojej bezinteresownej pomocy i pożyczył mi swoje szorty, sięgające do kolan. Były na mnie trochę za luźne i zatrzymywały się dopiero na biodrach. Pomimo tego, pracowało się dużo wygodniej niż w długich spodniach.
Stałem na drabinie i przerzucałem bryły styropianu, które podawał mi mężczyzna. Pot spływał po całym moim ciele, że aż cały lśniłem od niego. Włosy przykleiły mi się do czoła. Wasyl wyglądał podobnie.
- Niezły piekarnik, co? – zwrócił się do mnie, podając mi kolejną bryłę. – Ciekawe czy tam gdzie trafimy po śmierci, będzie równie gorąco.
Uśmiechnąłem się krzywo na tę uwagę.
- Nie wiem czy wierzę w takie rzeczy.
- Heh! Nie dziwię się! Gdyby w piekle miało być tylko tak gorąco, musielibyśmy być znacznie lepszymi ludźmi. Słyszałeś już, że dla nas jest siódmy krąg?
Przytaknąłem. Najwyraźniej ten przesąd, w który z resztą i tak nikt nie wierzył, stał się dość powszechny wśród członków moskiewskiej mafii. A może to tylko Dima rzucił komentarzem tego rodzaju podczas któregoś spotkania? Tak czy inaczej, pomysł Dantego wszystkim przypadł do gustu w jakiś ironiczny i gorzki sposób.
Widząc moją milczącą reakcję, Wasia przestał na chwilę podawać mi styropian i wpatrzył się we mnie swoimi wilczymi, dzikimi oczyma.
- Lohengrin… Czy ty… zabiłeś już kogoś? – zapytał z niemałym zaciekawieniem.
- Nie… - odpowiedziałem niepewnie. – Ale wiem, że to już niedługo… Iwanowicz mi mówił.
Stężałem, zastanawiając się nad tym. W jakiej sytuacji będę miał odebrać komuś życie? Jak niby zdobędę się na coś takiego? Westchnąłem i niepewnie zwróciłem się do Wasyla.
- Powiedz mi. Jakie to jest uczucie… zabić kogoś?
- Cóż – otarł sobie pot z czoła. – Nie da się tego właściwie opisać.
Atmosfera stała się cięższa. To już nie były żarty, przekomarzania czy nic nie znaczące uwagi. Teraz chodziło o coś znacznie poważniejszego.
Wasyl wpatrzył się w malutkie okienko, z którego dochodziło światło. Blask okalał jego twarz, a on trwał tak w bezruchu. Zupełnie jakby światło miało go natchnąć do jakiegoś sensownego wytłumaczenia.
- To jest podobnie jak z seksem – powiedział po jakimś czasie. Wasia niejednokrotnie lubił się odwoływać do erotyki. Jednak tym razem temat nie służył zbereźnym żartom, nie robił z tego komedii. – Kochałeś się już z kimś, Lohengrin?
Skinąłem głową. Jego porównanie wydawało mi się śmieszne, żenujące i całkowicie nietrafione. Pomimo tego, słuchałem z zaciekawieniem, co miał mi jeszcze do powiedzenia.
- Świetnie. W takim razie powinieneś zrozumieć, co będę mówił. W jednym i w drugim przypadku jest podobnie. Zanim to zrobisz, niby wiesz jak to się robi, ale tak naprawdę… nie masz o tym najmniejszego pojęcia, dopóki nie spróbujesz. Zgadza się?
Zastanowiłem się i wolno pokiwałem głową. Z zaskoczeniem odkryłem, że to, co mówi naprawdę ma sens.
- Właśnie. Oprócz tego… Na początku to coś nowego, niesamowitego, wstrząsającego tobą jak trzęsienie ziemi. Potem… dalej budzi jakieś emocje, ale jest już tylko elementem codzienności.
Patrzyłem na niego jak zahipnotyzowany. Nigdy bym się nie spodziewał, że ten roztrzepany człowiek potrafi formułować takie porównania. Niby proste, bez polotu, ale jakże trafione.
