7. Moskwa
Tej nocy miałem dziwny sen. Śniło mi się, że szedłem przez jakiś las, ciągnąc za sobą łódź. Sznur obcierał mi dłonie, a ciężar powodował przemożny ból barków i ramienia. Pomimo tego nie zostawiłem łodzi, tylko wciąż uparcie ciągnąłem ją za sobą. W jakim celu? Tego niestety nie wiem i pamięć mi podpowiada, że we śnie również tego nie wiedziałem. Wyglądało to zupełnie tak, jakbym spełniał to zadanie dla kogoś, nie dowiedziawszy się, dlaczego to robię i dokąd właściwie zmierzam. Wciąż mogę dokładnie poczuć smak bólu i roztargnienia, które towarzyszyły mi w tym śnie. Tak jakby był jakiś sens, aby to zapamiętywać. Szedłem po piasku i po kamieniach, wolno i z trudem stawiając każdy kolejny krok. Co jakiś czas rozglądałem się dookoła siebie, jakby w poszukiwaniu czegoś. I wydawało mi się, że niewzruszona, czarna ściana lasu co jakiś czas drga i faluje, a coś wygląda z za niej. Tak, coś podpowiadało mi, że nie byłem tam sam. Kto więc mnie obserwował? Wróg czy przyjaciel? Jeśli przyjaciel, czemu się nie ujawniał? Ocierałem akurat pot z czoła, kiedy podniosłem wzrok i uchwyciłem spojrzenie przebłyskujące z za ponurych drzew…
- Till, siódma.
Głos Dimy przerwał mi mój sen. Wolno powracałem do rzeczywistości, z niechęcią opuszczając tę zagadkową sytuację. Skwitowałem jego ponaglenia kilkoma mruknięciami i zakryłem się mocniej kołdrą. Niestety, chwilę potem została mi ona brutalnie odebrana.
- Jegor nie będzie czekał. A jeśli mu każesz, to nie zdarzy się nic przyjemnego.
Imię „Jegor” wywołało we mnie bolesny skurcz, i wszystkie moje mięśnie jak na zawołanie się odezwały.
- Co…? Czemu… Ja nie wchodziłem do łóżka – zacząłem się zastanawiać, wstając.
Syknąłem, zaciskając zęby. Przy podnoszeniu się mój brzuch zabolał mnie okrutnie. Wraz z odzyskiwaniem świadomości, ból stawał się coraz bardziej wyraźny i palił mnie żywym ogniem.
- Zasnąłeś przy stole. Uznałem, że pieprzyć tę kąpiel i zaniosłem cię do łóżka.
Drgnąłem. Zauważyłem, że mam na sobie piżamę, co wskazywało no to, że… Cholera.
- Ubranie wczoraj wsadziłem do pralki. Biegówki już załatwione, są w plecaku.
Zmarszczyłem brwi. Coś mi się tu nie zgadzało.
- Zaraz… to znaczy, że spałem całe popołudnie i całą noc?
Pokiwał głową.
Chciałem już coś powiedzieć na ten temat, kiedy mój skołatany umysł uzmysłowił sobie jedną, dość oczywistą sprawę. O… o kurwa.
- Dima… czy dziś mnie czeka na tym treningu to samo co wczoraj? – zapytałem pozbawionym nadziei głosem.
Spojrzał na mnie gorzko i przez chwilę się nie odzywał. To mi już w pełni wystarczyło za odpowiedź, ale po chwili dodał jeszcze:
- To zależy od Jegora. Ale nie spodziewaj się luzów.
Wykrzywiłem ironicznie usta, na znak, że tego nie musiał mi mówić.
- Przywykniesz do tego. Tylko staraj się tego nie znienawidzić.
Rzucił mi pokrzepiające spojrzenie i chciał już wyjść, ale zatrzymałem go przy drzwiach.
- Hej…
Odwrócił się, oczekując na moje dalsze słowa.
- Czy ty też… przez to przechodziłeś?
To pytanie go zaskoczyło. Przez chwilę starał się wypatrzeć w moich oczach, co mną powodowało. Odnalazł tylko czystą ciekawość.
- Tak… - odpowiedział po chwili zamyślenia. – I uczyła mnie ta sama osoba, co ciebie.
Spojrzałem na niego zupełnie zaskoczony. Nigdy bym się tego nie spodziewał… Zaśmiał się, widząc jak bardzo jestem zdziwiony.
- Co ty myślałeś, Till? Że jak tylko mnie zobaczyli, zostałem bossem? Na początku wcale tego nie planowałem… Ale nie mamy teraz czasu na pogawędki. Do zobaczenia.
Uniosłem dłoń na pożegnanie. Wstałem z łóżka i syknąłem z bólu. Moje stopy wyglądały okropnie. Jeśli Jegor każe mi znowu biegać, tym razem chyba tego nie przeżyję. Dokuśtykałem do łazienki i odnalazłem plastry. Niewiele mi pomogły, ale miałem nadzieję, że przynajmniej zabezpieczą przed kolejnymi obtarciami. Wykonałem wszystkie poranne czynności z uczuciem goryczy i przerażenia przed dzisiejszym porankiem. „Postaraj się tego nie znienawidzić”. Tak… Łatwo powiedzieć.
***
- Drogi panie Lohengrin… - usłyszałem ironiczne, nazbyt mile wypowiadane słowa. – Co pan tak kuleje? Czyżby pana nogi bolały?
Wykrzywiłem twarz i już chciałem powiedzieć „Mi też pana miło widzieć”, ale w porę ugryzłem się w język. Złośliwe szczekanie skończyłoby się dla mnie w opłakany sposób, tego byłem pewien.
- I pan się trzęsie. Zastanawia mnie… czy to z zimna czy może… ze strachu?
Chociaż jak na ten miesiąc było wyjątkowo ciepło, cienkie ubranie nie zapewniało mi najwyższego komfortu. Wiedziałem, że do południa z pewnością jeszcze się ociepli, ale ja, jak na złość, treningi miałem wcześnie rano.
- Zaraz się rozgrzejesz, mogę ci to obiecać.
Nie widziałem potrzeby, aby mu odpowiadać, jednak w duchu zawyłem z rozpaczy.
- Chodź za mną – polecił mi.
Wpatrując się w plecy Jegora, które zasłaniały cały widok przede mną, gorączkowo rozmyślałem. Co też wymyślił dla mnie na dzisiaj i czy zdołam to przeżyć…? Wszystkie moje wnętrzności drgały z nerwów. Nie wiedziałem, czy wolałbym już usłyszeć co mnie czeka czy też pozostawać w słodkiej nieświadomości. Bez względu na moje widzimisię, wkrótce dotarliśmy do celu. Znajdowaliśmy się nad dość niskim pagórkiem. Przez moją głowę przeszła myśl, ze Jegor chyba zdecydowanie preferuje wykorzystywanie naturalnego terenu niż jakichś specjalistycznych sprzętów. Niestety domyślałem się polecenia…
- Biegniemy na dół. Wykonujesz moje rozkazy, a potem biegniemy na górę. Zrozumiałeś, syneczku?
- Tak – odparłem bez entuzjazmu.
Rzuciłem górce rozpaczliwe spojrzenie, zastanawiając się jak będę ćwiczyć z takimi zakwasami i odtartymi nogami. Czy znowu potrwa to cztery godziny? Miałem ochotę o to zapytać, ale uznałem, że to nienajlepszy pomysł.
- Zaczynamy! – rozległ się jego zdecydowany głos.
Razem puściliśmy się biegiem z pagórka.
- Dwadzieścia pompek.
Przybrałem pozycję i zacząłem ćwiczyć. Jegor, pomimo tego, że ćwiczył ze mną, nie spuszczał ze mnie krytycznego spojrzenia. Po moich czterech pompkach, stwierdził:
- Co to ma być, Lohengrin? Kazałem ci robić pompki, a nie symulować stosunek seksualny! Czyżby z twoim rosyjskim nie było najlepiej?
Zazgrzytałem zębami na tę kpiącą uwagę, ale niestety nie mogłem wiele zmienić.
- Cholera jasna, obniż ten tyłek! – warknął zirytowany.
Ze strachem zauważyłem, że Jegor się podnosi. Poczułem, że naciska na mnie swoim butem, mechanicznie „obniżając mi tyłek”. Potem pochylił się, poprawił mi ręce i zlustrował mnie wzrokiem.
- Nogi szerzej. Powinno być wtedy łatwiej. Dobra, rób.
Obsunąłem się do ziemi, jednak wrócenie do wyjściowej pozycji przyszło mi z pewnym trudem. Przy piątej opadłem na swój tors, a kolejne wykonywałem tylko do połowy.
- Ja się, Boże, załamię. Przysyłają mi gościa, który nie umie zrobić jednej profesjonalnej pompki!
- Sta…ram się… - wydusiłem z siebie.
- Posłuchaj sobie, Lohengrin. Dopóki nie starasz się tak, że wychodzi w stu procentach, znaczy, że starasz się za mało. Taka zasada panuje u mnie i radzę ci ją szybko przyswoić. A teraz jazda, bo siądę ci na plecach i zobaczymy jak wtedy będziesz pompować!
Ta uwaga znacznie mnie zmotywowała i napędzany wizją, w której jestem przygnieciony przez jakieś sto dwadzieścia kilo, ćwiczyłem z niezmordowanym zapałem.
Najbardziej męczące i piekielnie uciążliwie okazały się podbiegi pod górkę. Co jednak mogłem zrobić? Zatrzymywałem się i potykałem, za co zostawałem gromko zbesztany, ale nie mogłem przerwać. Wszystkie wnętrzności piekły mnie tak bardzo, że miałem ochotę się popłakać, ale zagryzłem zęby i jakoś dawałem radę. Po półgodzinie, Jegor oświadczył:
- Teraz zmienimy miejsce. Z treningiem fizycznym na dziś koniec. Zajmiemy się czymś innym.
Spojrzałem na niego zdziwiony. Parsknął na ten widok.
- Co się tak gapisz? Jak cię wykończę do tego stopnia, że będziesz w stanie się już tylko czołgać, nie pozostanie wiele możliwości treningu… Co prawda czołganie rozwinęłoby mięśnie przedramion… Cóż… może jednak o tym pomyślę.
- Może jednak chodźmy – zaproponowałem gorliwie.
Byłem niezwykle zadowolony, że będę jednak w stanie dotrzeć do domu na dwóch kończynach. Nie przejęło mnie nawet pogardliwe spojrzenie, które mi posłał w odpowiedzi na mój komentarz.
- Co będziemy robić? – odważyłem się zapytać.
- Nauczę cię strzelać.
***
Czułem się dziwnie z ciężarem pistoletu w swojej dłoni. Był chłodny i sporo ważył. Wpatrywałem się w niego z zaciekawieniem, z trudem pojmując obecną sytuację.
- Ten model powinien być dobry na początek. W najbliższym czasie spróbujemy także z karabinami, jednak… W twoim przypadku praktyczniej będzie skupić się na pistoletach.
Podniosłem wzrok, mierząc odległość ze swojej obecnej pozycji do tarczy zawieszonej na drzewie.
- Będziesz próbował ze stania, leżenia i pozycji klęczącej. Nie ma sensu cię pytać czy kiedyś strzelałeś, co? – zapytał sceptycznie.
Posłałem mu jednoznaczne spojrzenie, które powiedziało mu więcej niż jakiekolwiek słowa. Przewrócił oczami, ale nie skomentował tego.
- No, możemy zaczynać.
Wbiłem spojrzenie w jego potężną sylwetkę, starając się stanąć w ten sam sposób. Potem dźwignąłem broń, przymierzając się do wystrzału. Czekałem właśnie na polecenia i wskazówki, ale Jegor, ku mojemu zdziwieniu, odezwał się na zupełnie inny temat.
- Lohengrin… Dlaczego właściwie twój ojciec cię tu przysłał?
Poczułem, że moje serce podskoczyło gwałtownie, a ja sam drgnąłem nerwowo. Nie pozwoliłem jednak, aby moja twarz mnie zdradziła. Odpowiedź musiała być szybka i brzmieć naturalnie.
- Nie rozumiem, co pan ma na myśli… Przecież pan Iwanowicz wyjaśniał… - zacząłem lekkim tonem, ale Jegor, ku mojemu niezadowoleniu, przerwał mi.
- Iwanowicz, Iwanowicz – machnął lekceważąco ręką. – Nie rób ze mnie idioty, synku. Wiem, w jakim celu tu jesteś. Ale czemu ojciec się na to zdecydował? Nie wiem, jak ci to wytłumaczyć, Lohengrin… Po prostu wyglądasz tutaj jakbyś był zupełnie nie na miejscu. Ty i ten świat. To wszystko zakrawa na jakąś farsę.
Przełknąłem ślinę, zbierając całą swoją silną wolę, aby niczego nie dać po sobie poznać. Wiedziałem, że to się nie uda… Że argumenty Dimy są za słabe, za mocno naciągane, ale… Musiałem coś już powiedzieć. Teraz, natychmiast.
- Hmm – wydałem z siebie, udając, że się zastanawiam. W jednej chwili moje odczucia zupełnie się odmieniły. Odrzuciłem strach i z aktorską, nie przesadzoną krasą, zacząłem przedstawienie. Przeniosłem pewne spojrzenie na twarz Jegora, tracąc zainteresowanie tarczą.
- Wie pan, jak to jest – powiedziałem. – Rodzice często pokładają w dzieciach swoje niespełnione nadzieje. Tak chyba jest również w moim przypadku. Ojciec chce żebym został kimś wielkim. On sam… handluje nielegalnym towarem i zarabia na tym mnóstwo pieniędzy w Niemczech. Ale jest jednym z wielu, nic specjalnego z większej perspektywy… Chce, żeby ze mną było inaczej i pokłada w Iwanowiczu duże nadzieje. Wie, że to nie byle kto – zakończyłem.
Rzuciłem mu mniej oficjalne niż zwykle spojrzenie, może nawet trochę zbyt poufale. Jegor się roześmiał i rzucił:
- Co za żałosna sprawa. Niespełniony ojciec chce zrobić z ciebie super gangstera, bo samemu mu się nie udało… Jakie to mierne i typowe. To niezbyt szczęśliwa dla ciebie sytuacja, co Lohengrin?
Wzruszyłem tylko ramionami i przybrałem jedną z min o treści „cóż poradzić, takie życie”. Zauważyłem, że Jegor zupełnie mi uwierzył. Zachowałem się naturalnie i wiarygodnie, czemu więc miałby nie dać wiary moim słowom? Był to początek pogrążania się w machinie kłamstwa. Początek zanurzania się w niej po pas, po szyję, po czubek głowy.
- No już, do roboty. Rób to co ja. Tak, dobrze, ręce trochę wyżej. Głowa nie tak nisko. Noga trochę bliżej. Strzelaj.
Okazało się, że naciśnięcie spustu nie było taką prostą sztuką. Należało mocno docisnąć. Rzecz jasna, za pierwszym razem nie trafiłem, podczas gdy Jegor trafił w sam środek. Za trzecim przebiłem tarczę w połowie. A był to dopiero początek lekcji. Pod koniec moje palce były już mocno obolałe i prawie tak samo obtarte jak w moim śnie.
***
Po tym jak Jegor miłosiernie pozwolił mi wracać do rezydencji, postanowiłem przejść się po mieście. Nie miałem ani ustalonego planu, ani nie wiedziałem, co właściwie chciałbym zobaczyć. Postanowiłem iść po prostu tam, gdzie nogi mnie poniosą, jak już często robiłem.
Pierwszym interesującym punktem podczas mojej wycieczki, był Ogród Aleksandryjski. Właściwie dotarłem tam przypadkowo, idąc wzdłuż murów moskiewskiego Kremla. Ogród nie wyróżniał się niczym szczególnym, ale stanowił bardzo malownicze, relaksujące miejsce. A trzeba przyznać, że po trzygodzinnej konfrontacji z Jegorem wyjątkowo potrzebowałem relaksu. Usiadłem na pierwszej ławeczce, jaką napotkałem. Rozluźniłem mięśnie, wiedząc, że nie spotkają mnie dziś już żadne rewelacje. Miałem spokój, przynajmniej do jutra.
Obok mnie wciąż przechodzili jacyś ludzie. Wodziłem za nimi swoim zmęczonym wzrokiem, oglądając ich twarze i ubrania. Muszę przyznać, że występowała między nimi ogromna różnorodność, szczególnie wśród kobiet. Ubierały się bardzo różnie, czasem w naprawdę dziwaczne albo krzykliwe stroje. Wokoło przeważał język rosyjski, ale nie tylko. Moskwa, podobnie jak Hamburg, przyciągała turystów z całego świata. Czułem się otoczony zewsząd masą ludzką, podziwiającą, fotografującą, konsumującą. Tak, to ostatnie określenie jest szczególnie adekwatne. Prawie na każdej ławce mogłem się dopatrzeć osób z puszką piwa w dłoni. Roześmiani i zgrzani, bez przerwy wymieniali się jakimiś komentarzami. Ach, Moskwa. Raj dla beztroskich i bogatych. Poczułem się senny, więc postanowiłem udać się w dalszą drogę. Zostawiłem za sobą turystów odpoczywających w cieniu drzew, na ładnie skrojonych ławeczkach.
Zatrzymałem się jeszcze tylko przy fontannie. Zawiesiłem wzrok na posągach koni w środku. Niezwykły dynamizm wykonania tak mnie zachwycił, że nie zwracałem nawet uwagi na krople wody, które ochlapywały mi włosy i twarz. Co więcej, zamoczyłem dłoń w wodzie, żeby sprawdzić jej temperaturę. Okazała się przyjemnie chłodna. Dziewczynka, znajdująca się nieopodal, wyraziła jeszcze większy entuzjazm niż ja. Stanęła na murku fontanny i próbowała dotknąć kamiennego konia. Najwyraźniej nie zauważała, że aby tego dokonać musiałaby mieć co najmniej o pół metra dłuższą rękę.
- Uważaj – powiedziałem do niej, kiedy już prawie straciła równowagę. – Zamoczysz się.
Spojrzała na mnie zaskoczona, jakby nie mogła uwierzyć, że się do niej odezwałem. Obrzuciła mnie uważnym spojrzeniem, od stóp do głów. Chwilę potem oddaliła się bez słowa. Otworzyłem usta, całkowicie zaszokowany. Co się stało? Dlaczego tak zareagowała? Czując, że samodzielnie nie odpowiem sobie na to pytanie, ruszyłem dalej.
Trafiłem na drogowskaz, który informował mnie, jak dotrzeć do Placu Maneżowego. Byłem ciekaw, co to za plac, więc postanowiłem udać się w tamtym kierunku. Co prawda słyszałem, że Plac Czerwony jest dużo bardziej interesujący, ale uznałem, że tam wybiorę się innym razem. Szybkim krokiem przemierzałem kolejne metry. Po drodze zatrzymały mnie słodkie dźwięki muzyki. Nie był to jakiś rock czy techno, tak bardzo dziś popularne, tylko muzyka klasyczna. Niezwykle mnie to zainteresowało. Czyżby ktoś grał…? Nie brzmiało mi to na odtwarzane z płyty. Rozejrzałem się ciekawsko i już po chwili wychwyciłem nieduży, żółty budynek, który wyłaniał się z za drzew. Czyżby… muzyczna szkoła? Coraz bardziej zainteresowany, skierowałem tam swoje kroki. Gdy dotarłem na teren ceglanego budynku, nie miałem już wątpliwości, że muzyka dobiega właśnie stąd. Ktoś grał na pianinie, wydobywając z instrumentu subtelne, pełne melancholii dźwięki. Gdy podszedłem do wejścia, zauważyłem, że na tabliczce tkwił długi, poważny napis: „Moskiewskie Konserwatorium Państwowe imienia P.I. Czajkowskiego”. Ach, nie pomyliłem się więc. Szkoła muzyczna. Kusiło mnie, aby wejść do środka, ale zaraz pewnie musiałbym stawić czoła multum pytań typu co tutaj robię i czego szukam. Moja dłoń jeszcze przez chwilę ślizgała się po klamce, ale ostatecznie stwierdziłem, że moje brudne, treningowe ubranie nie jest zbyt reprezentacyjne. Odwróciłem się na pięcie, aby odejść. Dopiero teraz zauważyłem, że blisko wejścia znajduje się jakiś posąg. Nie trudno było się domyślić, że przedstawiał samego patrona szkoły. Podszedłem bliżej. Zielonkawy posąg znajdował się na sporym podwyższeniu, przez co musiałem zadzierać głowę, aby mu się przyjrzeć. Czajkowski został przedstawiony w pozycji siedzącej. W prawej dłoni trzymał pióro i najwyraźniej coś pisał, a lewą miał uniesioną, jakby w geście protestu, albo jakby chciał pokazać, że nie chce, aby mu przeszkadzano. Skłaniałem się raczej ku tej drugiej wersji, jako, że na jego obliczu malowały się powaga i skupienie. Na tablicy widniał podpis, że posąg przedstawia Piotra Czajkowskiego i informacja, że w latach 1866-1878 był tutaj wykładowcą teorii muzyki. Rzuciłem kompozytorowi ostatnie, ciekawe spojrzenie, po czym zostawiłem go samego i udałem się na plac Maneżowy.
Ku mojemu rozczarowaniu, miejsce tchnęło kiczem i było typowym lepem na masową turystykę. Tutaj, podobnie jak w Ogrodzie, ludzie porozkładali się we wszystkich możliwych miejscach. Piwa i tematów do rozmów im nie brakowało. Jak zauważyłem, nastroju na miłostki także mieli aż na zapas, bo co kilka kroków mijałem jakąś obściskującą się parę. Skrzywiłem się z degustacją i wyszedłem na sam środek placu. Nie przedstawiał nic specjalnego. Chwytem zachwycającym współczesnych z pewnością było centrum handlowe, pomysłowe ulokowane pod placem. Z chodnika wystawały tylko jego kopuły. Oprócz kopuł tkwiły tu także stylizowane latarnie, ławki i fontanny. Nie, to z pewnością nie była prawdziwa Rosja. Aby jej dotknąć trzeba było dotrzeć głębiej i wybrać odpowiednie, strategiczne miejsca. Plac Maneżowy, pełen puszek po piwach i z budką z lodami stanowił tylko łechcącą, słodką iluzję dla masowych turystów, którzy lubią się łudzić, że poznają obcy kraj. Jedynym jego atutem była lokalizacja. Bez trudu dostrzegałem stamtąd ciekawe, zabytkowe budynki. Jak się później dowiedziałem, podziwiałem wtedy Dumę Państwową, Muzeum Historyczne i Muzeum Lenina. Dało się także zobaczyć fragment Kremla. Pocieszony tym faktem, nie traciłem dobrego humoru. Gdy już się nacieszyłem widokiem, kupiłem sobie gałkę lodów orzechowych i ruszyłem w drogę powrotną. Okazało się to pewnym wyzwaniem, ale z pomocą przyjaznych ludzi udało mi się trafić do rezydencji. Po drodze przekroczyłem Twerską, główną ulicę Moskwy. Była naprawdę niesamowita. Ogromne, bogate budynki, które ją otaczały i niekończące się korowody samochodów dawały złudzenie, jakobym znajdował się co najmniej w Nowym Jorku. Ciekaw byłem jak miasto funkcjonowało nocą. Z pewnością atrakcji nie brakowało.
Bez słowa komentarza wpuszczono mnie do środka. Zdjąłem buty i udałem się na poszukiwanie Dymitra. Ku mojemu zdziwieniu, nie znalazłem go ani w jego ulubionym „grietowym” salonie, ani w jego sypialni. Schodziłem właśnie ze schodów, zastanawiając się jak mam go znaleźć w takim wielkim domu, kiedy nieoczekiwanie prawie na niego wpadłem.
- O, Till – zaczął radośnie. – Chodź – polecił, kładąc mi na głowie swoją rękę. W drugiej dłoni trzymał kubek z kawą.
- Gdzie?
- Do mojego biura. Zaniosę tam ten kubek i porozmawiamy. Dziś nie wyglądasz na tak zmaltretowanego… - zainteresował się.
- Uczył mnie strzelać.
- Z czego?
- Prawdę mówiąc… to nie pamiętam – przyznałem się szczerze.
Dima westchnął.
- Och, Till. Powinieneś wiedzieć. Czy z takiego jak ten? – zapytał, wyciągając z za marynarki pistolet.
Zrobił to tak naturalnym, pełnym gracji ruchem, że aż przeszedł mnie dreszcz. Najwyraźniej to zauważył, bo powiedział zaraz:
- Czy ty zdajesz sobie sprawę, że to nie cały czas będą lekcje teoretyczne?
Jego głos był przejęty ostrą, napiętą nutą. Wciąż bał się o mnie, co zirytowało mnie do tego stopnia, że zupełnie zapomniałem o moim wcześniejszym przerażeniu.
- Oczywiście, że wiem! – żachnąłem się. – Nie, był… mniejszy.
- To już chyba wiem. Nie musisz się denerwować. Jakie dziecko z ciebie – zagadnął, czochrając mi włosy.
Warknąłem na niego, ale nie wywarło to na nim specjalnego wrażenia. Dotarliśmy na drugie piętro i weszliśmy w trzecie drzwi. Pomieszczenie było niewielkie. Pachniało aromatem parzonej kawy (który ubóstwiałem od dziecka). Na biurku leżały porozrzucane papiery, które jednak tworzyły zgodną, harmonijną całość. Przed masywnym biurkiem znajdowało się krzesło dla gościa. Zasiadłem na nim. Przyglądałem się jak Dima ostrożnie stawia kubek na stole, po czym zwraca się do mnie.
- Twoje fizyczne i strategiczne treningi to nie będzie wszystko. Nie chcę zrobić z ciebie posłusznego, ślepego żołnierza. Musimy wyćwiczyć nie tylko twoje ciało, ale też i umysł.
Słuchałem tego z rosnącym napięciem. Podejrzewałem, że ten trening, o którym mówił nie przypadnie mi do gustu.
Zabębnił palcami o stół, jakby się zastanawiał nad dalszymi słowami.
- Działamy pod przykrywką biznesmenów, Till. I w gruncie rzeczy nimi jesteśmy, ale jesteśmy równocześnie czymś więcej. Odpowiednie machinacje, przekręty, układanie wszystkiego tak, aby wyglądało niemalże tak, jakby było legalne… To wymaga takiej wiedzy, jaką ma biznesmen, tylko, że większej, bardziej… elastycznej. Kontrolujemy przedsiębiorstwa, firmy, gospodarkę. Mamy wpływ na władzę… Nie, w gruncie rzeczy… jesteśmy władzą.
Podniósł na mnie swoje spojrzenie, w tej chwili ciężkie, intensywne, pełne czegoś nieokiełznanego. Przeszył mnie słodki dreszcz, jednak jakże inny od tego kilka chwil wcześniej, na schodach. Naszła mnie ochota, aby go dotknąć, żeby sprawdzić czy w sposób fizyczny również emanuje tym czymś… niesamowitym. Ta atmosfera… taka niewymuszona, niezwykła, mroczna i podniecająco przytłaczająca. Pomimo tego, że właściwie nic nie zrobił.
- Rozumiesz, o czym mówię?
Tym pytaniem wytrącił mnie z tych kontemplacji. Drgnąłem i wybudzając się, zapytałem:
- Cały czas mówisz „my”. Kto jest jeszcze oprócz ciebie…?
Pokiwał głową, ukazując uznanie dla mojego pytania.
- Kilka osób, które razem ze mną trzymają to wszystko w łapie. Są kimś w rodzaju… moich doradców. Ja jestem przedstawicielem i do mnie należy ostatnie słowo.
Spojrzałem na niego, z pytaniem wymalowanym na twarzy. Nie musiałem nawet go zadawać.
- Tak… - odparł. – Stoję na czele mafii moskiewskiej.
Z lubością i pewną próżną satysfakcją obserwował jaki efekt wywarły na mnie te słowa.
- To tak jakbyś… był jak bóg – powiedziałem, zanim zdołałem się powstrzymać. Wyraziłem jednak już swój zachwyt i mogłem jedynie ratować się spuszczeniem wzroku.
Usłyszałem jego szczery śmiech. Chwilę potem potoczyły się słowa:
- Nie można myśleć tak zbyt często, Till. Bo wtedy to przejmie nad tobą władzę. Wtedy będziesz zgubiony. Należy trzymać te instynkty na wodzy, przynajmniej w pewnym stopniu.
Skrzywiłem się. Już wtedy wiedziałem, że gdybym był na jego miejscu, chciwie i rozkosznie bym się zachłysnął i dał się porwać temu szaleństwu do ostatka. Nie pomyliłem się.
- Ale, wracając do tematu…
- Jeszcze chwila – przerwałem mu. – A co z Sołncewem?
Wiedziałem, że mafia sołecka trzęsła Rosją już od bardzo dawna, dając gazetom wiele okazji do sprzedawania głodnych kawałków.
Uśmiechnął się pogardliwie.
- Cóż… Słabi nie są… Pomimo tego, że mam pod butem i milicję i specsłużby… Sołncewo stanowi to, co Anglicy nazywają pain in the neck . A dodatkowo… Jestem jak kaczka wystawiona na odstrzał. Czasem im wyżej, tym gorzej, nie koniecznie lepiej.
Wziąłem głęboki oddech, zdając sobie sprawę, że nieciekawie to brzmi. Czyżby teraz przyszła moja kolej, aby martwić się o niego?
- Nie boisz się? – zapytałem.
- Cóż – uniósł brwi – Jestem wyjątkowo szybko biegającą i kluczącą kaczką.
Zaśmiałem się, a on upił szybki, krótki łyk kawy, zupełnie jakby pił wódkę.
- Ale, ale, do rzeczy. Przybliżyłem ci jak to wygląda. Giełda, akcje, ekonomia. Muszę cię nauczyć, jak inwestować, w co inwestować i jak w tym zagrzebać i zamieszać, żeby przekręt zupełnie się udał. Jak nie dać się oszukać, a podejrzewam, że będą próbowali wiele razy. Co przejrzeć i sprawdzić, zanim coś podpiszesz. Jak odmawiać.
Czułem, że jego słowa przybrały wyjątkowo dziwny obrót. To przecież brzmiało tak, jakby on chciał… niemożliwe.
Wstał i odłożył jakąś książkę na regał.
- Dima. Mówisz tak, jakbyś chciał ze mnie zrobić swojego wspólnika… - zacząłem niepewnie.
Za pomocą jednego kroku znalazł się tuż obok i ujął w dłoń mój podbródek. Nasze spojrzenia się spotkały.
- Czy nie mówiłeś, że chcesz być najlepszy?
Speszyłem się, przypominając sobie swoje wcześniejsze, rzucone w szale, bezmyślne słowa.
- Tylko ja nie sprzedaję stanowisk za moją sympatię. To byłoby bezsensowne, nie sądzisz? Ale… obiecuję, że będziesz najlepszy.
Położyłem rękę na jego dłoni, chcąc ją z siebie ściągnąć. On jednak odebrał to inaczej i złapał mnie za palce.
- Till… Co to za mina? Coś nie tak? – dopytywał się.
- Cóż… nie pamiętasz moich lekcji z ojcem…? W gruncie rzeczy dotyczyły tego samego… tylko, dodatkowo, rzeczy prostszych.
Czułem, że głos mi drży i ogarnia mnie jakieś dziwne uczucie, więc szybkim ruchem wyrwałem mu rękę. Ten akt protestu z kolei zmieszał jego, ale tylko na kilka sekund.
- Zacznę od podstaw. Będę cię wprowadzał powoli. Zobaczysz, będzie dobrze. Tylko obawiam się, że po treningach nie będziesz w stanie przyswajać. Dlatego od teraz treningi z Jegorem masz co drugi dzień. Będzie to też dobre dla wzrostu mięśni, przynajmniej według tych współczesnych, modnych porad…
Westchnąłem, zadowolony. No, może jednak są jakieś plusy tego wszystkiego.
- To co robimy teraz? – zapytałem, z nadzieją, że resztę dnia spędzimy razem.
- Cóż, muszę to dokończyć – wskazał na papiery. – Idź teraz się najeść. I zapewne chciałbyś się umyć? Przyjdę do ciebie jak skończę.
- Dobrze – zgodziłem się z nim i powoli wstałem.
- A, Till. Służba o tej porze będzie jeszcze w kuchni. Każ im dać sobie obiad.
Skinąłem głową, chociaż nie uśmiechała mi się konfrontacja z kucharkami. Pomimo majętności ojca, nie byliśmy nigdy na tyle bogaci, aby kogoś zatrudniać. Z resztą, nie było to już tak modne jak kiedyś. W klasycznym domu Dymitra czułem się nie raz tak, jakbym się przeniósł w czasie o kilka epok. Odwróciłem się i czułem, jak wzrok jego kobaltowych oczu odprowadzał mnie aż do drzwi.
Zszedłem na sam dół. Przez uchylone drzwi dostrzegłem dwie, krzątające się kobiety. Kiedy tylko jedna z nich mnie zauważyła, uśmiechnęła się życzliwie i zbliżyła do mnie.
- Czego pan sobie życzy? – zapytała pulchna kucharka o lekko różowawych policzkach. Zastanawiałem się czy była to jej naturalna cecha czy po prostu zagrzała się przy pracy.
- Chciałbym coś zjeść… coś ciepłego – odparłem, lekko zakłopotany. Zdało mi się, że to krótkie zdanie brzmi zbyt prostacko jak na mój obecny poziom. Mimowolnie się skrzywiłem. Kucharka zapewne odebrała to jako gest zniecierpliwienia, więc gorliwie się ukłoniła i oddaliła w stronę garnków.
Przez krótką chwilę jeszcze przypatrywałem się zajętej, gorliwie przygotowującej mi posiłek, kobiecie. Pokręciłem głową do swoich myśli i mruknąłem, wciąż się dziwując:
- Rosja w Rosji…
- Mówił pan coś? – zagadnęła, myśląc, że słowa były skierowane do niej.
- Nie, nic… - odrzekłem, całkiem zaskoczony, że mnie usłyszała. – Poczekam w salonie.
Oddaliłem się w stronę zapowiedzianego pomieszczenia, pełen dziwnych, cudacznych myśli. Plac Maneżowy, turyści, obrzydle uprzejme kucharki i lody orzechowe na gałki. To nie był ten kraj, który znałem z dzieciństwa. Pomimo tego, że wszystkie dane geograficzne z pewnością się zgadzały, ja tak naprawdę… musiałem być w zupełnie innym, jakimś bajkowym i zakłamanym miejscu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz