Pierwotny adres bloga to http://www.siodmy-krag.blogspot.com/ Ta strona jest założona specjalnie na potrzeby konkursu, jako, że na wyżej wymienionym adresie opowiadanie jest umieszczane dopiero od rozdziału ósmego (wcześniej ukazywało się na pewnym portalu). Nie chcąc robić niepotrzebnego bałaganu, postanowiłam założyć tę stronę, aby wszystkie rozdziały były ułożone w porządku chronologicznym.

Na http://siodmy-krag.blogspot.com/ znajdują się komentarze czytelników jak i notki umieszczane w naturalnej częstotliwości.

Postanowiłam również ocenzurować opowiadanie, tak, aby nie zawierało scen erotycznych bądź innych niestosownych dla nieletnich odbiorców w związku z głosowaniem internautów.

środa, 28 września 2011

Rozdział dziesiąty



10. Rozwój

Uniosłem topór, zamachnąłem się i uderzyłem. Kawałek drewna rozleciał się na pół.
- Niezłe masz oko, Lohengrin! – zakrzyknął Wasia. – Tak trzymać, tylko nogi sobie nie odrąb.
Uśmiechnąłem się do Wasyla, w sposób, którym chciałem mu zasugerować, że nie jestem idiotą. Otarłem pot z czoła i położyłem na pieńku kolejny kawałek drewna.
- Ile jeszcze chcesz mieć tego drewna na opał? – zapytałem.
- Hmm, no cóż… Przydałyby się większe zapasy. Wiesz, to cholerna upierdliwość, kiedy chcę sobie rozpalić w piecu, a nic pod ręką!
Pokiwałem głową. Wytarłem się moim bezrękawnikiem, który leżał nieopodal. Słońce prażyło niemiłosiernie.
- Niezły czerwiec, co? My tu  nieprzyzwyczajeni do takiej pogody, co to, to nie!
- Domyślam się… - zgodziłem się z towarzyszem.
On sam także rąbał drewno, żeby praca poszła prędzej.
- A co z tym dachem? – zapytałem. – Jak myślisz, ile czasu potrzebujemy, żeby to skończyć?
- Jeszcze góra dwa dni, tak myślę – odparł i wziąwszy przykład ze mnie, też zdjął górną część swojego ubrania. – Szybko załapałeś o co chodzi z tym ocieplaniem, to powinno pójść sprawnie. Ale czekaj, stary, czekaj…! Czy twój oddział przypadkiem nie ma jutro treningu?
Zmarszczyłem brwi. No tak, jutro była środa.
- Zgadza się – przytaknąłem. – Ale przecież nie zejdzie na to cały dzień.
- Ech, psia kość! To dwa dni mogą się okazać niewystarczające. Najwyżej zostaniesz tu jeszcze trzy.
Skinąłem głową. Chwilę pracowaliśmy w milczeniu, ale Wasia nigdy nie wytrzymywał zbyt długo.
- Który to oddział, co, Till? Jakiś jeden z lepszych?
Skrzywiłem się lekko. Wasia wciąż nie umiał się zdecydować czy mówić mi po imieniu czy nazwisko, w związku z czym używał obu form, zależnie od nastroju.
- Dobry…? Nie najgorszy. Myślę, że przeciętny.
- Podaj numer, cholera! – zniecierpliwił się.
- V12.
- Aaaa V12 – powtórzył zamyślony. – Miałem w nim dobrego kumpla.
- Miałeś? – dopytałem się, rozwalając na pół kolejny kawałek drewna.
- Zginął w akcji. Jakieś pół roku temu. A dziarski chłop z niego był, to trzeba przyznać! Zawsze graliśmy w karty.
- I kto wygrywał? – zapytałem, chociaż niewiele mnie to interesowało.
- Różnie. Ale zawsze kantowaliśmy. Ten, który pierwszy przyłapał tego drugiego, zawsze robił aferę – zaśmiał się. – To były czasy.
- Twój najlepszy przyjaciel? – podsunąłem, tym razem bardziej zaciekawiony.
- Nie, niee. Tutaj nie można sobie pozwolić na coś takiego jak przyjaciel. Potem jak ktoś ginie, człowiek mięknie jak galareta. Ja nie mogę być jak galareta, stary, sam rozumiesz! – zakrzyknął i poklepał mnie po ramieniu.
Klepnięcie to chyba miało zaakcentować, że do galarety to rzeczywiście mu daleko.
- A Michalina? Przecież to nawet więcej niż przyjaciel, no nie? – zasugerowałem ostrożnie, rozmasowując sobie bark.
- Ach! – lekceważąco machnął ręką. – Michalina! – zamachnął się znowu, jednak tym razem toporem. Rozsądnie odsunąłem się na bok.
- Baby, Till! Baby! – tym razem jego żywa gestykulacja z toporem uzmysłowiła mi, że zachowanie należytej odległości jest niezbędne. – Jej rodzice chcą wracać do Polski. I ja mam w tym pomóc! Co ja mam z tym wspólnego? Po co tu przyjeżdżali, jak teraz znowu chcą wracać? Nic z tego nie rozumiem!
- Przecież to chyba nie taki problem, co? – mruknąłem, lokując na pieńku kolejny kawał drewna.
- Ach, ale to angażowanie! Czemu mam coś robić za nią! Z resztą to brudna sprawa, ponoć mają jakiś problem z przejściem przez granicę… Rzecz trzeba zrobić po cichu. Zastanawia mnie co takiego zmalowali w tej Polsce. No, nieważne. Spójrz na ten dach. Zupełnie zapomniałem, że jeszcze przecieka w tym miejscu. O, o, widzisz? Tam!
Przybliżyłem się do niego, żeby zobaczyć wskazywany punkt z jego perspektywy. Zobaczyłem owe miejsce, ale tknęło mnie coś innego. Sprawa, nad którą zastanawiałem się już kilka dni, ale do tej pory krępowałem się zapytać.
Przesunąłem swoje spojrzenie po chatce Wasi, całkiem przyzwoitej, ale również zupełnie wiejskiej i zwyczajnej chatce. Takiej, w której należało ocieplić dach. Za domem znajdował się mały ogródek, gdzie Michalina sadziła warzywa.
- Słuchaj, Wasia… - zacząłem, lekko skrępowany. Zaciąłem się i wypadło to tak, jakbym naprawdę chciał powiedzieć coś wstydliwego.
- Ooo. Rozumiem – odparł Wasyl i pokiwał głową ze zrozumieniem.
Spojrzałem na niego zszokowany.
- Jak to rozumiesz, skoro ja jeszcze nic nie powiedziałem?!
- Ale widzę to po twojej mordzie, stary. Brakuje ci czegoś, co? Mogę ci tu przyprowadzić jakąś. Tylko wolisz brunetki czy blondynki?
- Ależ nie o to chodzi! – naskoczyłem na niego. Wasyl był człowiekiem, któremu do pełni szczęścia wystarczały pełna butelka i chętna kobieta. Czasem wydawało mu się, że każdy funkcjonuje w ten sam sposób.
- Chciałem tylko zadać ci pytanie – aby uniknąć dalszych nieporozumień, od razu kontynuowałem. – Powiedz mi… po co ci ta cała brudna robota, skoro… ty właściwie niczego nie potrzebujesz? Mieszkasz w domku w lesie, nie pragniesz żadnych wygód, chyba też nie ciągnie cię do władzy.
Spojrzałem na niego, niepewny jak zareaguje na te dość osobiste pytanie. Przez głowę Wasyla chyba jednak nie przeszło, że pytam o coś osobistego. Był pozbawiony jakiegokolwiek dystansu, a zarazem, niestety, jakiegokolwiek taktu.
- Ach, Lohengrin! Dzieci! Moje dziecka! Muszę dawać forsę na nie wszystkie.
Wytrzeszczyłem na niego oczy.
- Co? Jakie dzieci? O czym ty mówisz?
- Mam dziesięć córek.
Szok był tak wielki, że upuściłem topór, który boleśnie upadł mi na stopę. Na szczęście, nie ostrą stroną.  Zgiąłem się w pół z bólu.
- O Scheiße… Verfluchtes Biest! Ochh…
- O, widzę, że cię zaskoczyłem! Heh, no jakoś to tak wyszło… - mruknął i się zaśmiał.
- Dziesięć… - powtórzyłem. – Mógłbyś założyć własny klan.
- No, ale kontynuując! Widzisz, ja nie potrzebuję żadnej forsy poza tym. Ale trzeba mi także jakichś wpływów. Pomyśl sobie, gdyby te wszystkie baby odnalazły mój dom i rzuciły się na niego gromadą! Przecież wbiłyby mnie na pal. Ach, baby! Z nimi jest źle, a bez nich jeszcze gorzej. No i co tu zrobić, co począć? Przecież bez nich to… nie da się żyć!
Wasyl był bardzo pocieszny w tym swoim monologu. Patrzyłem na niego roześmiany i z uciechą obserwowałem jego rozliczenie z płcią niewieścią.
- A przecież nie pozabijam biednych bab! Co innego w akcji, misje wymagają ofiar. Ale od tak sobie, żeby nie słuchać ich gderania? Nie, co to, to nie.
- Tak, tak, rozumiem. Ale nie przyszło ci do głowy, żeby… urządzić się jak Iwanowicz? Albo coś w tym stylu?
- A tam! – znowu machnął toporem, co miało zastąpić machnięcie ręką. – Mi tam niepotrzebne takie zbytki. Ja kocham naturę, Till. Kocham mój dom, remontowanie go i polowania. A co do „brudnej roboty”, jak to określiłeś, to… ja to uwielbiam! Kocham się bić, brać udział w takich rzeczach. Spokojne życie jest dobre dla dziadków.
Poczułem jak szarpnął mną dreszcz. Ten człowiek właśnie przyznał, że uwielbia zabijać.
- Chłopcy, obiad gotowy! – krzyk Michaliny przerwał moje rozmyślania.
W gruncie rzeczy byłem jej wdzięczny, że to zrobiła. Wolałem nie psuć sobie nastroju takimi spostrzeżeniami. Szybko wyrzuciłem je z głowy.
- O, ciekawe, co tam dziś upichciła! – ucieszył się Wasia i odłożył topór.
Michalina była drobną Polką z długimi, prostymi włosami o kolorze słomy. Zawsze nosiła zwiewne, skromne sukienki, które, w gruncie rzeczy, bardzo do niej pasowały.
- Jak ja tak patrzę, to wy więcej gadacie niż pracujecie! Zupełnie jak dwie przekupki – zaśmiała się i poczochrała Wasyla po włosach.
- Ty mi, kobieto, obiadu daj! – złapał ją za jej kibić i silnymi rękoma przeniósł ją w stronę garnków.
Chwilę potem wszyscy siedzieliśmy przy małym, okrągłym stole.
- Czemu znowu krokiety? Ile razy w tygodniu można to jeść? – zirytował się Wasia. Jego zdenerwowanie nie było jednak poważne; raczej pełne humoru, jak cała jego postać.
- A co innego można zrobić z kapusty, rozbójniku? Przynieś mi coś innego, to też obiady będą bardziej urozmaicone!
Pomyślałem, że bardzo do siebie pasują, gdy tak słuchałem ich rozbrajających rozmów. Zastanawiałem się czy Michalina zostanie w przyszłości kolejną dzieciatą kobietą, która zechce wbić ojca na pal.
- Ach, ale kiedy mam to zrobić? Razem z Tillem dach ocieplamy.
- Ale tobie smakują, co, Till? – upewniła się kobieta.
Energicznie pokiwałem głową, przeżuwając.
- Są przepyszne – stwierdziłem.
- Zaraz, zaraz! Ja nie powiedziałem, że mi nie smakują! – oburzył się Wasyl.
Przedrzeźniali się jeszcze trochę, po czym Michalina zwróciła się do mnie.
- Till, jak teraz jest w Niemczech?
- Dobrze. Bardzo dobrze dla emigrantów. Może niech twoi rodzice tam się wybiorą? – poleciłem jej.
- Ach, nie. Oni koniecznie chcą wracać do swoich – zakomunikowała.
- A ty nie wybierasz się z nimi? – zaciekawiłem się.
Jej mina stężała. Wasia też jakoś dziwnie spoważniał. Zrozumiałem, że o czymś mi nie mówili i że nie miałem o tym wiedzieć.
- Nie ważne. Zmieńmy temat – podsunąłem pierwszy, widząc ich zmieszanie.
Od razu znów stali się jacyś pogodniejsi, nie tacy spięci.
- No dobrze – pierwszy zaczął Wasia. – To kiedy Iwanowicz wraca? Dał ci znać?
- Powinien być za cztery dni – odparłem. – Tak, wtedy mija równy miesiąc, jak go nie ma. Nie sadzę, żeby zostawał dłużej.
- Ha! Wiesz, kiedy przyszedłem kilka dni temu do jego rezydencji, nie spodziewałem się, że zwerbuję cię do robót remontowych! W sumie zapytałem o to tak spontanicznie, nie zastanawiając się nawet czy się zgodzisz.
Uśmiechnąłem się. Przypomniałem sobie jak Wasia, jak zawsze pełen energii i braku zorganizowania, pojawił się przed frontowymi drzwiami. Miał jakąś sprawę do omówienia z Dymitrem. Niestety, przyszedł jakiś tydzień za wcześnie; Dima od miesiąca przebywał w Petersburgu. Załatwiał tam jakieś poważne interesy.
Zaprosiłem wtedy Wasyla do środka, nie chcąc być niegościnnym. Kiedy zaczął nawijać jak najęty, że potrzebowałby kogoś do pomocy przy ocieplaniu dachu, entuzjastycznie zgłosiłem się na ochotnika. Tęskniłem za Dymitrem i ucieszyłem się, że nadarzyła się okazja, abym mógł wypełnić sobie czymś czas.
- Żaden problem – odparłem do towarzysza.
Wasyl miał naturę zabijaki, ale przy mnie i Michalinie to raczej wesołość dominowała nad jego cholerycznym usposobieniem.
Podkręcił swojego wąsa i rozejrzał się po naszych twarzach.
- Kurza twarz, zupełnie jak na jakimś spotkaniu międzynarodowym. Każdy przy stoliku skądinąd.
Spojrzeliśmy na siebie z Michaliną z zaskoczeniem, dopiero teraz to zauważając.
- No faktycznie, wcześniej nie pomyślałem o tym – przyznałem.
- Lohengrin, proponuję rozbiór Polski. Ja bardzo lubię ją rozbierać – stwierdził radośnie i próbował rozpinać guziki w sukience dziewczyny. Przy tej zabawie dobierał się do niej łagodnie, dotykając ją tu i ówdzie. Michalina śmiała się, zadowolona z jego zainteresowania, ale nie zaprzestała stanowczo go odpychać.
- Jak ty się zachowujesz, barbarzyńco? Mamy gościa!
- Jestem jej zdania – wsparłem ją, odwracając wzrok od ich poczynań. Zawsze wprawiało mnie w ogromne zakłopotanie, gdy inni ludzie się przy mnie obmacywali.
- Ho, ho, no tak! Szanowny Szwab zamierza zostać duchownym! Kobiety mu nie w głowie! Będzie Krzyżakiem! – zakrzyknął.
- To prawda, Till? – zapytała Michalina, wciąż rozbawiona.
- A co też – odparłem, kończąc krokieta. – Głupoty opowiada! 
- Jak zawsze – zaśmiała się i zaborczo poczochrała go po włosach.
Rozmawialiśmy jeszcze trochę, a potem nadszedł czas na poobiedni odpoczynek. Zaszyłem się w swoim tymczasowym pokoju, aby nieco się odprężyć. Zwaliłem się na łóżko, nie bacząc na swoje brudne spodnie. Bezrękawnik został gdzieś przy toporze, ale nie zamierzałem się kłopotać szukaniem go. Za jakąś godzinę zapewne znowu przystąpimy do pracy.
Rozłożyłem się wygodnie. Czułem, że zaczyna mnie morzyć sen. Po południu zawsze najłatwiej mi się zasypiało. Już prawie bym usnął, gdy nagle mój telefon zadrgał natarczywie. Wyciągnąłem go z kieszeni i odczytałem SMS-a. Był od Arsena, chłopaka z mojego oddziału. Napisał mi: „Jutrzejszy trening odbędzie się dwie godziny później, ale zakończy się normalnie. Porucznik ma coś do załatwienia”. Podziękowałem mu na informację i odłożyłem komórkę.
Arsen był moim najbliższym towarzyszem w V12. Nie kolegą ani przyjacielem, ale wiedziałem, że można na nim polegać. Gdy ćwiczenia wymagały partnera, zwykle dobieraliśmy się razem. Byliśmy podobnej wagi i wzrostu, co stanowczo ułatwiało wykonywanie ich.
Westchnąłem, namyślając się nad obecnymi treningami. Byłem wdzięczny Dimie, że zorganizował to właśnie tak; że najpierw przydzielił mi Jegora, a nie wrzucił mnie w oddział. Z pewnością szybko bym poległ.
Trochę tęskniłem za treningami z Jegorem. Po tym, jak podsłuchałem jego rozmowę z Dymitrem, nabrałem ogromnego rozmachu. Starałem się dziesięć razy bardziej niż dotychczas, a czasem nawet trenowałem sam również w weekendy. To sprawiło, że nie potrzebowałem już bardzo wiele czasu, aby dorównać do przeciętnej.
Przypomniałem sobie pewien przełomowy trening, gdy po raz pierwszy udało mi się dosięgnąć Jegora w walce. Nigdy w życiu chyba nie zapomnę tej satysfakcji, gdy moja pięść gładko weszła w jego szczękę. Głowa Jegora odskoczyła w bok pod wpływem ciosu. Byłem na tyle podekscytowany i zaskoczony, że aż zaprzestałem dalszej walki, tylko stanąłem jak wryty. To samo tyczyło się Jegora. Chociaż cios był słaby i niezbyt profesjonalny, udało mi się przełamać jego ochronę absolutną.
- No, no, no – powiedział wtedy po chwili milczenia. Pokiwał głową z uznaniem.
- Syneczku – zaczął. – Rezultaty zaczynają być namacalne. Ośmielam się stwierdzić, że nie zmarnowałeś mojego i swojego czasu.
Chociaż słyszałem w życiu już dużo pochwał czy komplementów, ta była najpiękniejszą w moim dotychczasowym życiu.
Skinąłem tylko głową z uśmiechem, nie potrafiąc nic mu odpowiedzieć.
Po tym wydarzeniu nie minęło wiele czasu, kiedy Jegor uznał, że najwyższa pora zakończyć indywidualny trening. Wyrobił we mnie siłę, zręczność i wytrzymałość na poziomie zadowalającym. W związku z tym stwierdził, że najwyższy czas zacząć szkolić się w oddziale, jak wszyscy. Uznał, że muszę się nauczyć pracować w grupie, co może być kluczowe, żeby przeżyć. Oprócz tego zapewnił mnie, że duch rywalizacji wpłynie pozytywnie na moją motywację. Po dyskusji z Dimą, postanowili przydzielić mnie do V12 – oddziału składającego się z czterdziestu dziewięciu mężczyzn i jednej kobiety mniej więcej na moim poziomie. Był to oddział tymczasowy, przeznaczony dla nowych rekrutów. Jednak, póki co, nie zastanawiałem się, co będzie dalej.

***

Tak jak uznał Wasyl, ocieplanie dachu szło nam bardzo szybko. Jednak nie było to wcale zadanie przyjemne. Słońce grzało niemiłosiernie, a na strychu temperatura wydawała się iście piekielna. Wasia okazał trochę serca dla mojej bezinteresownej pomocy i pożyczył mi swoje szorty, sięgające do kolan. Były na mnie trochę za luźne i zatrzymywały się dopiero na biodrach. Pomimo tego, pracowało się dużo wygodniej niż w długich spodniach.
Stałem na drabinie i przerzucałem bryły styropianu, które podawał mi mężczyzna. Pot spływał po całym moim ciele, że aż cały lśniłem od niego. Włosy przykleiły mi się do czoła. Wasyl wyglądał podobnie.
- Niezły piekarnik, co? – zwrócił się do mnie, podając mi kolejną bryłę. – Ciekawe czy tam gdzie trafimy po śmierci, będzie równie gorąco.
Uśmiechnąłem się krzywo na tę uwagę.
- Nie wiem czy wierzę w takie rzeczy.
- Heh! Nie dziwię się! Gdyby w piekle miało być tylko tak gorąco, musielibyśmy być znacznie lepszymi ludźmi. Słyszałeś już, że dla nas jest siódmy krąg?
Przytaknąłem. Najwyraźniej ten przesąd, w który z resztą i tak nikt nie wierzył, stał się dość powszechny wśród członków moskiewskiej mafii. A może to tylko Dima rzucił komentarzem tego rodzaju podczas któregoś spotkania? Tak czy inaczej, pomysł Dantego wszystkim przypadł do gustu w jakiś ironiczny i gorzki sposób.
Widząc moją milczącą reakcję, Wasia przestał na chwilę podawać mi styropian i wpatrzył się we mnie swoimi wilczymi, dzikimi oczyma.
- Lohengrin… Czy ty… zabiłeś już kogoś? – zapytał z niemałym zaciekawieniem.
- Nie… - odpowiedziałem niepewnie. – Ale wiem, że to już niedługo… Iwanowicz mi mówił.
Stężałem, zastanawiając się nad tym. W jakiej sytuacji będę miał odebrać komuś życie? Jak niby zdobędę się na coś takiego? Westchnąłem i niepewnie zwróciłem się do Wasyla.
- Powiedz mi. Jakie to jest uczucie… zabić kogoś?
- Cóż – otarł sobie pot z czoła. – Nie da się tego właściwie opisać.
Atmosfera stała się cięższa. To już nie były żarty, przekomarzania czy nic nie znaczące uwagi. Teraz chodziło o coś znacznie poważniejszego.
Wasyl wpatrzył się w malutkie okienko, z którego dochodziło światło. Blask okalał jego twarz, a on trwał tak w bezruchu. Zupełnie jakby światło miało go natchnąć do jakiegoś sensownego wytłumaczenia.
- To jest podobnie jak z seksem – powiedział po jakimś czasie. Wasia niejednokrotnie lubił się odwoływać do erotyki. Jednak tym razem temat nie służył zbereźnym żartom, nie robił z tego komedii. – Kochałeś się już z kimś, Lohengrin?
Skinąłem głową. Jego porównanie wydawało mi się śmieszne, żenujące i całkowicie nietrafione. Pomimo tego, słuchałem z zaciekawieniem, co miał mi jeszcze do powiedzenia.
- Świetnie. W takim razie powinieneś zrozumieć, co będę mówił. W jednym i w drugim przypadku jest podobnie. Zanim to zrobisz, niby wiesz jak to się robi, ale tak naprawdę… nie masz o tym najmniejszego pojęcia, dopóki nie spróbujesz. Zgadza się?
Zastanowiłem się i wolno pokiwałem głową. Z zaskoczeniem odkryłem, że to, co mówi naprawdę ma sens.
- Właśnie. Oprócz tego… Na początku to coś nowego, niesamowitego, wstrząsającego tobą jak trzęsienie ziemi. Potem… dalej budzi jakieś emocje, ale jest już tylko elementem codzienności.
Patrzyłem na niego jak zahipnotyzowany. Nigdy bym się nie spodziewał, że ten roztrzepany człowiek potrafi formułować takie porównania. Niby proste, bez polotu, ale jakże trafione.
- Tylko jest jedna rzecz, o której musisz pamiętać. Początki bywają takie, że… gdy kogoś bierzesz, zatracasz się z rozkoszy, natomiast gdy kogoś zabijesz, możesz zatracić się z rozpaczy. Potem już nie ma takich wstrząsów. Przyzwyczajasz się do tego, albo… zaczynasz to po prostu lubić.
- Tak jak ty – zauważyłem. Wypowiedziałem te słowa zanim się zorientowałem, że mogą brzmieć nieprzyjemnie i oskarżycielsko. Wasyl jednak nie zareagował złością. Jego reakcja nie mogła mnie zaskoczyć bardziej; Rosjanin uśmiechnął się.
- Ludzie zawsze umierali i będą umierać. Co to za różnica, czy na raka, cholerę czy przeze mnie?
Rozchyliłem usta, ale wiedziałem, że nie mogę go sądzić, oskarżać czy walczyć z nim. Jaki miałoby to sens? Przecież miałem się stać kimś takim jak on.

***

Miałem wrażenie, że przy ocieplaniu dachu wypłynęło ze mnie tyle potu, że schudłem kilka kilogramów. Na szczęście zakończyliśmy pracę w ciągu trzech dni, tak jak oszacował Wasia. Jako podziękowanie za moją bezinteresowność postawił mi obfity obiad w dobrej, drogiej restauracji. A może miał po prostu dosyć krokietów. Nie rozmawialiśmy wtedy wiele. Więcej jedliśmy i piliśmy. Wasia wlewał w siebie hektolitry wina, ale ja nie chciałem przesadzić. Kolejnego dnia miałem trening.
Po kolacji pożegnałem się zarówno z nim jak i z jego partnerką. Nadeszła pora, żeby wracać do domu. Nie śpieszyło mi się wcale. Dom przygnębiał pustką i ciszą. Wiedziałem, że gdy tylko się tam znajdę, brak Dymitra jeszcze bardziej da mi się we znaki. Pocieszałem się jednak myślą, że niedługo znowu go zobaczę.
Wieczorem przybyłem do rezydencji i rzuciłem się na wersalkę w jednym z salonów. Rozłożyłem się wygodnie i nie wiedząc nawet kiedy, zasnąłem.

***

Otworzyłem oczy. Musiało minąć kilka chwil zanim się zorientowałem, że obudziły mnie jakieś dziwne odgłosy. Wciąż zaspany, starałem się lepiej je usłyszeć i zidentyfikować. Brzmiało to zupełnie tak, jakby… ktoś obijał się o meble. Albo jakby kogoś obijano o meble. Strach momentalnie mnie rozbudził. Czyżby komuś udało się wejść do domu pomimo ochrony…? Co, jeśli tak? Nie miałem przy sobie żadnej broni…
Poczułem, że moje serce się zatrzymało, kiedy ktoś nacisnął klamkę. Drzwi jednak nie otwarły się od razu; zupełnie tak jakby ktoś bawił się tą klamką. Nie podobało mi się to. Nie miałem wystarczająco dużo czasu, żeby znaleźć się przy ścianie i zaatakować z zaskoczenia. W końcu drzwi stanęły otworem i pojawił się w nich… Dymitr.
- Dima, wróciłeś! Jesteś wcześniej…– zacząłem zaskoczony. - Boże, jak mnie wystraszyłeś. Co ty tam wyczyniałeś, że narobiłeś tyle hałasu? – zapytałem z wyraźną ulgą.
Dima niedbałym ruchem poluzował krawat i wtoczył się do pokoju. Tak, wtoczył się. Najpierw zakołysał się trochę na lewo, a potem nieco na prawo, zanim zdołał do mnie podejść. Wraz z nim pojawił się ostry zapach alkoholu.
- Ładnie mnie witasz po takim czasie, nie ma co – mruknął niezadowolony. Głos miał niewyraźny i mówił wolniej niż zazwyczaj.
- Wybacz. Po prostu narobiłeś mi niezłego stracha. Dobrze… cię widzieć.
- I tylko tyle? – zapytał jeszcze bardziej rozdrażniony.
Położył mi dłoń na twarzy i mruknął cicho:
- Spodziewałem się więcej wylewności po miesiącu, przyznam szczerze…
Zażenowany i oschły chyba właśnie z powodu owego zażenowania, przytuliłem się do niego. Przycisnąłem go do siebie, żeby mógł czuć moje przyspieszone bicie serca. Spodobało mu się to. Położył głowę na moim ramieniu, a swoją rękę na moich włosach. Ten ruch jednak w jakiś zagadkowy sposób zachwiał jego równowagę, bo znów zatoczył się niebezpiecznie. Wsparł się na moich ramionach, żeby nie upaść.
- Na Niebiosa, od której piłeś? – zapytałem się, wstrząśnięty jego stanem.
- Od dziewiątej.
- Co? Przecież to dopiero… - spojrzałem na zegarek. – Dwie godziny!
- Od dziewiątej rano – sprostował.
Na tę informację wydałem z siebie tylko długie, przeciągłe „Oooo”. 
- To było ważne spotkanie. Pomimo procentów, dobrze rozegrane – wyjaśnił i udał się w stronę fotela.
Na przeszkodzie stanął mu stół, na który spektakularnie wpadł. Na szczęście kwiaty w wazonie tylko lekko zadrgały.
- Cóż – mruknął. – To byłby już dzisiaj trzeci wazon.
Pobłażliwie pokiwałem głową i podprowadziłem go do fotela.
- Proponuję ci iść spać – powiedziałem. – To chyba najlepsze wyjście.
- Spać? Czemu niby mam spać? Nie widziałem cię tyle czasu. Nie chcesz ze mną rozmawiać?
Znów był szczerze urażony. Najwyraźniej pod wpływem alkoholu robił się bardziej drażliwy.
- Nie, ależ oczywiście, że to nie tak! – zaprzeczyłem ostro. – Po prostu… pójście do łóżka uchroni cię od dalszych wypadków.
- Pójdziesz ze mną do łóżka?
- Nie – warknąłem zły, że łapał mnie za słowa.
- To przynieś mi wódki. Jest tutaj w barku, ale dla mnie… teraz to długa droga.
- Nie wypiłeś już za dużo na dziś? – zapytałem ostrożnie.
- Do cholery, Till! Od kiedy jesteś taki rozsądny i postanowiłeś mi matkować? „Idź spać, nie pij”… To do ciebie nie podobne – oburzył się.
Zdenerwowała mnie jego reakcja. Wstałem z siedzenia, aby przynieść mu trunek.
- Nie jesteś dzisiaj zbyt przyjemny – zauważyłem ostro i odwróciłem się.
- Czekaj, Till. Nie miałem zamiaru cię obrażać - wstał od stołu i tym razem zbliżył się do mnie bez problemów.
Przytulił się do moich pleców. Poczułem się odprężony i udobruchany z jego oddechem na mojej szyi.
- Napij się ze mną. Nie musimy wypić dużo. Ja już prawie mam dość – zamruczał, aby zupełnie załagodzić sytuację.
- Dobrze – zgodziłem się.
Postawiłem na stole wszystko, co było potrzebne. Zasiedliśmy na swoich miejscach. Dymitr zdjął z siebie marynarkę i rzucił ją gdzieś w kąt.
- Za nas– energicznym ruchem wzniósł do góry swój kieliszek. Zamachnął się tak, że rozlał połowę jego zawartości.
Poczułem jak wódka rozpala mi przełyk. Skrzywiłem się przez jej obrzydliwy smak.
- Och, Till – odparł rozczulony. – Czy ty kiedyś nauczysz się pić?
Spojrzałem na niego po części urażony, odrobinę rozbawiony. Nie zaprotestowałem, gdy znów, bez żadnej przerwy, napełnił nam kieliszki.
- Smak i zapach są naprawdę odpychające – skomentowałem.
- Ale za to stan pożądany – uśmiechnął się jednym kącikiem ust, jakoś tak dziwnie.
Wpatrzyłem się w jego oblicze, przypominając sobie i odnajdując każdą rysę jego twarzy. Miesiąc czasu to nie było tak mało. Zabawne. Czym był jeden miesiąc w porównaniu do sześciu lat?
- Zagramy w pokera, Till? Dawno tego nie robiliśmy.
Zgodziłem się z przyjemnością. Obijając się po drodze, przyniósł talię kart i żetony. Przyglądałem się jak jego długie palce sprawnie tasowały karty. Jego twarz lekko błyszczała, podobnie jak oczy. Kiedy ostatnio widziałem go aż tak pijanego? Nie potrafiłem sobie nawet przypomnieć...
- Gramy na pieniądze? – zapytałem.
- A co to za przyjemność, jeśli nie? – mruknął zadowolony.
Jedna z kart upadła na podłogę. Westchnął zirytowany i podniósł ją. Znów przetasował. Rozdał i gra się zaczęła.
Z jednej strony zdawało mi się, że mogę go zignorować; był przecież totalnie zalany. Czy uda mu się myśleć jasno w takim stanie? Uśmiechnąłem się pod nosem. Szczerze wątpiłem.
- Wymieniam dwie i podwajam stawkę – odparłem. 
- Według życzenia.
Spojrzałem w swoje nowe karty. Tylko dwie pary… Nie dałem jednak niczego po sobie poznać.
- Dorzucam… trzy razy tyle – oznajmiłem pewnie i dorzuciłem do puli odpowiednią ilość żetonów.
- Grasz jak szaleniec, Till. Wszystko na jedną kartę, tak? – zapytał zaciekawiony i może odrobinę zaintrygowany.
- Człowiek tak gra, jak żyje – odparłem z lekką ironią wymierzoną w samego siebie.
Dima lekko pokiwał głową, jakby analizując moje słowa. Z kieszeni koszuli wyciągnął paczkę papierosów i zapalniczkę. Powoli włożył sobie papierosa do ust i zapalił. Zapach nikotyny i szare kłęby dymu rozeszły się po pomieszczeniu. Jego milczenie się przeciągało, a ja dopiero wtedy poczułem intymność atmosfery. Szary dym, nikłe, lekko pomarańczowe światło biurowej lampki i cisza. Odnosiłem wrażenie, że wszystko to muska mnie lekko, dotykając mojego karku i policzków. Dym, światło i cisza krążyły wokół mnie, kołysząc mnie do snu. A może to po prostu alkohol zaczął już działać.
- Tak gra… - zaczął, zaciągając się. – Jak żyje.
Drgnąłem. Zdążyłem już bowiem zapomnieć o swoich wcześniej wypowiedzianych słowach.
Uśmiechnął się poprzez dym, ze światłem lekko skupionym na jego twarzy.
- To bardzo mądre słowa, Till. Ty… postawiłeś wszystko na szali – odparł i zmierzył mnie lśniącym spojrzeniem.
- Nie miałem wyboru – odpowiedziałem lekko drżącym głosem, przypatrując się jego palcom, które wolno przesuwały się po kartach. Zastanawiał się, którą wybrać, a którą odrzucić. Nie stanowiło to dla niego problemu. Tak wiele razy musiał już przecież decydować, kogo zatrzymać, a kogo zgładzić. Ostatecznie… teraz to były tylko karty. Czyż więc nie była to banalna selekcja?
- Till, Till, Till – mruknął, jakby udzielał nagany dziecku. – Przecież wiesz, że miałeś. Przecież… wiesz.
Pokręciłem głową, na znak, że mnie nie zrozumiał.
- Nie – odrzekłem pewnie. – Nie. Nie mogłem podjąć żadnej… innej decyzji.
Spojrzał na mnie, dopiero teraz rozumiejąc znaczenie moich zawoalowanych słów. Dotarło do niego, że nie mogłem wybrać niczego innego poza nim.
Otworzył lekko wilgotne usta, ale nic nie powiedział. Wykonał jakiś niezgrabny gest ręką. Był wzruszony moim oddaniem i próbował z tym walczyć. Mężczyźni tacy jak on nigdy nie lubili okazywać wzruszenia, a szczególnie przy najbliższych. Doskonale to rozumiałem.
- Dziękuję – szepnął tylko, miękko patrząc mi w oczy.
Może bym się odwrócił czy speszył, ale czułem się już błogo, alkoholowo rozluźniony. Nawiązaliśmy ten najdelikatniejszy, najbardziej intymny z możliwych, rodzaj kontaktu. Ten, w którym ściśnięte gardło pozwala tylko na porozumiewanie się szeptem. Ten, który oferuje chwile wpadające w serce i w pamięć na długo.
- Obiecuję, że… nie pożałujesz tego. Będziesz mieć wszystko. Till, ja… czuję, że staniesz się kimś. Że zdołasz stanąć na własnych nogach u mojego boku – szeptał gorączkowo. Zdążył już zapomnieć o kartach; byle jak odłożył je na stolik i złapał mnie za rękę.
- Dlaczego… tak tego pragniesz? – zapytałem niepewnie. – To paradoksalne, Dima… na początku nawet nie chciałeś dopuścić do siebie myśli, że mógłbym przy tobie być.
Pokręcił głową, mocniej ściskając moją dłoń.
- Teraz, ja… już cię w to wciągnąłem. Właśnie dlatego chciałbym, żebyś dzielił ze mną to, co mam. Wszystko. Nie chcę już posiadać tego sam. Chcę dzielić to razem z tobą – szybko i niezgrabnie obszedł dookoła stolik, aby znaleźć się tuż przy mnie. Przykucnął przede mną.
- Nie masz nawet pojęcia, jakie to uczucie, gdy wszyscy ludzie tylko czekają na twoje jedno skinienie. Gdy poddają się każdemu twojemu rozkazowi. Zbyt zatrwożeni, aby się sprzeciwić. Za słabi, żeby walczyć. Pomyśl tylko o tym… Wystarczyłby tylko jeden mój gest, aby ugiąć kolana tłumów – wyrzucał to z siebie szybko i gorączkowo, szeptem człowieka obłąkanego. Jego palce wbijały się między moje palce. Jego spojrzenie mocno wrzynało się w moje chłonne, zafascynowane oczy.
- Czy potrafisz sobie chociaż wyobrazić to uczucie? – zapytał.
Nigdy nie odczułem tego, co on, więc odpowiedziałem mu tylko niepewną ciszą.
– Wiem, że nie. Ale dzięki mnie… doznasz tego wszystkiego. Stolica jest już moja. Z resztą, słyszałeś na spotkaniu… Politycy… są słabi i głupi. W porównaniu do mojej siły… nic nie znaczą. Wystarczy pociągnąć za odpowiednie sznurki i uzyskam władzę w wymiarze państwowym. To kwestia zaledwie kilku lat. Kontroluję handel, przemyt, organy władzy. A już niedługo będę… nie, my będziemy… mieć pod kontrolą wszystko.
Czułem, że drżę pod wpływem jego słów i spojrzenia. Mówił mi stanowczo za dużo, całkowicie zatracił się w swoich pragnieniach i wizjach. Przejął mnie strach. Nie potrafiłem odgadnąć czy Dima snuje tak potężne plany naprawdę, czy to tylko tak ogromna ilość wypitego alkoholu je zwielokrotniła. Wiedziałem, że nie prędko powrócimy do tej rozmowy. Zdawałem sobie sprawę, że na drugi dzień nie odważyłbym się go o to zapytać.
- Wszystko? – podchwyciłem, nie do końca rozumiejąc to uogólnienie.
Zaśmiał się lekko, widząc moje zdziwienie.
- Wszystko – szepnął zachłannie i z równą zachłannością dotknął mojej twarzy. – Tak wiele, jak zdołasz sobie wyobrazić.
Czy miał na myśli całą Rosję? Cały świat? Nie, to brzmiało zbyt abstrakcyjnie! Jeśli jednak nie… to co w takim razie? Obawiałem się zapytać. Nie zapytałem i może to był błąd.
- Co o tym myślisz, Till? – zapytał, w końcu spragniony, abym to ja coś powiedział.
Jego oczy w tamtej chwili przybrały kolor ciemnego granatu. Rozgorączkowane, oszalałe, pełne niebezpiecznych błysków. Tak nieodparcie… pociągające. Wyciągnąłem rękę i pogłaskałem jego rozświetloną twarz.
- Wszystko… Jeśli to z tobą, to… mogę dzielić z tobą wszystko – szepnąłem drżącym głosem.
Złapał mnie za pieszczącą go dłoń i zaczął ją całować. Przyglądałem się jak jego język oplata moje palce, jak zachłannie zamyka je w swoich ustach. Jak znikają między jego wilgotnymi wargami. Dima robił to jeszcze przez chwilę. Potem podniósł się i naparł na mnie. Jego kiepska koordynacja sprawiła, że runęliśmy do tyłu, razem z krzesłem na którym siedziałem. Wydałem z siebie bolesny jęk, czując, że właśnie złamane oparcie wbiło mi się w plecy.
- Wybacz – Dima zszedł ze mnie i pomógł mi podźwignąć się z krzesła.
Jego pomoc szybko jednak przerodziła się w inwazję. Nie zdążył nawet puścić mojej dłoni, a już przyparł mnie do ściany.
- Dymitr… - szepnąłem nagle, sam nie wiedząc czy po to, aby go powstrzymać czy może sprowokować.
Doskonale widziałem, że już się nie kontroluje. Szarpnął mnie za ubranie, owładnięty rządzą i alkoholem.
- Nie, poczekaj… - zaprotestowałem gwałtownie, widząc do czego to wszystko zmierza. Nie zamierzał jednak zaprzestać. Kontynuował swoje działania, a ja, ogarnięty paniką, poderwałem się w stronę drzwi. Nie puścił mi tego płazem. Złapał mnie od tyłu i popchnął tak mocno, że runąłem na stół. Wazon i wódka poleciały na podłogę, roztrzaskując się z trzaskiem. Próbował zerwać ze mnie spodnie, co przerodziło się w szamotaninę, w wyniku której strąciliśmy ze ściany obraz warty kilka tysięcy.
Chwycił za moją koszulę i spróbował przyciągnąć mnie do siebie.
- O, nie, kochany. Teraz stąd nie wyjdziesz, to ci zapewniam… – oznajmił pewnie.
Wyszarpałem się mu, ale Dymitr nie dawał za wygraną. Rzucił się na mnie jak drapieżnik na ofiarę i znowu runęliśmy na stół, który tym razem przełamał się na pół. Dima oberwał chyba mocniej, bo na chwilę go zamroczyło. Wykorzystałem ten moment i kilkoma skokami pokonałem zdemolowany pokój. Czułem się głupio, ale dziwna, wewnętrzna panika nie pozwalała mi, aby mu się oddać. Pokonałem drzwi i pobiegłem do siebie.
Zamknąłem pokój od wewnątrz, gdyby tak zechciał do mnie przyjść. Wciąż byłem rozedrgany, zatopiony w jego zapachu i dotyku. Czułem się winny, że zostawiłem go w takim stanie. Z drugiej jednak strony, nie musiałbym tego robić, gdyby Dima nie postanowił mnie zgwałcić bez względu na moje zdanie.
Wypity alkohol pozwolił mi zasnąć bez niekończących się rozmyślań.

wtorek, 27 września 2011

Rozdział dziewiąty


9. On i jego towarzysze

Dima przedstawił mi swoich wspólników, ale nie zwrócił na mnie uwagi. Nie zaproponował mi żadnego, nawet krótkiego wprowadzenia, czego obecnie dotyczy dyskusja. Często wręcz paranoicznie się bał, że coś może zostać odczytane z jego twarzy. W rezultacie przy innych był dla mnie bardziej oschły i zimny niż to konieczne, przynajmniej na początku.
Byłem mu jednak wdzięczny, że podjął znowu temat, aby towarzystwo przestało się interesować moją osobą.
- Sprawa nie jest prosta. Nie bagatelizowałbym jej. Może to nie to samo co w latach dziewięćdziesiątych, ale oni odzyskują siłę – powiedział.
- Ciekawi mnie, co każe ci tak sądzić – odezwał się mężczyzna o pseudonimie Godot. Chociaż był Rosjaninem, miał delikatne, nieco azjatyckie rysy twarzy. Jego imię brzmiało Stiepan. Rzadko jednak ktoś tak się do niego zwracał. Jego oczy wyrażały powagę i umiarkowaną skłonność do żartów.
- KGB i MSW są po naszej stronie – kontynuował. - Milicja także nagina się do naszych oczekiwań. Może Sołncewo było potęgą kiedyś, ale teraz… są pozbawieni jakiejkolwiek ochrony oprócz swojej własnej. Mamy służby specjalne, milicję i wojsko po naszej stronie. Czy jest więc coś, o czym… nie wiemy?
Ach, a więc znowu chodziło o Sołncewo. Godot najwyraźniej przeczuwał, że Dima wciąż nie wyjawił wszystkiego, co wie.
Iwanowicz uśmiechnął się tajemniczo.
- Czegoś ci brakuje, Godocie? – zapytał, najwyraźniej mając chęć trochę się z nim podrażnić.
- Cóż – odpowiedział. – Twoje zmartwienie musi mieć jakieś podłoże i uzasadnienie, czyż nie?
- Owszem. Myślę, że jest coś, co was zainteresuje…
Stiepan westchnął. Spoglądał chłodno z za swoich prostokątnych okularów i czekał.
- Do rzeczy, psia jego mać! – rozległ się krzyk Wasii. – Jeśli zajdzie taka potrzeba, załatwimy skurwieli. Własnymi rękami zaduszę każdego z nich. Rozdrabniacie się jak stare babuszki, panowie! Konkrety, proszę o konkrety!
Jego oczy patrzyły dziko i jakoś tak żarliwie jakby płonęły żywym ogniem. W ogóle, z całej swej postury i usposobienia przypominał wilka. Miał czarne jak węgiel, zawsze żywotne ślepia, którymi czujnie rozglądał się dookoła. Włosy sięgały mu do karku i wyglądały jak potargane przez wiatr. Nie chodził w garniturach. Swoim wyglądem, każdym gestem i słowem był całkowitym przeciwieństwem Godota. Stiepan zachowywał stonowany dystans. W rozmowie płynął wolno i ostrożnie, sprawnie omijając przeszkody i zasadzki. Mówił tak, jakby grał w karty; próbował jak najmniej powiedzieć, a jak najwięcej usłyszeć. Nie atakował dopóki nie znalazł się na wygodnej, pewnej pozycji.
Wasyl natomiast miał zupełnie inną taktykę. Działał pewnie i ofensywnie. Nie szukał dogodnych warunków; potrafił wybijać się z podłoża naprawdę niewygodnego i dosięgać do tego, czego oczekiwał. Był silny i energiczny. Oprócz tego trudno było zbić go z tropu. Chociaż jego strategia niejednokrotnie cechowała się ryzykiem i pewną dozą bezmyślności, Wasyl okazywał się w tych warunkach wyjątkowo prężny. Co może ważniejsze, kochał igranie z niebezpieczeństwem.
Spojrzałem na Dymitra. Nie wyglądał jednak na oburzonego, najwyraźniej przywykł do niepohamowanego zachowania Wasii. Godot natomiast aż skrzywił się z dezaprobaty. Nie znosił tego człowieka i nie starał się tego ukryć.
- Czasem zastanawia mnie, co pan tu robi, panie Wasylu – wtrącił ironicznym do granic możliwości głosem. – Myślenie chyba nie jest twoją mocną stroną.
Mięśnie na twarzy Wasyla zadrgały mocno. Najbardziej denerwujące nie były same słowa Godota; myślę, że bardziej do wściekłości doprowadzał szeroki uśmiech, który im towarzyszył.
- Za to bezczynność i zaduma twoją, przyjacielu – odwdzięczył się Wasia. – Może powinieneś zmienić fach? Nie zechciałbyś tak zostać filozofem?
Ich sprzeczka została przerwana przez dźwięczny, kobiecy śmiech. Na lewo, naprzeciwko mnie siedziała Marija, którą wszyscy nazywali Koshka. Była to kobieta piękna i powabna jak marzenie. Jej ogniste włosy opadały falami na wyeksponowane piersi. Miała na sobie nieco ekstrawagancką, czerwoną suknię z falbanami. Śmiała się jeszcze przez jakiś czas, ale widać było, że to śmiech szczery i naturalny. Na chwilę złapała się za głowę, aby podkreślić swoje rozbawienie.
- Drodzy panowie – odezwała się. – Czy przyszliśmy tu po to, aby oglądać jak naskakujecie na siebie niczym dwa ogiery? To nie są zawody męskości, pragnę wam przypomnieć.
Wasia podkręcił swojego długiego wąsa i wbił w nią zajadłe spojrzenie.
- Kobieta mi nie będzie tutaj rozkazywać.
- Ale ja mogę – odezwał się Dymitr. – Koshka ma rację. Nie mam zamiaru tracić czasu na wasze popisy. Możecie na siebie naskakiwać, a nawet wyzwać się na pojedynek, starym, zapomnianym zwyczajem, ale dopiero jak wyjdziecie z pokoju.
Mężczyźni zamilkli. Zauważyłem, że czują respekt przed Dymitrem. Mieli jednak ponure miny, w przeciwieństwie do Mariji. Rzuciła mi przelotne, wesołe spojrzenie. Niepewnie odwzajemniłem uśmiech.
- Przechodząc do upragnionych konkretów… - zaczął Dima. - Sołncewo zbratało się z gangami etnicznymi.
Godot drgnął na tę informację, zupełnie się jej nie spodziewając. Nie powiedział jednak nic. Obserwował i czekał, aby dowiedzieć się więcej.
- Jak to może być? – zapytała Koshka. – Kiedyś zniszczyli wszystkich etnicznych, prawdopodobnie z pomocą KGB.
- Czasy się zmieniają. Mafie nierosyjskie po latach znowu się odrodziły, a Sołncewo potrzebuje wsparcia. Jak zauważył Godot, to my mamy zagwarantowany mur ochronny, a oni mogli liczyć tylko na siebie. Teraz jest już inaczej. Nie wiem od kiedy trwają negocjacje, ale zaczęli się bratać z wieloma  gangami  z okolic byłego ZSRR. Wiele z nich zgodziło się im pomóc.
- Węzeł gordyjski? – zapytał Godot.
Dima pokręcił głową.
- Nie tylko. Znaleźli nowych sprzymierzeńców. Rosną w siłę.
Na sali zapadło milczenie. Każdy zdawał sobie sprawę, że znaleźliśmy się w dość niebezpiecznym położeniu.
Pierwszy milczenie przerwał Wasia.
- Pozostaje chyba tylko jedno wyjście… - Wasyl uśmiechnął się szeroko i jakoś tak wstrętnie. Chociaż nie dokończył swojej myśli, każdy odgadł, że chodziło mu o otwartą walkę z Sołncewem.
- Obawiam się, że masz rację – przytaknął mu Dima.
Inni poderwali ku niemu głowy, całkowicie zszokowani, że się zgodził.
- Co ty sugerujesz, Iwanowicz? – zapytał Godot.– Nie powinniśmy mieszać się w to zbyt ofensywnie. Takie zagrywki nic dobrego nie przynoszą. Stracimy tylko siłę, a nic nie zyskamy. Doradzałbym raczej jakiś fortel.
- Gdybyśmy zabili przywódcę… Powstałby chaos. Prawdopodobnie nie pozbieraliby się z tego zbyt prędko i wtedy mielibyśmy okazję, aby ich zniszczyć. Ostatecznie – Wasia mruknął w zamyśleniu.
- Nie wydaje mi się – odezwała się Koshka – Sołncewo to nie jakaś tam monarchia. Jak jednego zestrzelilibyśmy z najwyższego stanowiska, natychmiast wsadziliby tam kogoś innego. Czymś tak potężnym nigdy nie rządzi jeden człowiek.
Tak jak u nas, pomyślałem. Mimo to Dima miał szacunek u swoich doradców i nikt nie próbował go obalić. Czyżby powodem był tylko szacunek…? Jeśli nie, to co jeszcze? Strach?
- Jest tylko jedne, możliwe zakończenie tej sprawy – odezwał się głos z końca stołu. – Wojna kryminalna.
Głos był nieco skrzekliwy i już po chwili przypomniałem sobie, że jego właściciel nazywał się Iwan. Człowiek ten wyglądał tak, że wystarczyło raz na niego spojrzeć, aby już nigdy go nie zapomnieć. Miał krótkie, ciemne włosy, które odstawały mu zabawnie w jednym miejscu. Nie wyglądał jednak na komicznego osobnika. Patrzył po nas wszystkich zimnymi, niebieskimi oczyma, w których czaiło się coś na kształt wrogiej dzikości. Jego wąskie, jakby wykrzywione w grymasie usta okalała bródka, w lekko miedzianym, jaśniejszym niż jego włosy, odcieniu. Był niskim, bardzo drobnym człowiekiem, ale pomimo tego roztaczał wokół siebie nieprzyjemną, chłodną aurę. Uniósł swoje krzaczaste, obszerne brwi i lekko, jakby w zamyśleniu, pokiwał głową. Nie mówił wiele. Różnił się zasadniczo zarówno od Wasii jak i od Godota. Nie atakował, nie pertraktował, tylko siedział i milczał. Jego charakter i intencje pozostawały nieodgadnione. Kiedy coś mówił, nie dało się uchwycić jego opinii. Wysuwał sugestie i wnioski, ale nigdy nie ujawniał swojego zdania.
- Nie wiem, czy to dobre posunięcie – mruknął Godot. – Jeśli faktycznie mają tylu sprzymierzeńców, możemy się ugiąć pod ich naporem. Proponowałbym raczej podejście ich od tyłu, jeśli to tylko możliwe.
- Zobaczymy, co da się zrobić – odparł Dymitr. – Trzeba jednak pamiętać, że Sołncewo zapewne nieustannie nadstawia oczu i uszu. Nigdy nie wybaczą nam odebrania pozycji i wpływów. Gdy ich sytuacja znacznie się polepszy, pierwsze co zrobią, to atak na nas. Wtedy nie będzie już okazji na żadne podchody.
Uderzyła mnie pewna myśl. Przez chwilę zawahałem się czy wypowiedzieć ją na głos czy lepiej siedzieć cicho. Nie chciałem jednak sprawiać wrażenia, jakbym był tam za karę i pomimo obaw, przemogłem się.
- Zastanawia mnie jedna rzecz.
To, że zabrałem głos wywołało większe poruszenie niż bym się tego spodziewał. Wasia zdziwiony rozejrzał się, jakby zdążył już zupełnie zapomnieć o mojej obecności. Godot wbił we mnie natarczywy, ostry wzrok, zastanawiając się z kim ma do czynienia. Koshka znów przeniosła na mnie swoje szelmowskie, ciekawskie spojrzenie. Iwan i Dima mieli neutralne miny, nie wyrażające żadnych emocji. Teraz mogę powiedzieć, że najlepiej znali zasady gry. Potrafili nie odsłaniać się zbytnio.
Przełknąłem ślinę i kontynuowałem.
- Dlaczego pomniejsze gangi przyłączyły się do Sołncewa? Odnieśliby znacznie większy zysk, gdyby pozostali w sprzymierzeniu z wami. Zamiast tego zawierają sojusz z podupadającym Sołncewem. Jakie korzyści z tego mają?
Dima już otworzył usta, żeby się wypowiedzieć, ale Koshka go uprzedziła.
- Mafia moskiewska nie zamierza współpracować z etnicznymi czy nawet z jakimiś małymi, rosyjskimi jednostkami. Po pierwsze, sojusz z imigrantami byłby dla nas niezwykle uwłaszczający. Po drugie, nie targujemy się z każdym, kto do nas przyjdzie „po prośbie”, tylko z tymi, którzy mogą nam zagwarantować znaczne zyski. Pozostaje jeszcze propaganda. Już mogę wyobrazić sobie te hasła, które oferują etnicznym wolność, równość i bezinteresowną pomoc, gdy tylko Sołncewo odzyska pozycję.
Nerwowo zastukałem palcami o blat. Nie byłem przyzwyczajony do takich rozmów, a chciałem dobrze wypaść.
- I wierzą w to wszystko? – zdziwiłem się.
- Chcą wierzyć. Ludzie zawsze wierzą w to, w co chcą wierzyć.
Zamilkłem, a kobieta zmrużyła swoje zielone, kocie oczy. Miała tajemnicze spojrzenie i nie sposób było odgadnąć jej myśli.
- Apeluję do was o czujność – odezwał się Dymitr. – Tak samo do was jak i do wszystkich urzędników, pośredników i funkcjonariuszy. Cała siatka wywiadowcza jest w pogotowiu. Gdy tylko pojawią się nowe informacje, wy pierwsi je uzyskacie. Ale bądźcie ostrożni. Nie wiadomo, kiedy zdecydują się na pierwszy ruch.
- A ty, Iwanowicz? Nie planujesz już jakichś kroków, żeby zapobiec ich wzrostowi? – zapytał Godot. – Gdybyśmy to my wykonali pierwszy ruch, wypadłoby to dla nas bardzo korzystnie.
- Dobrze wiesz, że nie mają stałej siedziby. Od kiedy uciekli z Moskwy, ukrywają się i zmieniają położenie jak kanałowe szczury. Trudna sprawa. Rzecz jasna wykonam ruch przed nimi, jeśli tylko będzie to możliwe.
- Gdyby tylko któryś z nich wpadł w moje łapy… - Wasia znów się uśmiechnął w ten charakterystyczny, wywołujący dreszcze, sposób. – Zapewniam, że wyśpiewałby wszystko.
- I właśnie to zadanie ci zlecam.
Wasia pokiwał tylko głową, jakby właśnie tego się spodziewał.
- Będziesz informowany na bieżąco, gdzie ostatnio byli widziani. Schwytasz jednego z nich. Chcę go mieć tutaj. Ma oddychać.
Wasia zaśmiał się paskudnie. Pomysł całkowicie przypadł mu do gustu.
- Gdybyśmy mieli tam szpiega, rzecz byłaby znacznie prostsza. Na razie możemy tylko ich obserwować z zewnątrz, a to nie wystarczające. Jeśli uda nam się ich zlokalizować, będzie można wpuścić kogoś do środka. Z pewnością werbują ludzi.
Rozmowę przerwało pukanie do drzwi. Weszła służąca z zapytaniem, co podać. Po chwili na stole pojawiła się butelka koniaku i whisky, obie w pojemnikach z lodem. Najwyraźniej przyszedł czas na mocniejsze drinki. Napiłem się whisky, wyczuwając na sobie kobiece spojrzenie. Nie podniosłem wzroku. Czego chciała ode mnie?
- Myślę, że tę sprawę można już zamknąć. Chciałbym teraz omówić biznes, który mam na oku – odezwał się, pijąc ze smakiem.
- Co mianowicie? – zaciekawiła się Koshka.
- Hotel Ritz-Carlton.
Iwan mruknął z aprobatą, nie powiedział jednak ani słowa. Jak już wspomniałem, nie był rozmownym człowiekiem.
Później Dima mi wytłumaczył, że Ritz-Carlton przynosił miliardowe zyski. Był to jeden z najbogatszych hoteli świata, chętnie odwiedzany zakątek przez miliarderów. Prezentował sobą szczyt ekstrawagancji i miał w zanadrzu niejedną pokusę na marnotrawstwo olbrzymich pieniędzy. Aby podać przykład, mogę wymienić apartament prezydencki z kuloodporną jadalnią. Lubili z niej korzystać bogacze niekoniecznie obawiający się rychłego zamachu na swoje życie.
- Właściciel nazywa się Aliszer Isajew. Zaproponujemy mu „współpracę” – Dima uśmiechnął się przy ostatnim słowie.
- Na jaki układ liczysz? – zapytał Godot.
- Zaproponuję osiemdziesiąt procent zysków dla nas, po czym łaskawie dam się przekonać na siedemdziesiąt.
- Na jakich warunkach?
- Zyski dla nas w zamian za ochronę. W końcu to bardzo bogaty człowiek. Ma powód, aby obawiać się… nieprzyjaciół. My tylko mu pomożemy.
Rozsiadł się wygodniej na krześle, po czym lekko przechylił swojego drinka. Przez moment przypatrywał się kostkom lodu, które kazał sobie dodatkowo przynieść.
- Obecnie pan Isajew cieszy się urlopem. Gdy wróci, zaproponujemy mu spotkanie. Godot, chcę cię mieć przy sobie. Jesteś świetnym dyplomatą i potrafisz robić dobre wrażenie. Myślę, że to na tyle ze spraw ważnych.
- A co z nami? To znaczy, ze mną i z Iwanem? – dopytywała się Marija.
- Dla was na razie nie mam nic specjalnego. Bądźcie czujni. Miejcie oczy i uszy otwarte. W sumie, nie tylko wy. Wszyscy. Sołncewo to nie wróg, którego można ignorować.
Na tym skończyła się dyskusja na temat priorytetów. Przeszliśmy do szczegółów, picia drinków i polityki. Odzywałem się zdawkowo i ostrożnie. Doskonale rozumiałem, że to nie był moment na reklamowanie mojego ja. Takim postępowaniem ośmieszyłbym się tylko, więc nie próbowałem przeskakiwać samego siebie.
Wkrótce wszyscy zaczęli się zbierać do domów. Wasia i Godot oznajmili, że czas na nich, więc Dymitr poszedł ich odprowadzić do drzwi. Iwan udał się do ubikacji. W pomieszczeniu zostaliśmy tylko Koshka i ja. Kobieta stała przez moment, przyglądając się obrazowi na ścianie.
- Proszę wybaczyć – ukłoniłem się lekko i zamierzałem opuścić pomieszczenie, ale zatrzymała mnie.
- Poczekaj. Jak się nazywasz?
- Lohengrin. Till Lohengrin – odparłem, oglądając falbanki na jej sukni. Kochała przepych, to było widać na pierwszy rzut oka.
- Till – powtórzyła, jakby to krótkie, niemieckie imię sprawiło jej problem. – Dziwnie. Prawdę mówiąc, nie brzmi zbyt niemiecko. Spodziewałam się raczej czegoś w stylu Stephan, Hans czy Karl.
Uśmiechnąłem się lekko.
- Mój ojciec nazywa się Karl.
Pokiwała głową, jakby coś wspominając.
- Mój nazywał się Vladimir.
Zapadło krótkie milczenie. Rzuciła mi kolejne, taksujące spojrzenie i wcale nie próbowała tego ukryć. Wiedziałem, że mnie ocenia, ale nie spuściłem wzroku. Nie chciałem wydać się słabym czy wystraszonym. Najwyraźniej odebrała to jako zachętę, bo po chwili zmrużyła kokieteryjnie swoje szmaragdowe oczy i rzekła:
- Nie spodziewałam się, że Niemcy bywają tacy przystojni. 
Wydałem z siebie coś pomiędzy śmiechem, a parsknięciem, jednak pełnym przyjemności.
- Bywają – odparłem zadowolony.
Ciekawiło mnie czy ten brak skromności ją zrazi, ale najwyraźniej odniosłem odwrotny efekt.
- Lubię pewnych siebie mężczyzn – mruknęła z przyjemnością. – Możesz mi dolać?
Podała mi swoją szklankę po whisky. Wykonałem jej prośbę i wręczyłem jej trunek. Prawie go upuściłem, bo nagle w pomieszczeniu rozległ się głos Dimy.
- Od kiedy zostałeś lokajem w tym domu, Lohengrin? Szanowna dama rączki straciła?
Był rozdrażniony i miał papierosa w ustach. Dotąd nie widziałem jeszcze, żeby palił.
Koshka roześmiała się promiennie i upiła swojego drinka.
- Dlaczego jesteś taki spięty, Dymitrze Iwanowiczu? Aż tak cię denerwują przekomarzania Godota i Wasii? Wszystkiego musisz się doczepić?
Dima zmarszczył brwi i przez chwilę się nie odezwał. Potem, po namyśle, odparł:
- Szykują się problemy i to nie byle jakie. Nie przyprawia mnie to o radość – wytłumaczył się.
Kobieta zapatrzyła się znowu w obraz. Przedstawiał Czterech Jeźdźców Apokalipsy. Jeźdźcy byli mało widoczni. Autor skupił się bardziej na koniach; pięknych rumakach namalowanych w biegu wśród płomieni i zgliszczy.
- Doskonałe dzieło. Masz dobry gust, Iwanowiczu. I całkiem urodziwych podopiecznych. – dodała, przenosząc na mnie swoje zalotne spojrzenie.
Uśmiechnąłem się na tę uwagę. Nie dlatego, że chciałem czegoś od niej. Z przyjemnością po prostu słuchałem, gdy ktoś mnie chwalił.
- Zajmij się pracą, a nie rozpustą, kobieto. I to najlepiej teraz.
Mówił spokojnie, ale doskonale widziałem, że jest wściekły i zaczynałem rozumieć, dlaczego.
- Nie umiesz wypraszać ludzi zbyt subtelnie. Z resztą, miałam już wychodzić. Czekam tylko na Iwana. Miałam z nim coś do omówienia.
- Iwan już odjechał – krótko wyjaśnił.
- Ach, tak. W takim razie – kilkoma łykami dokończyła drinka i z lekkim trzaskiem postawiła szklankę na stole. – Do zobaczenia, Iwanowiczu. Niech Sołncewo nie spędza ci snu z powiek. Nie ma powodu, aby panikować. Cześć, Till. Nie potrzeba, aby mnie odprowadzać. Prawdę mówiąc, nie lubię tego.
Uśmiechnęła się do nas raz jeszcze i wyszła. Dima czekał na odgłos zamknięcia drzwi wyjściowych. Zanim to się stało, zaciągał się papierosem i wbijał we mnie zirytowane spojrzenie.
- „Cześć, Till” – powtórzył i przybrał taką minę, jakby przełknął coś obrzydliwego. – Kurestwa ci się zachciewa? Wystarczy ci jedną panienkę w pokoju posadzić i ślinisz się jak jakiś kundel.
Poczułem jak krew ode mnie odpływa. Zrobiło mi się okropnie zimno i spojrzałem na niego wściekły.
- O co ci w ogóle chodzi?! – wykrzyknąłem. – Przecież nic nie zrobiłem!
- Nie…? – zaciągnął się znowu i oparł o zamknięte drzwi. – Najchętniej posadziłbyś ją sobie na kolanach i słuchał jak ci prawi komplementy.
- Odbiło ci, Dima. Z resztą, co cię to obchodzi? Nie mam wobec ciebie żadnych zobowiązań tego typu – warknąłem, czując się rozjuszony i pokrzywdzony.
- Nie…?
- Odsuń się, chcę wyjść.
- Nie masz żadnych zobowiązań…?
Drgnąłem. Wyczułem, że w jego głosie czai się tłumiona furia. Złapał mnie za koszulę i uderzył mną o ścianę. Papieros wypadł mu z ręki.
- Może jeszcze zaczniesz sobie tu dziwki przyprowadzać, cholerny szczeniaku?! – wrzasnął do mnie.
Moje serce pracowało na maksymalnych obrotach i miałem w ustach posmak goryczy.
- Odpierdol się ode mnie! Co ja ci zrobiłem?! Nic nie zrobiłem! Powinienem jej powiedzieć, że nie mam od ciebie pozwolenia na słuchanie komplementów? Opamiętaj się, człowieku! – wykrzyczałem i wyrwałem się mu.
Moje dwa ostatnie zdania prawdopodobnie uświadomiły mu tę paranoję, bo znacznie złagodniał. Rozejrzał się dookoła niewidzącymi oczami. Kiedy chciałem wyjść, odezwał się:
- Czekaj, Till.
Nie miałem zamiaru wciąż go słuchać, ale złapał mnie za ramię. Spojrzałem na niego z wyrzutem.
- Wybacz – odparł i pogłaskał mnie po policzku. – Po prostu trudno mi było na to patrzeć.
- Na co? Jak nalewam jej whisky? – parsknąłem.
- Przysłuchiwałem się waszej rozmowie. Dlaczego byłeś dla niej taki przystępny?
Jego dłoń wciąż błądziła po mojej twarzy, co nieco mnie uspokajało, a zarazem nie pozwalało się skupić.
- Bo mnie chwaliła. Jestem miły dla każdego, kto to robi. Jestem psem na komplementy, nie na baby. Jeszcze tego nie wiesz, Dima?
Najwyraźniej zrozumiał, że mam rację, bo uspokoił się już zupełnie. Do tego spodobało mu się, że nie odtrącam jego dłoni, chociaż błądziła już po mojej szyi, a nawet ustach.
- Przyjdź zaraz do mojego biura. I czemu, na Boga, się spóźniłeś, Till? Co to miało być?
- A, to – spuściłem wzrok. Wstydziłem się odpowiedzi, ale nie chciałem go okłamywać. – Wsiadłem do niewłaściwego autobusu.
Zaśmiał się lekko i poczochrał mi włosy. Najwyraźniej zdążył już zapomnieć, że minutę temu trzaskał mną o ścianę. Mi jednak ten pokaz dominacji nie wyparował tak szybko z pamięci. Już drugi raz się z tym spotkałem w niedługim odstępie czasowym. Stanowiło to dla mnie coś nowego w jego zachowaniu, czego wcześniej nie znałem. Przyszedł mi do głowy pewien bardzo znaczący fakt, o którym do tej pory nie pomyślałem. Kiedy się rozstaliśmy był praktycznie w moim obecnym wieku. Teraz niewiele mu brakowało do trzydziestki. Nic dziwnego, że się zmienił i że mogłem czegoś o nim nie wiedzieć. Na przykład tego, że bywał chorobliwie gwałtownym, paranoicznym zazdrośnikiem.

 ***
Mijały kolejne dni. Zbliżał się kwiecień, a wraz z nim słodki, orzeźwiający zapach wiosny. Nadchodziła ona szybciej niż zwykle, co stanowiło zaskakującą, ale bardzo pozytywną odmianę. Niebo coraz częściej przybierało jasną, błękitną barwę, a drzewa i krzewy zaczęły rodzić pąki. Dzięki tej wiosenności czy też zapachu gleby i kwiecia zdarzało mi się zapominać gdzie i po co jestem. Prawdę mówiąc, przestałem w ogóle się nad tym zastanawiać. Broń w ręku stała się czymś tak naturalnym i codziennym, że nie myślałem już do czego tak naprawdę służy, gdy celowałem do tarcz czy pustych puszek.
Coraz częściej wychodziłem z domu. Był to jeszcze ten okres, kiedy bez strachu mogłem iść do lasu czy wędrować po mieście późną porą. Nie byłem nikim ważnym czy godnym uwagi dla Sołncewa czy kogokolwiek innego. Prawdopodobnie nawet o mnie nie wiedzieli. Dymitr szkolił (nie osobiście, ale jednak) mnóstwo osób, dlaczego ja miałbym być kimś wyjątkowym?
Tak, był to bardzo dobry czas. Może nawet najlepszy w moim życiu. Moment po tym, gdy treningi przestały być taką piekielną uciążliwością i przed tym, kiedy zostałem przestępcą tak naprawdę.
Dymitr zachowywał się spokojnie. Póki co, nie dostawał żadnych złych, alarmujących wiadomości. Co ważniejsze, nie widział żadnych kobiet obok mnie, a to niezmiernie mu odpowiadało. Zauważyłem, że o mężczyzn nie był wcale zazdrosny. Prawdopodobnie obawiał się, że z natury odczuwam pociąg do płci pięknej i dostrzegał w tym zagrożenie dla siebie. Wiedział, że ma na mnie wpływ, ale najwyraźniej uznawał to za odstępstwo od reguły.
Dziwnie było o tym myśleć. Co czuł do mnie? Czy chodziło tylko o to, że chciał mieć mnie na własność tak jak swój majątek, rezydencje i samochody? Rozłożyłem się wygodniej na trawie, analizując to. Chmury łagodnie przesuwały się na  niebie. Wyglądały jak kłęby waty cukrowej. Co za kwiecień w Moskwie! Coś niesamowitego.
- Odpoczywasz po treningu? Myślałem, że pierwsze, co zrobisz, to przyjście na obiad.
Drgnąłem, słysząc nad sobą jego głos. Chwilę potem zobaczyłem jego uśmiechniętą twarz. Usiadł obok mnie.
- Tak, miałem zamiar zaraz przyjść – wyjaśniłem i ziewnąłem. – Nie wybrudzisz sobie garnituru?
- Co tam garnitur – odparł beztrosko. – Mam takich jeszcze z pięćdziesiąt.
- Tak. Ale to nie wyjdzie zbyt elegancko, gdy Król Moskwy będzie wracał do domu z brudnym tyłkiem.
Parsknął śmiechem na tę uwagę.
- Daleko do domu nie mam.
Znajdowaliśmy się w ogrodzie za rezydencją. Ogród był ogromny i bardziej  przypominał mały lasek. Dymitr cenił sobie naturalność, a nie jakieś fantazyjne,  sztuczne aranżacje.
Bez żadnych wstępów czy zapowiedzi, zaczął mnie dotykać. Początkowo nie był to dotyk nachalny czy erotyczny; po prostu głaskał mnie po włosach czy po twarzy.
- Ktoś zobaczy – syknąłem, wystraszony.
- Kto ma zobaczyć? Ochrona znajduje się na zewnątrz, a tutaj wszędzie w około są drzewa. Już ci mówiłem, że lubię prywatność.
To mnie uspokoiło. Ułożyłem się z głową na jego kolanach. Jego smukłe, długie  palce błądziły między moimi jasnymi kosmykami. Przymknąłem oczy. Wtedy właściwie nic się nie liczyło. Ani mafia, ani szkolenie się na zabójcę, ani jego mania zazdrości. Właśnie dla takich chwil jak ta przechodziłem to wszystko.
Dymitr był sprytny i kiedy bardzo chciał, potrafił się kontrolować. Wiedział, że napastliwością nic nie zdziała, więc zasięgnął innej metody. Muskał moją szyję, docierając do ucha i z powrotem. Jego delikatne pieszczoty przyspieszały mi oddech, ale bardzo się starałem, żeby nie okazać podniecenia. Chociaż nie robił właściwie nic takiego, subtelnym dotykiem czy pożądliwym spojrzeniem potrafił mnie rozpalić. Wtedy, jak gdyby nigdy nic, oddalał się. Najwyraźniej postanowił wprowadzić swoje postanowienie w czyn – chciał, żebym sam do niego przyszedł, prosić o więcej. Wizja olbrzymiej satysfakcji, którą wtedy odczuje, pozwalała mu na samokontrolę. I może coś jeszcze. Uczucie władzy, które uwielbiał ponad wszystko.
Przesunął swoją rękę z mojej szyi na klatkę piersiową.  Spojrzałem na niego błagalnymi, zamglonymi oczyma.
- Czyżbyś miał na coś ochotę? – mruknął uwodzicielsko.
Kiedy nie odpowiadałem na jego pytanie, dodał:
- Powiedz „tak” i chodźmy do domu.
- Nie – jednym ruchem poderwałem się na równe nogi.
Wciąż nie potrafiłem mu ulec. Za bardzo się bałem.
Spojrzałem na niego raz jeszcze i oddaliłem się w stronę rezydencji. Nie próbował mnie gonić. Wiedział, że osiągnął to, co zamierzał.
W duchu przeklinałem sam siebie, że znowu pozwoliłem się mu podejść. Z drugiej jednak strony, uwielbiałem te słodkie, trudne do zniesienia tortury. W drodze zmieniłem decyzję. Zamiast do rezydencji, wybrałem się do miasta. Próbowałem po drodze wyrzucić ze swojej głowy wszystkie wizje, co by się stało, gdybym mu uległ. Gdybym poprosił go o więcej. Zagryzłem wargi, czując, że w taki sposób nigdy nie zniweluję mojego podniecenia. Jakoś jednak się udało – po raz kolejny. Kupiłem bilet, zamyśliłem się nad bronią, której dziś używałem i oswobodziłem się z żądzy. Na jakiś, raczej dość krótki, czas.
Autobus jechał krótko. Do centrum miałem zaledwie kilka przystanków. Wysiadłem na Twerskiej i postanowiłem pójść coś zjeść. Byłem straszliwie głodny, a nie miałem zamiaru wracać do domu dopóki nie ochłonę. Po drodze minąłem ogromny, wspaniały budynek. Był ceglany, w odcieniach beżu i przypominał pałac. Po chwili drgnąłem, zaskoczony. Na wejściowych drzwiach widniał napis: Ritz-Carlton. Więc o tym mówił Dymitr. Jeszcze przez chwilę przyglądałem się hotelowi, po czym ruszyłem dalej przed siebie.
Z racji na mój ubiór, nie wybrałem jakiejś ekskluzywnej restauracji. Poszedłem do zwykłej knajpki, która robiła niezły interes, sprzedając posiłki za kilka rubli w przeciwieństwie do ogromnej ilości tutejszych eleganckich restauracji. Przychodzili tam wszyscy ci, którzy znaleźli się w Moskwie, nie posiadając ogromnych kwot pieniędzy.
Gdy wszedłem do środka, wnętrze wyrwało mnie z rozmyślań. Było jakieś takie… biedne i brudne. Pomimo niechęci usiadłem przy jednym ze stolików. Na Boga, jak można mieć w restauracji takie biedne i brzydkie meble? Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jak bardzo już zdążyłem się zmienić. Przecież nie tak dawno siedziałem w jeszcze gorszej knajpce razem z Klausem. Luksus uzależniał i czynił człowieka jeszcze bardziej wybrednym.
- Co podać? – zapytała kelnerka. Miała całkiem ładną twarz okoloną blond włosami. Mogłaby być bardzo urodna, gdyby przytyła z dziesięć kilo. Przeraźliwie chude stworzenie uśmiechnęło się, czekając na zamówienie.
- Poproszę soliankę – odparłem, przerzucając karty  wyjątkowo skąpego menu.
Odeszła do lady, a ja poczułem współczucie do niej i do jej nienaturalnej figury. Była bulimiczką czy miastową biedaczką? Wiedziałem, że nigdy się nie dowiem i że nie pomogę jej w żaden sposób. Wolałem nie stwarzać sobie problemów przez relacje z kobietami. Zdawałem sobie sprawę, że gdyby coś dotarło do Dymitra, zrobiłby kolejny skandal. Z resztą, nie miałem ochoty zgrywać współczesnego herosa. Z pewnością zrobiłbym z siebie idiotę, a na to także nie miałem najmniejszej chęci. W gruncie rzeczy, to nie moja sprawa.
Po dziesięciu minutach dostałem swoją zupę. W żaden jednak sposób nie przypomniała mi wspaniałego smaku z dzieciństwa. W dodatku miałem wrażenie, że została zrobiona ze starych ryb. Wywoływała we mnie obrzydzenie, podobnie jak ten nieciekawy przybytek kojarzący się z jadłodajnią dla bezdomnych. Nie dokończyłem posiłku. Wstałem od stołu, zapłaciłem i wyszedłem.
Zrozumiałem, że od kiedy dzieliłem z Dimą jego bogactwo, nie byłem już w stanie pojawiać się w takich miejscach. Jeśli coś nie zaliczało się do pierwszej klasy, po prostu wywoływało moją niechęć.
Zboczyłem z miejskich dróg w park. Potrzebowałem zacisznego miejsca, żeby się uspokoić. Wciąż byłem skołowany i widziałem przed sobą obrazy, których w tamtej chwili wcale nie miałem ochoty oglądać. Przechodziłem obok drzew i starych pomników, ale nie zatrzymywałem wzroku na niczym. Zupełnie tak jakby drzewa przechodziły obok mnie, a nie ja obok nich.
Włożyłem ręce w kieszenie. Dima wciąż próbował nagiąć mój upór, a ja wahałem się czy to dobrze. Wszystko zmierzało do romansu, a ja potrafiłem spieprzyć każdy romans. Miałem w swoim życiu kilka kobiet i zawsze się wycofywałem albo stawałem się na tyle nieznośny, obojętny i rozgoryczony, że to one odchodziły. Westchnąłem głośno. A co jeśli tym razem wyjdzie tak samo? Wyglądało jednak na to, że w żaden sposób nie mogę zaradzić wypadkom. Napięcie między nami wciąż rosło i zdawałem sobie sprawę, że rozwiązanie jest tylko jedno.
Byłem na tyle zgnębiony i przytłoczony, że nie patrzyłem, gdzie idę. Oczy miałem utkwione w swoich butach. Nie widziałem jednak butów, tylko masę wątpliwości, których nie potrafiłem rozwiać. Jednak w sensie fizycznym obchodziłem dookoła jakiś prostokątny pomnik i zachowywałem jakieś mierne pojęcie o tym fakcie.
Miałem właśnie skręcić, gdy doszedłem do rogu. Uniosłem wzrok i poczułem, ze serce mi stanęło.  Zamiast drzew w oddali, zobaczyłem jakąś strzygę kilka centymetrów przede mną. O mały włos byśmy się ze sobą zderzyli. Przerażony, odskoczyłem do tyłu i wrzasnąłem. Odruchowo złapałem się za serce. Istota przede mną również wydała z siebie piskliwy krzyk. Potrzebowałem kilku sekund, żeby zdać sobie sprawę, że to nie żadna istota diabelska, która przyszła mnie zabrać do piekielnych czeluści. Była to zwykła nastolatka, chociaż może określenie „zwykła” nie za bardzo spełnia swoją funkcję. Odziana w skąpą białą koszulkę i różową kamizelkę, patrzyła na mnie cielęco i z dziecinną radością. W jej twarzy i odsłoniętym pępku dostrzegłem kolczyki.
- Sie masz? – zapytała wesoło i klepnęła mnie w ramię swoją mandarynkową dłonią. Jej ręka musiała mieć wiele kontaktów z solarium, podobnie jak reszta jej osoby.
Osłupiały wpatrywałem się w nią, nie rozumiejąc, czego ode mnie chce.
- Czy my się znamy…? – zapytałem skonfundowany i zbity z tropu jej zachowaniem.
- Jaki lol! Ale się wystraszyłam! – krzyknęła, jednak chyba bardziej do siebie niż do mnie.
Zaśmiała się i minęła mnie, podejmując dalszą drogę. Po chwili zrobiłem to samo. Po krótkim przemyśleniu doszedłem do wniosku,  że w jej środowisku zwrot „Sie masz?” połączony z poklepywaniem, to widocznie pozdrowienie dla nieznajomych.
- A już myślałem, że Bóg mnie przeklął – mruknąłem do siebie, przypominając sobie jej zatrważający wygląd. Mandarynkowa podróbka kobiety, która myśli, że wygląda świetnie.
Pokręciłem głową, przypominając sobie mój wrzask. Świetnie, Till Lohengrin, przyszły zabójca i wspólnik mafijny, prawie doprowadzony do zawału przez piętnastolatkę. Dobrze, że nikt tego nie widział. Uznałem, że mam dość spacerów na dziś i wróciłem do domu.

***

Minąłem Afgańczyków, którzy zawsze pilnowali drzwi bez jakiegokolwiek wyrazu na ich neutralnych twarzach. Było trochę po siedemnastej. O tej porze to zawsze oni pełnili wartę, to już zdążyłem zauważyć. W jakiś irracjonalny sposób poczułem do nich sympatię i najbardziej lubiłem, kiedy to oni stali przy drzwiach. Pewnie dlatego, że po raz pierwszy przekroczyłem próg właśnie wtedy, gdy oni czuwali przy wejściu.
Bez słowa wszedłem do domu. Chciałem się skierować do kuchni, gdyż ohydna zupa wcale nie zaspokoiła mojego głodu. Zanim jednak tam dotarłem, usłyszałem głos Jegora. Zdziwiłem się. On tutaj? Co on tu robił? Podążyłem za jego głosem i wkrótce znalazłem się przy drzwiach jednego z salonów. Były uchylone, więc nie miałem trudności z usłyszeniem rozmowy.
- Dolać ci jeszcze? – usłyszałem pytanie Dymitra.
- No pewnie, Dymitrze Iwanowiczu. Ledwie co poczułem, że coś wypiłem. Toż to dobre na początek.
- A słoniny chcesz?
- A chcę, oczywiście, że chcę. To zabawne, wiesz? Mógłbyś brać kąpiele w forsie, a dalej zagryzasz słoniną.
- Nawyk z domu. Człowiek nigdy nie wyrzeknie się tego, kim się urodził. Z resztą, nawet tego nie chcę.
Rozległ się śmiech. Dlaczego właściwie ich podsłuchiwałem, co spodziewałem się usłyszeć? Robiłem to chyba z czystej ciekawości. Zastanawiało mnie także, z jakiego powodu Dima zaprosił go na wódkę.
- Uważasz się za biedaka, Iwanowicz? Toż to chyba jakiś żart.
- Nie jestem ograniczony jak biedak. Ale nie mam też mentalności arystokraty. Jestem po prostu człowiekiem, którzy dokądś doszedł. Twoje zdrowie!
Rozległ się stukot szkła, gdy wznieśli toast. Zorientowałem się, że wypili już nie mało; Jegor stał się znacznie bardziej rozmowny i przyjacielski.
- Tak, taak. Pytanie tylko; dokąd?
- Daleko. To wystarczy.
- Ach, Dymitrze, jak ty się zmieniłeś.
- Dorosłem. Po prostu dorosłem, Jegor. No i właśnie do czegoś doszedłem.
- Ale jakże ty inny byłeś od twojego podopiecznego.
Prawie się poderwałem, słysząc, że rozmowa zaczyna schodzić na mnie. Podekscytowany, z niecierpliwością oczekiwałem na jego dalsze słowa.
- To znaczy? – dopytywał się Iwanowicz.
- Byłeś butny. Bezczelny. Starałeś się pokazać, że coś znaczysz, że nie jesteś bezużyteczny. Byłeś jak tonący, który ciągle wrzeszczy, w nadziei, że zostanie zauważony i uratowany. Nie znosiłem cię. Nie znoszę takich gówniarzy.
Tym razem Dima się roześmiał, a ja zdziwiłem się, że pozwala sobie, aby Jegor odzywał się do niego w taki sposób. Najwyraźniej przy wódce przechodzili na znacznie mniej oficjalny ton.
- Byłem zdesperowany, Jegorze. I muszę przyznać, że posłużyłeś się bardzo trafnym porównaniem. Powiedz mi co z Lohengrinem; czyżby on bardziej ci się spodobał?
Jegor chyba przełknął kolejny kieliszek i odpowiedział.
- Muszę przyznać, że on nie irytuje mnie tak okropnie jak ty wtedy, Iwanowiczu! Jest inny, zupełnie, całkowicie inny! – powtórzył.
- Jaki?
- Cóż – mlasnął. – Też jest dumny i zawzięty, ale w inny sposób. Jest inny, bo nie bezczelny, tylko pokorny i milczący.
Całkowicie mnie zaskoczył. Jegor wyrażał się o mnie w pozytywny sposób? Poczułem się jakby coś mnie połechtało w wyjątkowo przyjemny sposób. Zmrużyłem oczy i słuchałem dalej.
- To dzieciak zupełnie nie przystosowany do takiego wysiłku. Kiedy go zobaczyłem, przeszło mi przez głowę, że to jakaś pomyłka. Ta delikatna budowa… Prawie jak kobieta.
Zmarszczyłem się. No to chyba nadszedł kres wysłuchiwania przyjemnych rzeczy…
- Ale gdyby kobiety takie były, to każda mogłaby zostać żołnierzem!
… a może jednak nie.
- Co masz na myśli? – interesował się jego współrozmówca.
- Szczeniak na początku był słaby i nieporadny jak mucha. Ale ani razu się nie poskarżył. Początkujący może nie robią jakichś scen, ale często stwierdzają, że już nie mogą, że nie dadzą rady. Z resztą, na pewno pamiętasz. I to nie byle jacy, kawał chłopa! Te treningi to istny terror, a co dopiero dla nieprzystosowanego do wysiłku organizmu. A Lohengrin… wył i płakał, to trzeba przyznać, ale… nigdy się nie poskarżył. Nieraz padał na pysk i to dosłownie, ale nie stwierdził, że już nie podoła. Ma niezwykłą wolę i… samodyscyplinę. Jego ciało staje się coraz silniejsze. To jeszcze długa droga, ale… myślę, że ma potencjał.
Dopiero kiedy skończył mówić, zdałem sobie sprawę, że się uśmiecham. Łzy wzruszenia stanęły mi w oczach i w tej chwili pomyślałem, że kocham poczciwego Jegora. Miałem ochotę przyjacielsko poklepać go po jego ogolonej czaszce i wychylić z nim butelkę wódki.
- Od początku wiedziałem, że przypadł ci do gustu – stwierdził Dima.
- Co? Skąd niby?
- Po pierwszym treningu wspomniał mimochodem, że poczęstowałeś go wodą. Budzący postrach Jegor, potwór z Ukrainy, miłosiernie częstujący spragnionych! To dopiero wydarzenie! – zaśmiał się Dima.
- A tam! – warknął Jegor, najwyraźniej niezadowolony, że jego dobry uczynek wyszedł na jaw. – Ten syneczek wyglądał tak jakby miał skonać. Był taki słaby, a jednocześnie taki silny. Rozumiesz, o czym mówię, Iwanowiczu? Był chorobliwe zdeterminowany. Tak jak ty, ale w inny sposób.
- Ach tak – mruknął tylko Dima. Jego głos zadrżał lekko, jakby był wzruszony tą wiadomością.
- Początkowo byłem sceptyczny. Myślałem, że wymięknie po jakimś czasie. Ale jak dotąd nic z tych rzeczy.
Nastąpiła chwila milczenia, ale ja wiedziałem, że nie potrzebuję już usłyszeć niczego więcej. Byłem szczerze poruszony i zaskoczony słowami Jegora. Rzecz jasna, przy mnie nie okazywał mi takiego entuzjazmu. Zawsze był surowy i nieprzyjemny. Nigdy mnie nie chwalił. Tym większa była moja radość, gdy usłyszałem tyle dobrego na swój temat.
- A nie tak dawno byłeś jeszcze zaniepokojony o jego uwarunkowania – przypomniał Dima.
- Bez potrzeby. On przełamuje te uwarunkowania. Jego sylwetka się zmieniła, zauważyłeś?
- Tak, zwróciłem uwagę.
No w to, to nie wątpię, pomyślałem z krzywym, lekko ironicznym uśmiechem.
- W końcu wygląda jak chłop, a nie jak jakiś gryzipiórek! Ale nadgarstki to dalej ma cieńsze od mojej żony.
Podskoczyłem tak, że prawie wpadłem na drzwi. Nie chodziło jednak o irytującą uwagę na temat nadgarstków, tylko… Jaką żonę?! Jegor ma żonę?! Nigdy w życiu bym się tego nie spodziewał!
 - Niemożliwe, twoja żona jest taka mała i drobna. Przesadzasz, Jegorze. Till to nie aż takie chuchro. W porównaniu do ciebie każdy jest postury kobiety czy nawet dziecka.
Drgnąłem. Zwykle nie nazywał mnie w czyjejś obecności po imieniu. Jegor jednak nie zwrócił na to uwagi, wciąż przejęty wydawaniem swojej oceny.
- Ach, nie ważne! No ale o tej jego figurze! To właśnie efekt ciężkiego zapierdolu, przyjacielu. Bardzo szybko wyrobił sobie rzeźbę. Aaa, i jeszcze jedna rzecz. Podejrzewałem, że skurczybyk mógł wtedy podsłuchiwać, dlatego nie chciałem być zbyt pochlebny. Jeszcze psubrat spocznie na laurach.
Skrzywiłem się. Jegor miał dziwną manierę mówienia o mnie obelgami, jednak w jakiś pozytywny, może nawet lekko pieszczotliwy sposób. Słuchało się tego bardzo ambiwalentnie.
No tak, podsłuchiwanie. Trzeba przyznać, że chyba miałem do tego zapędy.
- Pochwal go czasem, będzie mu przyjemnie. On to bardzo lubi – mruknął, po czym nastąpiła krótka przerwa. – Flaszka się skończyła.
- Och. A nie ma kolejnej?
- Oczywiście, że jest.
Niczego już nie chciałem usłyszeć. Uszczęśliwiony jak dziecko, udałem się do siebie.