- Tylko jest jedna rzecz, o której musisz pamiętać. Początki bywają takie, że… gdy kogoś bierzesz, zatracasz się z rozkoszy, natomiast gdy kogoś zabijesz, możesz zatracić się z rozpaczy. Potem już nie ma takich wstrząsów. Przyzwyczajasz się do tego, albo… zaczynasz to po prostu lubić.
- Tak jak ty – zauważyłem. Wypowiedziałem te słowa zanim się zorientowałem, że mogą brzmieć nieprzyjemnie i oskarżycielsko. Wasyl jednak nie zareagował złością. Jego reakcja nie mogła mnie zaskoczyć bardziej; Rosjanin uśmiechnął się.
- Ludzie zawsze umierali i będą umierać. Co to za różnica, czy na raka, cholerę czy przeze mnie?
Rozchyliłem usta, ale wiedziałem, że nie mogę go sądzić, oskarżać czy walczyć z nim. Jaki miałoby to sens? Przecież miałem się stać kimś takim jak on.

***

Miałem wrażenie, że przy ocieplaniu dachu wypłynęło ze mnie tyle potu, że schudłem kilka kilogramów. Na szczęście zakończyliśmy pracę w ciągu trzech dni, tak jak oszacował Wasia. Jako podziękowanie za moją bezinteresowność postawił mi obfity obiad w dobrej, drogiej restauracji. A może miał po prostu dosyć krokietów. Nie rozmawialiśmy wtedy wiele. Więcej jedliśmy i piliśmy. Wasia wlewał w siebie hektolitry wina, ale ja nie chciałem przesadzić. Kolejnego dnia miałem trening.
Po kolacji pożegnałem się zarówno z nim jak i z jego partnerką. Nadeszła pora, żeby wracać do domu. Nie śpieszyło mi się wcale. Dom przygnębiał pustką i ciszą. Wiedziałem, że gdy tylko się tam znajdę, brak Dymitra jeszcze bardziej da mi się we znaki. Pocieszałem się jednak myślą, że niedługo znowu go zobaczę.
Wieczorem przybyłem do rezydencji i rzuciłem się na wersalkę w jednym z salonów. Rozłożyłem się wygodnie i nie wiedząc nawet kiedy, zasnąłem.

***

Otworzyłem oczy. Musiało minąć kilka chwil zanim się zorientowałem, że obudziły mnie jakieś dziwne odgłosy. Wciąż zaspany, starałem się lepiej je usłyszeć i zidentyfikować. Brzmiało to zupełnie tak, jakby… ktoś obijał się o meble. Albo jakby kogoś obijano o meble. Strach momentalnie mnie rozbudził. Czyżby komuś udało się wejść do domu pomimo ochrony…? Co, jeśli tak? Nie miałem przy sobie żadnej broni…
Poczułem, że moje serce się zatrzymało, kiedy ktoś nacisnął klamkę. Drzwi jednak nie otwarły się od razu; zupełnie tak jakby ktoś bawił się tą klamką. Nie podobało mi się to. Nie miałem wystarczająco dużo czasu, żeby znaleźć się przy ścianie i zaatakować z zaskoczenia. W końcu drzwi stanęły otworem i pojawił się w nich… Dymitr.
- Dima, wróciłeś! Jesteś wcześniej…– zacząłem zaskoczony. - Boże, jak mnie wystraszyłeś. Co ty tam wyczyniałeś, że narobiłeś tyle hałasu? – zapytałem z wyraźną ulgą.
Dima niedbałym ruchem poluzował krawat i wtoczył się do pokoju. Tak, wtoczył się. Najpierw zakołysał się trochę na lewo, a potem nieco na prawo, zanim zdołał do mnie podejść. Wraz z nim pojawił się ostry zapach alkoholu.
- Ładnie mnie witasz po takim czasie, nie ma co – mruknął niezadowolony. Głos miał niewyraźny i mówił wolniej niż zazwyczaj.
- Wybacz. Po prostu narobiłeś mi niezłego stracha. Dobrze… cię widzieć.
- I tylko tyle? – zapytał jeszcze bardziej rozdrażniony.
Położył mi dłoń na twarzy i mruknął cicho:
- Spodziewałem się więcej wylewności po miesiącu, przyznam szczerze…
Zażenowany i oschły chyba właśnie z powodu owego zażenowania, przytuliłem się do niego. Przycisnąłem go do siebie, żeby mógł czuć moje przyspieszone bicie serca. Spodobało mu się to. Położył głowę na moim ramieniu, a swoją rękę na moich włosach. Ten ruch jednak w jakiś zagadkowy sposób zachwiał jego równowagę, bo znów zatoczył się niebezpiecznie. Wsparł się na moich ramionach, żeby nie upaść.
- Na Niebiosa, od której piłeś? – zapytałem się, wstrząśnięty jego stanem.
- Od dziewiątej.
- Co? Przecież to dopiero… - spojrzałem na zegarek. – Dwie godziny!
- Od dziewiątej rano – sprostował.
Na tę informację wydałem z siebie tylko długie, przeciągłe „Oooo”. 
- To było ważne spotkanie. Pomimo procentów, dobrze rozegrane – wyjaśnił i udał się w stronę fotela.
Na przeszkodzie stanął mu stół, na który spektakularnie wpadł. Na szczęście kwiaty w wazonie tylko lekko zadrgały.
- Cóż – mruknął. – To byłby już dzisiaj trzeci wazon.
Pobłażliwie pokiwałem głową i podprowadziłem go do fotela.
- Proponuję ci iść spać – powiedziałem. – To chyba najlepsze wyjście.
- Spać? Czemu niby mam spać? Nie widziałem cię tyle czasu. Nie chcesz ze mną rozmawiać?
Znów był szczerze urażony. Najwyraźniej pod wpływem alkoholu robił się bardziej drażliwy.
- Nie, ależ oczywiście, że to nie tak! – zaprzeczyłem ostro. – Po prostu… pójście do łóżka uchroni cię od dalszych wypadków.
- Pójdziesz ze mną do łóżka?
- Nie – warknąłem zły, że łapał mnie za słowa.
- To przynieś mi wódki. Jest tutaj w barku, ale dla mnie… teraz to długa droga.
- Nie wypiłeś już za dużo na dziś? – zapytałem ostrożnie.
- Do cholery, Till! Od kiedy jesteś taki rozsądny i postanowiłeś mi matkować? „Idź spać, nie pij”… To do ciebie nie podobne – oburzył się.
Zdenerwowała mnie jego reakcja. Wstałem z siedzenia, aby przynieść mu trunek.
- Nie jesteś dzisiaj zbyt przyjemny – zauważyłem ostro i odwróciłem się.
- Czekaj, Till. Nie miałem zamiaru cię obrażać - wstał od stołu i tym razem zbliżył się do mnie bez problemów.
Przytulił się do moich pleców. Poczułem się odprężony i udobruchany z jego oddechem na mojej szyi.
- Napij się ze mną. Nie musimy wypić dużo. Ja już prawie mam dość – zamruczał, aby zupełnie załagodzić sytuację.
- Dobrze – zgodziłem się.
Postawiłem na stole wszystko, co było potrzebne. Zasiedliśmy na swoich miejscach. Dymitr zdjął z siebie marynarkę i rzucił ją gdzieś w kąt.
- Za nas– energicznym ruchem wzniósł do góry swój kieliszek. Zamachnął się tak, że rozlał połowę jego zawartości.
Poczułem jak wódka rozpala mi przełyk. Skrzywiłem się przez jej obrzydliwy smak.
- Och, Till – odparł rozczulony. – Czy ty kiedyś nauczysz się pić?
Spojrzałem na niego po części urażony, odrobinę rozbawiony. Nie zaprotestowałem, gdy znów, bez żadnej przerwy, napełnił nam kieliszki.
- Smak i zapach są naprawdę odpychające – skomentowałem.
- Ale za to stan pożądany – uśmiechnął się jednym kącikiem ust, jakoś tak dziwnie.
Wpatrzyłem się w jego oblicze, przypominając sobie i odnajdując każdą rysę jego twarzy. Miesiąc czasu to nie było tak mało. Zabawne. Czym był jeden miesiąc w porównaniu do sześciu lat?
- Zagramy w pokera, Till? Dawno tego nie robiliśmy.
Zgodziłem się z przyjemnością. Obijając się po drodze, przyniósł talię kart i żetony. Przyglądałem się jak jego długie palce sprawnie tasowały karty. Jego twarz lekko błyszczała, podobnie jak oczy. Kiedy ostatnio widziałem go aż tak pijanego? Nie potrafiłem sobie nawet przypomnieć...
- Gramy na pieniądze? – zapytałem.
- A co to za przyjemność, jeśli nie? – mruknął zadowolony.
Jedna z kart upadła na podłogę. Westchnął zirytowany i podniósł ją. Znów przetasował. Rozdał i gra się zaczęła.
Z jednej strony zdawało mi się, że mogę go zignorować; był przecież totalnie zalany. Czy uda mu się myśleć jasno w takim stanie? Uśmiechnąłem się pod nosem. Szczerze wątpiłem.
- Wymieniam dwie i podwajam stawkę – odparłem. 
- Według życzenia.
Spojrzałem w swoje nowe karty. Tylko dwie pary… Nie dałem jednak niczego po sobie poznać.
- Dorzucam… trzy razy tyle – oznajmiłem pewnie i dorzuciłem do puli odpowiednią ilość żetonów.
- Grasz jak szaleniec, Till. Wszystko na jedną kartę, tak? – zapytał zaciekawiony i może odrobinę zaintrygowany.
- Człowiek tak gra, jak żyje – odparłem z lekką ironią wymierzoną w samego siebie.
Dima lekko pokiwał głową, jakby analizując moje słowa. Z kieszeni koszuli wyciągnął paczkę papierosów i zapalniczkę. Powoli włożył sobie papierosa do ust i zapalił. Zapach nikotyny i szare kłęby dymu rozeszły się po pomieszczeniu. Jego milczenie się przeciągało, a ja dopiero wtedy poczułem intymność atmosfery. Szary dym, nikłe, lekko pomarańczowe światło biurowej lampki i cisza. Odnosiłem wrażenie, że wszystko to muska mnie lekko, dotykając mojego karku i policzków. Dym, światło i cisza krążyły wokół mnie, kołysząc mnie do snu. A może to po prostu alkohol zaczął już działać.
- Tak gra… - zaczął, zaciągając się. – Jak żyje.
Drgnąłem. Zdążyłem już bowiem zapomnieć o swoich wcześniej wypowiedzianych słowach.
Uśmiechnął się poprzez dym, ze światłem lekko skupionym na jego twarzy.
- To bardzo mądre słowa, Till. Ty… postawiłeś wszystko na szali – odparł i zmierzył mnie lśniącym spojrzeniem.
- Nie miałem wyboru – odpowiedziałem lekko drżącym głosem, przypatrując się jego palcom, które wolno przesuwały się po kartach. Zastanawiał się, którą wybrać, a którą odrzucić. Nie stanowiło to dla niego problemu. Tak wiele razy musiał już przecież decydować, kogo zatrzymać, a kogo zgładzić. Ostatecznie… teraz to były tylko karty. Czyż więc nie była to banalna selekcja?
- Till, Till, Till – mruknął, jakby udzielał nagany dziecku. – Przecież wiesz, że miałeś. Przecież… wiesz.
Pokręciłem głową, na znak, że mnie nie zrozumiał.
- Nie – odrzekłem pewnie. – Nie. Nie mogłem podjąć żadnej… innej decyzji.
Spojrzał na mnie, dopiero teraz rozumiejąc znaczenie moich zawoalowanych słów. Dotarło do niego, że nie mogłem wybrać niczego innego poza nim.
Otworzył lekko wilgotne usta, ale nic nie powiedział. Wykonał jakiś niezgrabny gest ręką. Był wzruszony moim oddaniem i próbował z tym walczyć. Mężczyźni tacy jak on nigdy nie lubili okazywać wzruszenia, a szczególnie przy najbliższych. Doskonale to rozumiałem.
- Dziękuję – szepnął tylko, miękko patrząc mi w oczy.
Może bym się odwrócił czy speszył, ale czułem się już błogo, alkoholowo rozluźniony. Nawiązaliśmy ten najdelikatniejszy, najbardziej intymny z możliwych, rodzaj kontaktu. Ten, w którym ściśnięte gardło pozwala tylko na porozumiewanie się szeptem. Ten, który oferuje chwile wpadające w serce i w pamięć na długo.
- Obiecuję, że… nie pożałujesz tego. Będziesz mieć wszystko. Till, ja… czuję, że staniesz się kimś. Że zdołasz stanąć na własnych nogach u mojego boku – szeptał gorączkowo. Zdążył już zapomnieć o kartach; byle jak odłożył je na stolik i złapał mnie za rękę.
- Dlaczego… tak tego pragniesz? – zapytałem niepewnie. – To paradoksalne, Dima… na początku nawet nie chciałeś dopuścić do siebie myśli, że mógłbym przy tobie być.
Pokręcił głową, mocniej ściskając moją dłoń.
- Teraz, ja… już cię w to wciągnąłem. Właśnie dlatego chciałbym, żebyś dzielił ze mną to, co mam. Wszystko. Nie chcę już posiadać tego sam. Chcę dzielić to razem z tobą – szybko i niezgrabnie obszedł dookoła stolik, aby znaleźć się tuż przy mnie. Przykucnął przede mną.
- Nie masz nawet pojęcia, jakie to uczucie, gdy wszyscy ludzie tylko czekają na twoje jedno skinienie. Gdy poddają się każdemu twojemu rozkazowi. Zbyt zatrwożeni, aby się sprzeciwić. Za słabi, żeby walczyć. Pomyśl tylko o tym… Wystarczyłby tylko jeden mój gest, aby ugiąć kolana tłumów – wyrzucał to z siebie szybko i gorączkowo, szeptem człowieka obłąkanego. Jego palce wbijały się między moje palce. Jego spojrzenie mocno wrzynało się w moje chłonne, zafascynowane oczy.
- Czy potrafisz sobie chociaż wyobrazić to uczucie? – zapytał.
Nigdy nie odczułem tego, co on, więc odpowiedziałem mu tylko niepewną ciszą.
– Wiem, że nie. Ale dzięki mnie… doznasz tego wszystkiego. Stolica jest już moja. Z resztą, słyszałeś na spotkaniu… Politycy… są słabi i głupi. W porównaniu do mojej siły… nic nie znaczą. Wystarczy pociągnąć za odpowiednie sznurki i uzyskam władzę w wymiarze państwowym. To kwestia zaledwie kilku lat. Kontroluję handel, przemyt, organy władzy. A już niedługo będę… nie, my będziemy… mieć pod kontrolą wszystko.
Czułem, że drżę pod wpływem jego słów i spojrzenia. Mówił mi stanowczo za dużo, całkowicie zatracił się w swoich pragnieniach i wizjach. Przejął mnie strach. Nie potrafiłem odgadnąć czy Dima snuje tak potężne plany naprawdę, czy to tylko tak ogromna ilość wypitego alkoholu je zwielokrotniła. Wiedziałem, że nie prędko powrócimy do tej rozmowy. Zdawałem sobie sprawę, że na drugi dzień nie odważyłbym się go o to zapytać.
- Wszystko? – podchwyciłem, nie do końca rozumiejąc to uogólnienie.
Zaśmiał się lekko, widząc moje zdziwienie.
- Wszystko – szepnął zachłannie i z równą zachłannością dotknął mojej twarzy. – Tak wiele, jak zdołasz sobie wyobrazić.
Czy miał na myśli całą Rosję? Cały świat? Nie, to brzmiało zbyt abstrakcyjnie! Jeśli jednak nie… to co w takim razie? Obawiałem się zapytać. Nie zapytałem i może to był błąd.
- Co o tym myślisz, Till? – zapytał, w końcu spragniony, abym to ja coś powiedział.
Jego oczy w tamtej chwili przybrały kolor ciemnego granatu. Rozgorączkowane, oszalałe, pełne niebezpiecznych błysków. Tak nieodparcie… pociągające. Wyciągnąłem rękę i pogłaskałem jego rozświetloną twarz.
- Wszystko… Jeśli to z tobą, to… mogę dzielić z tobą wszystko – szepnąłem drżącym głosem.
Złapał mnie za pieszczącą go dłoń i zaczął ją całować. Przyglądałem się jak jego język oplata moje palce, jak zachłannie zamyka je w swoich ustach. Jak znikają między jego wilgotnymi wargami. Dima robił to jeszcze przez chwilę. Potem podniósł się i naparł na mnie. Jego kiepska koordynacja sprawiła, że runęliśmy do tyłu, razem z krzesłem na którym siedziałem. Wydałem z siebie bolesny jęk, czując, że właśnie złamane oparcie wbiło mi się w plecy.
- Wybacz – Dima zszedł ze mnie i pomógł mi podźwignąć się z krzesła.
Jego pomoc szybko jednak przerodziła się w inwazję. Nie zdążył nawet puścić mojej dłoni, a już przyparł mnie do ściany.
- Dymitr… - szepnąłem nagle, sam nie wiedząc czy po to, aby go powstrzymać czy może sprowokować.
Doskonale widziałem, że już się nie kontroluje. Szarpnął mnie za ubranie, owładnięty rządzą i alkoholem.
- Nie, poczekaj… - zaprotestowałem gwałtownie, widząc do czego to wszystko zmierza. Nie zamierzał jednak zaprzestać. Kontynuował swoje działania, a ja, ogarnięty paniką, poderwałem się w stronę drzwi. Nie puścił mi tego płazem. Złapał mnie od tyłu i popchnął tak mocno, że runąłem na stół. Wazon i wódka poleciały na podłogę, roztrzaskując się z trzaskiem. Próbował zerwać ze mnie spodnie, co przerodziło się w szamotaninę, w wyniku której strąciliśmy ze ściany obraz warty kilka tysięcy.
Chwycił za moją koszulę i spróbował przyciągnąć mnie do siebie.
- O, nie, kochany. Teraz stąd nie wyjdziesz, to ci zapewniam… – oznajmił pewnie.
Wyszarpałem się mu, ale Dymitr nie dawał za wygraną. Rzucił się na mnie jak drapieżnik na ofiarę i znowu runęliśmy na stół, który tym razem przełamał się na pół. Dima oberwał chyba mocniej, bo na chwilę go zamroczyło. Wykorzystałem ten moment i kilkoma skokami pokonałem zdemolowany pokój. Czułem się głupio, ale dziwna, wewnętrzna panika nie pozwalała mi, aby mu się oddać. Pokonałem drzwi i pobiegłem do siebie.
Zamknąłem pokój od wewnątrz, gdyby tak zechciał do mnie przyjść. Wciąż byłem rozedrgany, zatopiony w jego zapachu i dotyku. Czułem się winny, że zostawiłem go w takim stanie. Z drugiej jednak strony, nie musiałbym tego robić, gdyby Dima nie postanowił mnie zgwałcić bez względu na moje zdanie.
Wypity alkohol pozwolił mi zasnąć bez niekończących się rozmyślań.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz