Pierwotny adres bloga to http://www.siodmy-krag.blogspot.com/ Ta strona jest założona specjalnie na potrzeby konkursu, jako, że na wyżej wymienionym adresie opowiadanie jest umieszczane dopiero od rozdziału ósmego (wcześniej ukazywało się na pewnym portalu). Nie chcąc robić niepotrzebnego bałaganu, postanowiłam założyć tę stronę, aby wszystkie rozdziały były ułożone w porządku chronologicznym.

Na http://siodmy-krag.blogspot.com/ znajdują się komentarze czytelników jak i notki umieszczane w naturalnej częstotliwości.

Postanowiłam również ocenzurować opowiadanie, tak, aby nie zawierało scen erotycznych bądź innych niestosownych dla nieletnich odbiorców w związku z głosowaniem internautów.

wtorek, 27 września 2011

Rozdział dziewiąty


9. On i jego towarzysze

Dima przedstawił mi swoich wspólników, ale nie zwrócił na mnie uwagi. Nie zaproponował mi żadnego, nawet krótkiego wprowadzenia, czego obecnie dotyczy dyskusja. Często wręcz paranoicznie się bał, że coś może zostać odczytane z jego twarzy. W rezultacie przy innych był dla mnie bardziej oschły i zimny niż to konieczne, przynajmniej na początku.
Byłem mu jednak wdzięczny, że podjął znowu temat, aby towarzystwo przestało się interesować moją osobą.
- Sprawa nie jest prosta. Nie bagatelizowałbym jej. Może to nie to samo co w latach dziewięćdziesiątych, ale oni odzyskują siłę – powiedział.
- Ciekawi mnie, co każe ci tak sądzić – odezwał się mężczyzna o pseudonimie Godot. Chociaż był Rosjaninem, miał delikatne, nieco azjatyckie rysy twarzy. Jego imię brzmiało Stiepan. Rzadko jednak ktoś tak się do niego zwracał. Jego oczy wyrażały powagę i umiarkowaną skłonność do żartów.
- KGB i MSW są po naszej stronie – kontynuował. - Milicja także nagina się do naszych oczekiwań. Może Sołncewo było potęgą kiedyś, ale teraz… są pozbawieni jakiejkolwiek ochrony oprócz swojej własnej. Mamy służby specjalne, milicję i wojsko po naszej stronie. Czy jest więc coś, o czym… nie wiemy?
Ach, a więc znowu chodziło o Sołncewo. Godot najwyraźniej przeczuwał, że Dima wciąż nie wyjawił wszystkiego, co wie.
Iwanowicz uśmiechnął się tajemniczo.
- Czegoś ci brakuje, Godocie? – zapytał, najwyraźniej mając chęć trochę się z nim podrażnić.
- Cóż – odpowiedział. – Twoje zmartwienie musi mieć jakieś podłoże i uzasadnienie, czyż nie?
- Owszem. Myślę, że jest coś, co was zainteresuje…
Stiepan westchnął. Spoglądał chłodno z za swoich prostokątnych okularów i czekał.
- Do rzeczy, psia jego mać! – rozległ się krzyk Wasii. – Jeśli zajdzie taka potrzeba, załatwimy skurwieli. Własnymi rękami zaduszę każdego z nich. Rozdrabniacie się jak stare babuszki, panowie! Konkrety, proszę o konkrety!
Jego oczy patrzyły dziko i jakoś tak żarliwie jakby płonęły żywym ogniem. W ogóle, z całej swej postury i usposobienia przypominał wilka. Miał czarne jak węgiel, zawsze żywotne ślepia, którymi czujnie rozglądał się dookoła. Włosy sięgały mu do karku i wyglądały jak potargane przez wiatr. Nie chodził w garniturach. Swoim wyglądem, każdym gestem i słowem był całkowitym przeciwieństwem Godota. Stiepan zachowywał stonowany dystans. W rozmowie płynął wolno i ostrożnie, sprawnie omijając przeszkody i zasadzki. Mówił tak, jakby grał w karty; próbował jak najmniej powiedzieć, a jak najwięcej usłyszeć. Nie atakował dopóki nie znalazł się na wygodnej, pewnej pozycji.
Wasyl natomiast miał zupełnie inną taktykę. Działał pewnie i ofensywnie. Nie szukał dogodnych warunków; potrafił wybijać się z podłoża naprawdę niewygodnego i dosięgać do tego, czego oczekiwał. Był silny i energiczny. Oprócz tego trudno było zbić go z tropu. Chociaż jego strategia niejednokrotnie cechowała się ryzykiem i pewną dozą bezmyślności, Wasyl okazywał się w tych warunkach wyjątkowo prężny. Co może ważniejsze, kochał igranie z niebezpieczeństwem.
Spojrzałem na Dymitra. Nie wyglądał jednak na oburzonego, najwyraźniej przywykł do niepohamowanego zachowania Wasii. Godot natomiast aż skrzywił się z dezaprobaty. Nie znosił tego człowieka i nie starał się tego ukryć.
- Czasem zastanawia mnie, co pan tu robi, panie Wasylu – wtrącił ironicznym do granic możliwości głosem. – Myślenie chyba nie jest twoją mocną stroną.
Mięśnie na twarzy Wasyla zadrgały mocno. Najbardziej denerwujące nie były same słowa Godota; myślę, że bardziej do wściekłości doprowadzał szeroki uśmiech, który im towarzyszył.
- Za to bezczynność i zaduma twoją, przyjacielu – odwdzięczył się Wasia. – Może powinieneś zmienić fach? Nie zechciałbyś tak zostać filozofem?
Ich sprzeczka została przerwana przez dźwięczny, kobiecy śmiech. Na lewo, naprzeciwko mnie siedziała Marija, którą wszyscy nazywali Koshka. Była to kobieta piękna i powabna jak marzenie. Jej ogniste włosy opadały falami na wyeksponowane piersi. Miała na sobie nieco ekstrawagancką, czerwoną suknię z falbanami. Śmiała się jeszcze przez jakiś czas, ale widać było, że to śmiech szczery i naturalny. Na chwilę złapała się za głowę, aby podkreślić swoje rozbawienie.
- Drodzy panowie – odezwała się. – Czy przyszliśmy tu po to, aby oglądać jak naskakujecie na siebie niczym dwa ogiery? To nie są zawody męskości, pragnę wam przypomnieć.
Wasia podkręcił swojego długiego wąsa i wbił w nią zajadłe spojrzenie.
- Kobieta mi nie będzie tutaj rozkazywać.
- Ale ja mogę – odezwał się Dymitr. – Koshka ma rację. Nie mam zamiaru tracić czasu na wasze popisy. Możecie na siebie naskakiwać, a nawet wyzwać się na pojedynek, starym, zapomnianym zwyczajem, ale dopiero jak wyjdziecie z pokoju.
Mężczyźni zamilkli. Zauważyłem, że czują respekt przed Dymitrem. Mieli jednak ponure miny, w przeciwieństwie do Mariji. Rzuciła mi przelotne, wesołe spojrzenie. Niepewnie odwzajemniłem uśmiech.
- Przechodząc do upragnionych konkretów… - zaczął Dima. - Sołncewo zbratało się z gangami etnicznymi.
Godot drgnął na tę informację, zupełnie się jej nie spodziewając. Nie powiedział jednak nic. Obserwował i czekał, aby dowiedzieć się więcej.
- Jak to może być? – zapytała Koshka. – Kiedyś zniszczyli wszystkich etnicznych, prawdopodobnie z pomocą KGB.
- Czasy się zmieniają. Mafie nierosyjskie po latach znowu się odrodziły, a Sołncewo potrzebuje wsparcia. Jak zauważył Godot, to my mamy zagwarantowany mur ochronny, a oni mogli liczyć tylko na siebie. Teraz jest już inaczej. Nie wiem od kiedy trwają negocjacje, ale zaczęli się bratać z wieloma  gangami  z okolic byłego ZSRR. Wiele z nich zgodziło się im pomóc.
- Węzeł gordyjski? – zapytał Godot.
Dima pokręcił głową.
- Nie tylko. Znaleźli nowych sprzymierzeńców. Rosną w siłę.
Na sali zapadło milczenie. Każdy zdawał sobie sprawę, że znaleźliśmy się w dość niebezpiecznym położeniu.
Pierwszy milczenie przerwał Wasia.
- Pozostaje chyba tylko jedno wyjście… - Wasyl uśmiechnął się szeroko i jakoś tak wstrętnie. Chociaż nie dokończył swojej myśli, każdy odgadł, że chodziło mu o otwartą walkę z Sołncewem.
- Obawiam się, że masz rację – przytaknął mu Dima.
Inni poderwali ku niemu głowy, całkowicie zszokowani, że się zgodził.
- Co ty sugerujesz, Iwanowicz? – zapytał Godot.– Nie powinniśmy mieszać się w to zbyt ofensywnie. Takie zagrywki nic dobrego nie przynoszą. Stracimy tylko siłę, a nic nie zyskamy. Doradzałbym raczej jakiś fortel.
- Gdybyśmy zabili przywódcę… Powstałby chaos. Prawdopodobnie nie pozbieraliby się z tego zbyt prędko i wtedy mielibyśmy okazję, aby ich zniszczyć. Ostatecznie – Wasia mruknął w zamyśleniu.
- Nie wydaje mi się – odezwała się Koshka – Sołncewo to nie jakaś tam monarchia. Jak jednego zestrzelilibyśmy z najwyższego stanowiska, natychmiast wsadziliby tam kogoś innego. Czymś tak potężnym nigdy nie rządzi jeden człowiek.
Tak jak u nas, pomyślałem. Mimo to Dima miał szacunek u swoich doradców i nikt nie próbował go obalić. Czyżby powodem był tylko szacunek…? Jeśli nie, to co jeszcze? Strach?
- Jest tylko jedne, możliwe zakończenie tej sprawy – odezwał się głos z końca stołu. – Wojna kryminalna.
Głos był nieco skrzekliwy i już po chwili przypomniałem sobie, że jego właściciel nazywał się Iwan. Człowiek ten wyglądał tak, że wystarczyło raz na niego spojrzeć, aby już nigdy go nie zapomnieć. Miał krótkie, ciemne włosy, które odstawały mu zabawnie w jednym miejscu. Nie wyglądał jednak na komicznego osobnika. Patrzył po nas wszystkich zimnymi, niebieskimi oczyma, w których czaiło się coś na kształt wrogiej dzikości. Jego wąskie, jakby wykrzywione w grymasie usta okalała bródka, w lekko miedzianym, jaśniejszym niż jego włosy, odcieniu. Był niskim, bardzo drobnym człowiekiem, ale pomimo tego roztaczał wokół siebie nieprzyjemną, chłodną aurę. Uniósł swoje krzaczaste, obszerne brwi i lekko, jakby w zamyśleniu, pokiwał głową. Nie mówił wiele. Różnił się zasadniczo zarówno od Wasii jak i od Godota. Nie atakował, nie pertraktował, tylko siedział i milczał. Jego charakter i intencje pozostawały nieodgadnione. Kiedy coś mówił, nie dało się uchwycić jego opinii. Wysuwał sugestie i wnioski, ale nigdy nie ujawniał swojego zdania.
- Nie wiem, czy to dobre posunięcie – mruknął Godot. – Jeśli faktycznie mają tylu sprzymierzeńców, możemy się ugiąć pod ich naporem. Proponowałbym raczej podejście ich od tyłu, jeśli to tylko możliwe.
- Zobaczymy, co da się zrobić – odparł Dymitr. – Trzeba jednak pamiętać, że Sołncewo zapewne nieustannie nadstawia oczu i uszu. Nigdy nie wybaczą nam odebrania pozycji i wpływów. Gdy ich sytuacja znacznie się polepszy, pierwsze co zrobią, to atak na nas. Wtedy nie będzie już okazji na żadne podchody.
Uderzyła mnie pewna myśl. Przez chwilę zawahałem się czy wypowiedzieć ją na głos czy lepiej siedzieć cicho. Nie chciałem jednak sprawiać wrażenia, jakbym był tam za karę i pomimo obaw, przemogłem się.
- Zastanawia mnie jedna rzecz.
To, że zabrałem głos wywołało większe poruszenie niż bym się tego spodziewał. Wasia zdziwiony rozejrzał się, jakby zdążył już zupełnie zapomnieć o mojej obecności. Godot wbił we mnie natarczywy, ostry wzrok, zastanawiając się z kim ma do czynienia. Koshka znów przeniosła na mnie swoje szelmowskie, ciekawskie spojrzenie. Iwan i Dima mieli neutralne miny, nie wyrażające żadnych emocji. Teraz mogę powiedzieć, że najlepiej znali zasady gry. Potrafili nie odsłaniać się zbytnio.
Przełknąłem ślinę i kontynuowałem.
- Dlaczego pomniejsze gangi przyłączyły się do Sołncewa? Odnieśliby znacznie większy zysk, gdyby pozostali w sprzymierzeniu z wami. Zamiast tego zawierają sojusz z podupadającym Sołncewem. Jakie korzyści z tego mają?
Dima już otworzył usta, żeby się wypowiedzieć, ale Koshka go uprzedziła.
- Mafia moskiewska nie zamierza współpracować z etnicznymi czy nawet z jakimiś małymi, rosyjskimi jednostkami. Po pierwsze, sojusz z imigrantami byłby dla nas niezwykle uwłaszczający. Po drugie, nie targujemy się z każdym, kto do nas przyjdzie „po prośbie”, tylko z tymi, którzy mogą nam zagwarantować znaczne zyski. Pozostaje jeszcze propaganda. Już mogę wyobrazić sobie te hasła, które oferują etnicznym wolność, równość i bezinteresowną pomoc, gdy tylko Sołncewo odzyska pozycję.
Nerwowo zastukałem palcami o blat. Nie byłem przyzwyczajony do takich rozmów, a chciałem dobrze wypaść.
- I wierzą w to wszystko? – zdziwiłem się.
- Chcą wierzyć. Ludzie zawsze wierzą w to, w co chcą wierzyć.
Zamilkłem, a kobieta zmrużyła swoje zielone, kocie oczy. Miała tajemnicze spojrzenie i nie sposób było odgadnąć jej myśli.
- Apeluję do was o czujność – odezwał się Dymitr. – Tak samo do was jak i do wszystkich urzędników, pośredników i funkcjonariuszy. Cała siatka wywiadowcza jest w pogotowiu. Gdy tylko pojawią się nowe informacje, wy pierwsi je uzyskacie. Ale bądźcie ostrożni. Nie wiadomo, kiedy zdecydują się na pierwszy ruch.
- A ty, Iwanowicz? Nie planujesz już jakichś kroków, żeby zapobiec ich wzrostowi? – zapytał Godot. – Gdybyśmy to my wykonali pierwszy ruch, wypadłoby to dla nas bardzo korzystnie.
- Dobrze wiesz, że nie mają stałej siedziby. Od kiedy uciekli z Moskwy, ukrywają się i zmieniają położenie jak kanałowe szczury. Trudna sprawa. Rzecz jasna wykonam ruch przed nimi, jeśli tylko będzie to możliwe.
- Gdyby tylko któryś z nich wpadł w moje łapy… - Wasia znów się uśmiechnął w ten charakterystyczny, wywołujący dreszcze, sposób. – Zapewniam, że wyśpiewałby wszystko.
- I właśnie to zadanie ci zlecam.
Wasia pokiwał tylko głową, jakby właśnie tego się spodziewał.
- Będziesz informowany na bieżąco, gdzie ostatnio byli widziani. Schwytasz jednego z nich. Chcę go mieć tutaj. Ma oddychać.
Wasia zaśmiał się paskudnie. Pomysł całkowicie przypadł mu do gustu.
- Gdybyśmy mieli tam szpiega, rzecz byłaby znacznie prostsza. Na razie możemy tylko ich obserwować z zewnątrz, a to nie wystarczające. Jeśli uda nam się ich zlokalizować, będzie można wpuścić kogoś do środka. Z pewnością werbują ludzi.
Rozmowę przerwało pukanie do drzwi. Weszła służąca z zapytaniem, co podać. Po chwili na stole pojawiła się butelka koniaku i whisky, obie w pojemnikach z lodem. Najwyraźniej przyszedł czas na mocniejsze drinki. Napiłem się whisky, wyczuwając na sobie kobiece spojrzenie. Nie podniosłem wzroku. Czego chciała ode mnie?
- Myślę, że tę sprawę można już zamknąć. Chciałbym teraz omówić biznes, który mam na oku – odezwał się, pijąc ze smakiem.
- Co mianowicie? – zaciekawiła się Koshka.
- Hotel Ritz-Carlton.
Iwan mruknął z aprobatą, nie powiedział jednak ani słowa. Jak już wspomniałem, nie był rozmownym człowiekiem.
Później Dima mi wytłumaczył, że Ritz-Carlton przynosił miliardowe zyski. Był to jeden z najbogatszych hoteli świata, chętnie odwiedzany zakątek przez miliarderów. Prezentował sobą szczyt ekstrawagancji i miał w zanadrzu niejedną pokusę na marnotrawstwo olbrzymich pieniędzy. Aby podać przykład, mogę wymienić apartament prezydencki z kuloodporną jadalnią. Lubili z niej korzystać bogacze niekoniecznie obawiający się rychłego zamachu na swoje życie.
- Właściciel nazywa się Aliszer Isajew. Zaproponujemy mu „współpracę” – Dima uśmiechnął się przy ostatnim słowie.
- Na jaki układ liczysz? – zapytał Godot.
- Zaproponuję osiemdziesiąt procent zysków dla nas, po czym łaskawie dam się przekonać na siedemdziesiąt.
- Na jakich warunkach?
- Zyski dla nas w zamian za ochronę. W końcu to bardzo bogaty człowiek. Ma powód, aby obawiać się… nieprzyjaciół. My tylko mu pomożemy.
Rozsiadł się wygodniej na krześle, po czym lekko przechylił swojego drinka. Przez moment przypatrywał się kostkom lodu, które kazał sobie dodatkowo przynieść.
- Obecnie pan Isajew cieszy się urlopem. Gdy wróci, zaproponujemy mu spotkanie. Godot, chcę cię mieć przy sobie. Jesteś świetnym dyplomatą i potrafisz robić dobre wrażenie. Myślę, że to na tyle ze spraw ważnych.
- A co z nami? To znaczy, ze mną i z Iwanem? – dopytywała się Marija.
- Dla was na razie nie mam nic specjalnego. Bądźcie czujni. Miejcie oczy i uszy otwarte. W sumie, nie tylko wy. Wszyscy. Sołncewo to nie wróg, którego można ignorować.
Na tym skończyła się dyskusja na temat priorytetów. Przeszliśmy do szczegółów, picia drinków i polityki. Odzywałem się zdawkowo i ostrożnie. Doskonale rozumiałem, że to nie był moment na reklamowanie mojego ja. Takim postępowaniem ośmieszyłbym się tylko, więc nie próbowałem przeskakiwać samego siebie.
Wkrótce wszyscy zaczęli się zbierać do domów. Wasia i Godot oznajmili, że czas na nich, więc Dymitr poszedł ich odprowadzić do drzwi. Iwan udał się do ubikacji. W pomieszczeniu zostaliśmy tylko Koshka i ja. Kobieta stała przez moment, przyglądając się obrazowi na ścianie.
- Proszę wybaczyć – ukłoniłem się lekko i zamierzałem opuścić pomieszczenie, ale zatrzymała mnie.
- Poczekaj. Jak się nazywasz?
- Lohengrin. Till Lohengrin – odparłem, oglądając falbanki na jej sukni. Kochała przepych, to było widać na pierwszy rzut oka.
- Till – powtórzyła, jakby to krótkie, niemieckie imię sprawiło jej problem. – Dziwnie. Prawdę mówiąc, nie brzmi zbyt niemiecko. Spodziewałam się raczej czegoś w stylu Stephan, Hans czy Karl.
Uśmiechnąłem się lekko.
- Mój ojciec nazywa się Karl.
Pokiwała głową, jakby coś wspominając.
- Mój nazywał się Vladimir.
Zapadło krótkie milczenie. Rzuciła mi kolejne, taksujące spojrzenie i wcale nie próbowała tego ukryć. Wiedziałem, że mnie ocenia, ale nie spuściłem wzroku. Nie chciałem wydać się słabym czy wystraszonym. Najwyraźniej odebrała to jako zachętę, bo po chwili zmrużyła kokieteryjnie swoje szmaragdowe oczy i rzekła:
- Nie spodziewałam się, że Niemcy bywają tacy przystojni. 
Wydałem z siebie coś pomiędzy śmiechem, a parsknięciem, jednak pełnym przyjemności.
- Bywają – odparłem zadowolony.
Ciekawiło mnie czy ten brak skromności ją zrazi, ale najwyraźniej odniosłem odwrotny efekt.
- Lubię pewnych siebie mężczyzn – mruknęła z przyjemnością. – Możesz mi dolać?
Podała mi swoją szklankę po whisky. Wykonałem jej prośbę i wręczyłem jej trunek. Prawie go upuściłem, bo nagle w pomieszczeniu rozległ się głos Dimy.
- Od kiedy zostałeś lokajem w tym domu, Lohengrin? Szanowna dama rączki straciła?
Był rozdrażniony i miał papierosa w ustach. Dotąd nie widziałem jeszcze, żeby palił.
Koshka roześmiała się promiennie i upiła swojego drinka.
- Dlaczego jesteś taki spięty, Dymitrze Iwanowiczu? Aż tak cię denerwują przekomarzania Godota i Wasii? Wszystkiego musisz się doczepić?
Dima zmarszczył brwi i przez chwilę się nie odezwał. Potem, po namyśle, odparł:
- Szykują się problemy i to nie byle jakie. Nie przyprawia mnie to o radość – wytłumaczył się.
Kobieta zapatrzyła się znowu w obraz. Przedstawiał Czterech Jeźdźców Apokalipsy. Jeźdźcy byli mało widoczni. Autor skupił się bardziej na koniach; pięknych rumakach namalowanych w biegu wśród płomieni i zgliszczy.
- Doskonałe dzieło. Masz dobry gust, Iwanowiczu. I całkiem urodziwych podopiecznych. – dodała, przenosząc na mnie swoje zalotne spojrzenie.
Uśmiechnąłem się na tę uwagę. Nie dlatego, że chciałem czegoś od niej. Z przyjemnością po prostu słuchałem, gdy ktoś mnie chwalił.
- Zajmij się pracą, a nie rozpustą, kobieto. I to najlepiej teraz.
Mówił spokojnie, ale doskonale widziałem, że jest wściekły i zaczynałem rozumieć, dlaczego.
- Nie umiesz wypraszać ludzi zbyt subtelnie. Z resztą, miałam już wychodzić. Czekam tylko na Iwana. Miałam z nim coś do omówienia.
- Iwan już odjechał – krótko wyjaśnił.
- Ach, tak. W takim razie – kilkoma łykami dokończyła drinka i z lekkim trzaskiem postawiła szklankę na stole. – Do zobaczenia, Iwanowiczu. Niech Sołncewo nie spędza ci snu z powiek. Nie ma powodu, aby panikować. Cześć, Till. Nie potrzeba, aby mnie odprowadzać. Prawdę mówiąc, nie lubię tego.
Uśmiechnęła się do nas raz jeszcze i wyszła. Dima czekał na odgłos zamknięcia drzwi wyjściowych. Zanim to się stało, zaciągał się papierosem i wbijał we mnie zirytowane spojrzenie.
- „Cześć, Till” – powtórzył i przybrał taką minę, jakby przełknął coś obrzydliwego. – Kurestwa ci się zachciewa? Wystarczy ci jedną panienkę w pokoju posadzić i ślinisz się jak jakiś kundel.
Poczułem jak krew ode mnie odpływa. Zrobiło mi się okropnie zimno i spojrzałem na niego wściekły.
- O co ci w ogóle chodzi?! – wykrzyknąłem. – Przecież nic nie zrobiłem!
- Nie…? – zaciągnął się znowu i oparł o zamknięte drzwi. – Najchętniej posadziłbyś ją sobie na kolanach i słuchał jak ci prawi komplementy.
- Odbiło ci, Dima. Z resztą, co cię to obchodzi? Nie mam wobec ciebie żadnych zobowiązań tego typu – warknąłem, czując się rozjuszony i pokrzywdzony.
- Nie…?
- Odsuń się, chcę wyjść.
- Nie masz żadnych zobowiązań…?
Drgnąłem. Wyczułem, że w jego głosie czai się tłumiona furia. Złapał mnie za koszulę i uderzył mną o ścianę. Papieros wypadł mu z ręki.
- Może jeszcze zaczniesz sobie tu dziwki przyprowadzać, cholerny szczeniaku?! – wrzasnął do mnie.
Moje serce pracowało na maksymalnych obrotach i miałem w ustach posmak goryczy.
- Odpierdol się ode mnie! Co ja ci zrobiłem?! Nic nie zrobiłem! Powinienem jej powiedzieć, że nie mam od ciebie pozwolenia na słuchanie komplementów? Opamiętaj się, człowieku! – wykrzyczałem i wyrwałem się mu.
Moje dwa ostatnie zdania prawdopodobnie uświadomiły mu tę paranoję, bo znacznie złagodniał. Rozejrzał się dookoła niewidzącymi oczami. Kiedy chciałem wyjść, odezwał się:
- Czekaj, Till.
Nie miałem zamiaru wciąż go słuchać, ale złapał mnie za ramię. Spojrzałem na niego z wyrzutem.
- Wybacz – odparł i pogłaskał mnie po policzku. – Po prostu trudno mi było na to patrzeć.
- Na co? Jak nalewam jej whisky? – parsknąłem.
- Przysłuchiwałem się waszej rozmowie. Dlaczego byłeś dla niej taki przystępny?
Jego dłoń wciąż błądziła po mojej twarzy, co nieco mnie uspokajało, a zarazem nie pozwalało się skupić.
- Bo mnie chwaliła. Jestem miły dla każdego, kto to robi. Jestem psem na komplementy, nie na baby. Jeszcze tego nie wiesz, Dima?
Najwyraźniej zrozumiał, że mam rację, bo uspokoił się już zupełnie. Do tego spodobało mu się, że nie odtrącam jego dłoni, chociaż błądziła już po mojej szyi, a nawet ustach.
- Przyjdź zaraz do mojego biura. I czemu, na Boga, się spóźniłeś, Till? Co to miało być?
- A, to – spuściłem wzrok. Wstydziłem się odpowiedzi, ale nie chciałem go okłamywać. – Wsiadłem do niewłaściwego autobusu.
Zaśmiał się lekko i poczochrał mi włosy. Najwyraźniej zdążył już zapomnieć, że minutę temu trzaskał mną o ścianę. Mi jednak ten pokaz dominacji nie wyparował tak szybko z pamięci. Już drugi raz się z tym spotkałem w niedługim odstępie czasowym. Stanowiło to dla mnie coś nowego w jego zachowaniu, czego wcześniej nie znałem. Przyszedł mi do głowy pewien bardzo znaczący fakt, o którym do tej pory nie pomyślałem. Kiedy się rozstaliśmy był praktycznie w moim obecnym wieku. Teraz niewiele mu brakowało do trzydziestki. Nic dziwnego, że się zmienił i że mogłem czegoś o nim nie wiedzieć. Na przykład tego, że bywał chorobliwie gwałtownym, paranoicznym zazdrośnikiem.

 ***
Mijały kolejne dni. Zbliżał się kwiecień, a wraz z nim słodki, orzeźwiający zapach wiosny. Nadchodziła ona szybciej niż zwykle, co stanowiło zaskakującą, ale bardzo pozytywną odmianę. Niebo coraz częściej przybierało jasną, błękitną barwę, a drzewa i krzewy zaczęły rodzić pąki. Dzięki tej wiosenności czy też zapachu gleby i kwiecia zdarzało mi się zapominać gdzie i po co jestem. Prawdę mówiąc, przestałem w ogóle się nad tym zastanawiać. Broń w ręku stała się czymś tak naturalnym i codziennym, że nie myślałem już do czego tak naprawdę służy, gdy celowałem do tarcz czy pustych puszek.
Coraz częściej wychodziłem z domu. Był to jeszcze ten okres, kiedy bez strachu mogłem iść do lasu czy wędrować po mieście późną porą. Nie byłem nikim ważnym czy godnym uwagi dla Sołncewa czy kogokolwiek innego. Prawdopodobnie nawet o mnie nie wiedzieli. Dymitr szkolił (nie osobiście, ale jednak) mnóstwo osób, dlaczego ja miałbym być kimś wyjątkowym?
Tak, był to bardzo dobry czas. Może nawet najlepszy w moim życiu. Moment po tym, gdy treningi przestały być taką piekielną uciążliwością i przed tym, kiedy zostałem przestępcą tak naprawdę.
Dymitr zachowywał się spokojnie. Póki co, nie dostawał żadnych złych, alarmujących wiadomości. Co ważniejsze, nie widział żadnych kobiet obok mnie, a to niezmiernie mu odpowiadało. Zauważyłem, że o mężczyzn nie był wcale zazdrosny. Prawdopodobnie obawiał się, że z natury odczuwam pociąg do płci pięknej i dostrzegał w tym zagrożenie dla siebie. Wiedział, że ma na mnie wpływ, ale najwyraźniej uznawał to za odstępstwo od reguły.
Dziwnie było o tym myśleć. Co czuł do mnie? Czy chodziło tylko o to, że chciał mieć mnie na własność tak jak swój majątek, rezydencje i samochody? Rozłożyłem się wygodniej na trawie, analizując to. Chmury łagodnie przesuwały się na  niebie. Wyglądały jak kłęby waty cukrowej. Co za kwiecień w Moskwie! Coś niesamowitego.
- Odpoczywasz po treningu? Myślałem, że pierwsze, co zrobisz, to przyjście na obiad.
Drgnąłem, słysząc nad sobą jego głos. Chwilę potem zobaczyłem jego uśmiechniętą twarz. Usiadł obok mnie.
- Tak, miałem zamiar zaraz przyjść – wyjaśniłem i ziewnąłem. – Nie wybrudzisz sobie garnituru?
- Co tam garnitur – odparł beztrosko. – Mam takich jeszcze z pięćdziesiąt.
- Tak. Ale to nie wyjdzie zbyt elegancko, gdy Król Moskwy będzie wracał do domu z brudnym tyłkiem.
Parsknął śmiechem na tę uwagę.
- Daleko do domu nie mam.
Znajdowaliśmy się w ogrodzie za rezydencją. Ogród był ogromny i bardziej  przypominał mały lasek. Dymitr cenił sobie naturalność, a nie jakieś fantazyjne,  sztuczne aranżacje.
Bez żadnych wstępów czy zapowiedzi, zaczął mnie dotykać. Początkowo nie był to dotyk nachalny czy erotyczny; po prostu głaskał mnie po włosach czy po twarzy.
- Ktoś zobaczy – syknąłem, wystraszony.
- Kto ma zobaczyć? Ochrona znajduje się na zewnątrz, a tutaj wszędzie w około są drzewa. Już ci mówiłem, że lubię prywatność.
To mnie uspokoiło. Ułożyłem się z głową na jego kolanach. Jego smukłe, długie  palce błądziły między moimi jasnymi kosmykami. Przymknąłem oczy. Wtedy właściwie nic się nie liczyło. Ani mafia, ani szkolenie się na zabójcę, ani jego mania zazdrości. Właśnie dla takich chwil jak ta przechodziłem to wszystko.
Dymitr był sprytny i kiedy bardzo chciał, potrafił się kontrolować. Wiedział, że napastliwością nic nie zdziała, więc zasięgnął innej metody. Muskał moją szyję, docierając do ucha i z powrotem. Jego delikatne pieszczoty przyspieszały mi oddech, ale bardzo się starałem, żeby nie okazać podniecenia. Chociaż nie robił właściwie nic takiego, subtelnym dotykiem czy pożądliwym spojrzeniem potrafił mnie rozpalić. Wtedy, jak gdyby nigdy nic, oddalał się. Najwyraźniej postanowił wprowadzić swoje postanowienie w czyn – chciał, żebym sam do niego przyszedł, prosić o więcej. Wizja olbrzymiej satysfakcji, którą wtedy odczuje, pozwalała mu na samokontrolę. I może coś jeszcze. Uczucie władzy, które uwielbiał ponad wszystko.
Przesunął swoją rękę z mojej szyi na klatkę piersiową.  Spojrzałem na niego błagalnymi, zamglonymi oczyma.
- Czyżbyś miał na coś ochotę? – mruknął uwodzicielsko.
Kiedy nie odpowiadałem na jego pytanie, dodał:
- Powiedz „tak” i chodźmy do domu.
- Nie – jednym ruchem poderwałem się na równe nogi.
Wciąż nie potrafiłem mu ulec. Za bardzo się bałem.
Spojrzałem na niego raz jeszcze i oddaliłem się w stronę rezydencji. Nie próbował mnie gonić. Wiedział, że osiągnął to, co zamierzał.
W duchu przeklinałem sam siebie, że znowu pozwoliłem się mu podejść. Z drugiej jednak strony, uwielbiałem te słodkie, trudne do zniesienia tortury. W drodze zmieniłem decyzję. Zamiast do rezydencji, wybrałem się do miasta. Próbowałem po drodze wyrzucić ze swojej głowy wszystkie wizje, co by się stało, gdybym mu uległ. Gdybym poprosił go o więcej. Zagryzłem wargi, czując, że w taki sposób nigdy nie zniweluję mojego podniecenia. Jakoś jednak się udało – po raz kolejny. Kupiłem bilet, zamyśliłem się nad bronią, której dziś używałem i oswobodziłem się z żądzy. Na jakiś, raczej dość krótki, czas.
Autobus jechał krótko. Do centrum miałem zaledwie kilka przystanków. Wysiadłem na Twerskiej i postanowiłem pójść coś zjeść. Byłem straszliwie głodny, a nie miałem zamiaru wracać do domu dopóki nie ochłonę. Po drodze minąłem ogromny, wspaniały budynek. Był ceglany, w odcieniach beżu i przypominał pałac. Po chwili drgnąłem, zaskoczony. Na wejściowych drzwiach widniał napis: Ritz-Carlton. Więc o tym mówił Dymitr. Jeszcze przez chwilę przyglądałem się hotelowi, po czym ruszyłem dalej przed siebie.
Z racji na mój ubiór, nie wybrałem jakiejś ekskluzywnej restauracji. Poszedłem do zwykłej knajpki, która robiła niezły interes, sprzedając posiłki za kilka rubli w przeciwieństwie do ogromnej ilości tutejszych eleganckich restauracji. Przychodzili tam wszyscy ci, którzy znaleźli się w Moskwie, nie posiadając ogromnych kwot pieniędzy.
Gdy wszedłem do środka, wnętrze wyrwało mnie z rozmyślań. Było jakieś takie… biedne i brudne. Pomimo niechęci usiadłem przy jednym ze stolików. Na Boga, jak można mieć w restauracji takie biedne i brzydkie meble? Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jak bardzo już zdążyłem się zmienić. Przecież nie tak dawno siedziałem w jeszcze gorszej knajpce razem z Klausem. Luksus uzależniał i czynił człowieka jeszcze bardziej wybrednym.
- Co podać? – zapytała kelnerka. Miała całkiem ładną twarz okoloną blond włosami. Mogłaby być bardzo urodna, gdyby przytyła z dziesięć kilo. Przeraźliwie chude stworzenie uśmiechnęło się, czekając na zamówienie.
- Poproszę soliankę – odparłem, przerzucając karty  wyjątkowo skąpego menu.
Odeszła do lady, a ja poczułem współczucie do niej i do jej nienaturalnej figury. Była bulimiczką czy miastową biedaczką? Wiedziałem, że nigdy się nie dowiem i że nie pomogę jej w żaden sposób. Wolałem nie stwarzać sobie problemów przez relacje z kobietami. Zdawałem sobie sprawę, że gdyby coś dotarło do Dymitra, zrobiłby kolejny skandal. Z resztą, nie miałem ochoty zgrywać współczesnego herosa. Z pewnością zrobiłbym z siebie idiotę, a na to także nie miałem najmniejszej chęci. W gruncie rzeczy, to nie moja sprawa.
Po dziesięciu minutach dostałem swoją zupę. W żaden jednak sposób nie przypomniała mi wspaniałego smaku z dzieciństwa. W dodatku miałem wrażenie, że została zrobiona ze starych ryb. Wywoływała we mnie obrzydzenie, podobnie jak ten nieciekawy przybytek kojarzący się z jadłodajnią dla bezdomnych. Nie dokończyłem posiłku. Wstałem od stołu, zapłaciłem i wyszedłem.
Zrozumiałem, że od kiedy dzieliłem z Dimą jego bogactwo, nie byłem już w stanie pojawiać się w takich miejscach. Jeśli coś nie zaliczało się do pierwszej klasy, po prostu wywoływało moją niechęć.
Zboczyłem z miejskich dróg w park. Potrzebowałem zacisznego miejsca, żeby się uspokoić. Wciąż byłem skołowany i widziałem przed sobą obrazy, których w tamtej chwili wcale nie miałem ochoty oglądać. Przechodziłem obok drzew i starych pomników, ale nie zatrzymywałem wzroku na niczym. Zupełnie tak jakby drzewa przechodziły obok mnie, a nie ja obok nich.
Włożyłem ręce w kieszenie. Dima wciąż próbował nagiąć mój upór, a ja wahałem się czy to dobrze. Wszystko zmierzało do romansu, a ja potrafiłem spieprzyć każdy romans. Miałem w swoim życiu kilka kobiet i zawsze się wycofywałem albo stawałem się na tyle nieznośny, obojętny i rozgoryczony, że to one odchodziły. Westchnąłem głośno. A co jeśli tym razem wyjdzie tak samo? Wyglądało jednak na to, że w żaden sposób nie mogę zaradzić wypadkom. Napięcie między nami wciąż rosło i zdawałem sobie sprawę, że rozwiązanie jest tylko jedno.
Byłem na tyle zgnębiony i przytłoczony, że nie patrzyłem, gdzie idę. Oczy miałem utkwione w swoich butach. Nie widziałem jednak butów, tylko masę wątpliwości, których nie potrafiłem rozwiać. Jednak w sensie fizycznym obchodziłem dookoła jakiś prostokątny pomnik i zachowywałem jakieś mierne pojęcie o tym fakcie.
Miałem właśnie skręcić, gdy doszedłem do rogu. Uniosłem wzrok i poczułem, ze serce mi stanęło.  Zamiast drzew w oddali, zobaczyłem jakąś strzygę kilka centymetrów przede mną. O mały włos byśmy się ze sobą zderzyli. Przerażony, odskoczyłem do tyłu i wrzasnąłem. Odruchowo złapałem się za serce. Istota przede mną również wydała z siebie piskliwy krzyk. Potrzebowałem kilku sekund, żeby zdać sobie sprawę, że to nie żadna istota diabelska, która przyszła mnie zabrać do piekielnych czeluści. Była to zwykła nastolatka, chociaż może określenie „zwykła” nie za bardzo spełnia swoją funkcję. Odziana w skąpą białą koszulkę i różową kamizelkę, patrzyła na mnie cielęco i z dziecinną radością. W jej twarzy i odsłoniętym pępku dostrzegłem kolczyki.
- Sie masz? – zapytała wesoło i klepnęła mnie w ramię swoją mandarynkową dłonią. Jej ręka musiała mieć wiele kontaktów z solarium, podobnie jak reszta jej osoby.
Osłupiały wpatrywałem się w nią, nie rozumiejąc, czego ode mnie chce.
- Czy my się znamy…? – zapytałem skonfundowany i zbity z tropu jej zachowaniem.
- Jaki lol! Ale się wystraszyłam! – krzyknęła, jednak chyba bardziej do siebie niż do mnie.
Zaśmiała się i minęła mnie, podejmując dalszą drogę. Po chwili zrobiłem to samo. Po krótkim przemyśleniu doszedłem do wniosku,  że w jej środowisku zwrot „Sie masz?” połączony z poklepywaniem, to widocznie pozdrowienie dla nieznajomych.
- A już myślałem, że Bóg mnie przeklął – mruknąłem do siebie, przypominając sobie jej zatrważający wygląd. Mandarynkowa podróbka kobiety, która myśli, że wygląda świetnie.
Pokręciłem głową, przypominając sobie mój wrzask. Świetnie, Till Lohengrin, przyszły zabójca i wspólnik mafijny, prawie doprowadzony do zawału przez piętnastolatkę. Dobrze, że nikt tego nie widział. Uznałem, że mam dość spacerów na dziś i wróciłem do domu.

***

Minąłem Afgańczyków, którzy zawsze pilnowali drzwi bez jakiegokolwiek wyrazu na ich neutralnych twarzach. Było trochę po siedemnastej. O tej porze to zawsze oni pełnili wartę, to już zdążyłem zauważyć. W jakiś irracjonalny sposób poczułem do nich sympatię i najbardziej lubiłem, kiedy to oni stali przy drzwiach. Pewnie dlatego, że po raz pierwszy przekroczyłem próg właśnie wtedy, gdy oni czuwali przy wejściu.
Bez słowa wszedłem do domu. Chciałem się skierować do kuchni, gdyż ohydna zupa wcale nie zaspokoiła mojego głodu. Zanim jednak tam dotarłem, usłyszałem głos Jegora. Zdziwiłem się. On tutaj? Co on tu robił? Podążyłem za jego głosem i wkrótce znalazłem się przy drzwiach jednego z salonów. Były uchylone, więc nie miałem trudności z usłyszeniem rozmowy.
- Dolać ci jeszcze? – usłyszałem pytanie Dymitra.
- No pewnie, Dymitrze Iwanowiczu. Ledwie co poczułem, że coś wypiłem. Toż to dobre na początek.
- A słoniny chcesz?
- A chcę, oczywiście, że chcę. To zabawne, wiesz? Mógłbyś brać kąpiele w forsie, a dalej zagryzasz słoniną.
- Nawyk z domu. Człowiek nigdy nie wyrzeknie się tego, kim się urodził. Z resztą, nawet tego nie chcę.
Rozległ się śmiech. Dlaczego właściwie ich podsłuchiwałem, co spodziewałem się usłyszeć? Robiłem to chyba z czystej ciekawości. Zastanawiało mnie także, z jakiego powodu Dima zaprosił go na wódkę.
- Uważasz się za biedaka, Iwanowicz? Toż to chyba jakiś żart.
- Nie jestem ograniczony jak biedak. Ale nie mam też mentalności arystokraty. Jestem po prostu człowiekiem, którzy dokądś doszedł. Twoje zdrowie!
Rozległ się stukot szkła, gdy wznieśli toast. Zorientowałem się, że wypili już nie mało; Jegor stał się znacznie bardziej rozmowny i przyjacielski.
- Tak, taak. Pytanie tylko; dokąd?
- Daleko. To wystarczy.
- Ach, Dymitrze, jak ty się zmieniłeś.
- Dorosłem. Po prostu dorosłem, Jegor. No i właśnie do czegoś doszedłem.
- Ale jakże ty inny byłeś od twojego podopiecznego.
Prawie się poderwałem, słysząc, że rozmowa zaczyna schodzić na mnie. Podekscytowany, z niecierpliwością oczekiwałem na jego dalsze słowa.
- To znaczy? – dopytywał się Iwanowicz.
- Byłeś butny. Bezczelny. Starałeś się pokazać, że coś znaczysz, że nie jesteś bezużyteczny. Byłeś jak tonący, który ciągle wrzeszczy, w nadziei, że zostanie zauważony i uratowany. Nie znosiłem cię. Nie znoszę takich gówniarzy.
Tym razem Dima się roześmiał, a ja zdziwiłem się, że pozwala sobie, aby Jegor odzywał się do niego w taki sposób. Najwyraźniej przy wódce przechodzili na znacznie mniej oficjalny ton.
- Byłem zdesperowany, Jegorze. I muszę przyznać, że posłużyłeś się bardzo trafnym porównaniem. Powiedz mi co z Lohengrinem; czyżby on bardziej ci się spodobał?
Jegor chyba przełknął kolejny kieliszek i odpowiedział.
- Muszę przyznać, że on nie irytuje mnie tak okropnie jak ty wtedy, Iwanowiczu! Jest inny, zupełnie, całkowicie inny! – powtórzył.
- Jaki?
- Cóż – mlasnął. – Też jest dumny i zawzięty, ale w inny sposób. Jest inny, bo nie bezczelny, tylko pokorny i milczący.
Całkowicie mnie zaskoczył. Jegor wyrażał się o mnie w pozytywny sposób? Poczułem się jakby coś mnie połechtało w wyjątkowo przyjemny sposób. Zmrużyłem oczy i słuchałem dalej.
- To dzieciak zupełnie nie przystosowany do takiego wysiłku. Kiedy go zobaczyłem, przeszło mi przez głowę, że to jakaś pomyłka. Ta delikatna budowa… Prawie jak kobieta.
Zmarszczyłem się. No to chyba nadszedł kres wysłuchiwania przyjemnych rzeczy…
- Ale gdyby kobiety takie były, to każda mogłaby zostać żołnierzem!
… a może jednak nie.
- Co masz na myśli? – interesował się jego współrozmówca.
- Szczeniak na początku był słaby i nieporadny jak mucha. Ale ani razu się nie poskarżył. Początkujący może nie robią jakichś scen, ale często stwierdzają, że już nie mogą, że nie dadzą rady. Z resztą, na pewno pamiętasz. I to nie byle jacy, kawał chłopa! Te treningi to istny terror, a co dopiero dla nieprzystosowanego do wysiłku organizmu. A Lohengrin… wył i płakał, to trzeba przyznać, ale… nigdy się nie poskarżył. Nieraz padał na pysk i to dosłownie, ale nie stwierdził, że już nie podoła. Ma niezwykłą wolę i… samodyscyplinę. Jego ciało staje się coraz silniejsze. To jeszcze długa droga, ale… myślę, że ma potencjał.
Dopiero kiedy skończył mówić, zdałem sobie sprawę, że się uśmiecham. Łzy wzruszenia stanęły mi w oczach i w tej chwili pomyślałem, że kocham poczciwego Jegora. Miałem ochotę przyjacielsko poklepać go po jego ogolonej czaszce i wychylić z nim butelkę wódki.
- Od początku wiedziałem, że przypadł ci do gustu – stwierdził Dima.
- Co? Skąd niby?
- Po pierwszym treningu wspomniał mimochodem, że poczęstowałeś go wodą. Budzący postrach Jegor, potwór z Ukrainy, miłosiernie częstujący spragnionych! To dopiero wydarzenie! – zaśmiał się Dima.
- A tam! – warknął Jegor, najwyraźniej niezadowolony, że jego dobry uczynek wyszedł na jaw. – Ten syneczek wyglądał tak jakby miał skonać. Był taki słaby, a jednocześnie taki silny. Rozumiesz, o czym mówię, Iwanowiczu? Był chorobliwe zdeterminowany. Tak jak ty, ale w inny sposób.
- Ach tak – mruknął tylko Dima. Jego głos zadrżał lekko, jakby był wzruszony tą wiadomością.
- Początkowo byłem sceptyczny. Myślałem, że wymięknie po jakimś czasie. Ale jak dotąd nic z tych rzeczy.
Nastąpiła chwila milczenia, ale ja wiedziałem, że nie potrzebuję już usłyszeć niczego więcej. Byłem szczerze poruszony i zaskoczony słowami Jegora. Rzecz jasna, przy mnie nie okazywał mi takiego entuzjazmu. Zawsze był surowy i nieprzyjemny. Nigdy mnie nie chwalił. Tym większa była moja radość, gdy usłyszałem tyle dobrego na swój temat.
- A nie tak dawno byłeś jeszcze zaniepokojony o jego uwarunkowania – przypomniał Dima.
- Bez potrzeby. On przełamuje te uwarunkowania. Jego sylwetka się zmieniła, zauważyłeś?
- Tak, zwróciłem uwagę.
No w to, to nie wątpię, pomyślałem z krzywym, lekko ironicznym uśmiechem.
- W końcu wygląda jak chłop, a nie jak jakiś gryzipiórek! Ale nadgarstki to dalej ma cieńsze od mojej żony.
Podskoczyłem tak, że prawie wpadłem na drzwi. Nie chodziło jednak o irytującą uwagę na temat nadgarstków, tylko… Jaką żonę?! Jegor ma żonę?! Nigdy w życiu bym się tego nie spodziewał!
 - Niemożliwe, twoja żona jest taka mała i drobna. Przesadzasz, Jegorze. Till to nie aż takie chuchro. W porównaniu do ciebie każdy jest postury kobiety czy nawet dziecka.
Drgnąłem. Zwykle nie nazywał mnie w czyjejś obecności po imieniu. Jegor jednak nie zwrócił na to uwagi, wciąż przejęty wydawaniem swojej oceny.
- Ach, nie ważne! No ale o tej jego figurze! To właśnie efekt ciężkiego zapierdolu, przyjacielu. Bardzo szybko wyrobił sobie rzeźbę. Aaa, i jeszcze jedna rzecz. Podejrzewałem, że skurczybyk mógł wtedy podsłuchiwać, dlatego nie chciałem być zbyt pochlebny. Jeszcze psubrat spocznie na laurach.
Skrzywiłem się. Jegor miał dziwną manierę mówienia o mnie obelgami, jednak w jakiś pozytywny, może nawet lekko pieszczotliwy sposób. Słuchało się tego bardzo ambiwalentnie.
No tak, podsłuchiwanie. Trzeba przyznać, że chyba miałem do tego zapędy.
- Pochwal go czasem, będzie mu przyjemnie. On to bardzo lubi – mruknął, po czym nastąpiła krótka przerwa. – Flaszka się skończyła.
- Och. A nie ma kolejnej?
- Oczywiście, że jest.
Niczego już nie chciałem usłyszeć. Uszczęśliwiony jak dziecko, udałem się do siebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz