Pierwotny adres bloga to http://www.siodmy-krag.blogspot.com/ Ta strona jest założona specjalnie na potrzeby konkursu, jako, że na wyżej wymienionym adresie opowiadanie jest umieszczane dopiero od rozdziału ósmego (wcześniej ukazywało się na pewnym portalu). Nie chcąc robić niepotrzebnego bałaganu, postanowiłam założyć tę stronę, aby wszystkie rozdziały były ułożone w porządku chronologicznym.

Na http://siodmy-krag.blogspot.com/ znajdują się komentarze czytelników jak i notki umieszczane w naturalnej częstotliwości.

Postanowiłam również ocenzurować opowiadanie, tak, aby nie zawierało scen erotycznych bądź innych niestosownych dla nieletnich odbiorców w związku z głosowaniem internautów.

wtorek, 27 września 2011

Rozdział pierwszy



~~Prolog~~

Stałem na przystanku i trząsłem się jak galareta. Miałem wtedy osiem lat i marne pojęcie o tym, czym jest zróżnicowanie stref klimatycznych. Skoro u mnie zimy nie były srogie, to tu powinno być tak samo, prawda…? Właśnie przez takie naiwne rozumowanie wyszedłem rano z domu w niezbyt ciepłej kurtce. Na moje nieszczęście, mama rozmawiała wtedy przez telefon i nie zwróciła na to uwagi. Drogę do szkoły jakoś udało mi się pokonać, ale z powrotem koniecznie chciałem wracać autobusem. Miał jechać już pięć minut temu, ale wytrwale czekałem, mając nadzieję, że lada moment zobaczę nadjeżdżający pojazd. Przez ten okropnie wydłużający się czas, przeskakiwałem z nogi na nogę, aby nieco się rozgrzać. Oprócz tego od czasu do czasu chuchałem sobie w dłonie.
Nagle usłyszałem dźwięczny śmiech, który rozległ się tuż przy mnie. Nie był to jednak kpiarski rechot, tylko radosny, gromki śmiech szczerze rozbawionej osoby. Podniosłem wzrok i zobaczyłem chłopaka, sporo wyższego i prawdopodobnie starszego ode mnie. Spojrzałem na niego z takim gniewem, z jakim zwykle patrzy zirytowany ośmiolatek.
- Co cię tak bawi? – mruknąłem do niego.
 - No jak to co? – odpowiedział bez urazy w głosie. – Przecież ty tańczysz! Tańczysz na przystanku!
- Wcale nie! – upierałem się.
- Właśnie, że tak! – uznał chłopak. Miał jasno niebieskie roześmiane oczy i pierwszym, co mi przyszło na myśl było to, że go nie rozumiem.
- Robiłeś tak! – odparł i zaczął przeskakiwać z nogi na nogę i klaskać w dłonie. – Jak Indianin!
Spojrzałem na niego obrażony i nie odezwałem się.
- E-ej. Przecież żartuję – oznajmił, najwyraźniej widząc, że poczułem się urażony.
- Po prostu mi zimno – wyjaśniłem.
- No tak, zimy tutaj to nie przelewki. Nie jesteś stąd, prawda? Masz dziwny akcent.
- Nie – odparłem, bez żadnej kontynuacji.
- Niemiec? Holender?
- Jestem z Niemiec, z Lüdenscheidu – odpowiedziałem.
- Aaaa. Taki mały i umiesz po naszemu? – zdziwił się.
- Tak, babcia mnie uczyła przez trzy lata. Tata przewidział, że  wkrótce tu przyjedziemy… Ale czemu ty mnie tyle pytasz? – oburzyłem się. – Sam coś powiedz.
- Coś powiedzieć…? – zapytał i podrapał się po brodzie, w geście namysłu. – Mam na imię Dima, a ten rozkład jest nieaktualny.
- Was?! – krzyknąłem, przerażony i zrozpaczony faktem, że będę musiał wracać pieszo.
- Aaa, czyli w ekscytujących momentach wyrywa ci się po twojemu… - odparł z uśmiechem.
- Odczep się – zdenerwowałem się znowu, myśląc, że śmieje się ze mnie. – I co to w ogóle za imię? Jak jakieś zwierzątko…
- To skrót od Dymitr. A jak ty się nazywasz, tańczący Indianinie?
Widząc, że gotuję się ze złości, zaśmiał się znowu radośnie.
- Till! – warknąłem, oburzony do granic możliwości.
- Acha. Jak krasnoludek… Więc chodź, Tillu – odparł i owinął mi wokół szyi swój szalik.
- Gdzie? Gdzie idziemy? – zapytałem, dając się ciągnąć za rękę.
- Mieszkam kilka kroków stąd. O, tam – wskazał palcem pobliski dom. – Pożyczę ci swoje stare futro.
- Co? – zdziwiłem się.
- Odmrozisz się jak będziesz w tym „kostiumie kąpielowym” wracać do domu, głupolu.
- Jak ty mnie nazwałeś?!
- Ale ty jesteś pocieszny… - odparł i zaśmiał się po raz kolejny.
Tak, naprawdę go nie rozumiałem. Czy normalni ludzie podchodzili do innych i mówili im, że tańczą jak Indianie, a potem proponowali pożyczenie kurtki? Nie, z pewnością nie. Dima nigdy nie był normalny. Zawsze był zdrowo pokręcony.
Gdy dotarliśmy do jego domu poczęstował mnie gorącą herbatą przy której trochę rozmawialiśmy. Jego matka i mieszkanie podzielały te same cechy co Dymitr. Chociaż wszystko wokoło było raczej ubogie, wydawało się w jakiś sposób niezwykłe i ekscentryczne. Jego mama miała na sobie różowy fartuch z koronkami, zupełnie jak wyciągnięty żywcem z innej epoki. Natomiast na ścianie wisiał zegar z kukułką. Wcześniej widziałem takie tylko na filmach. U nikogo w domu, w całym moim ośmioletnim życiu, nie zobaczyłem zegara z kukułką.
- Czy tam jest prawdziwa kukułka? – zapytałem Dimy, na co ten stłumił kolejny tego dnia napad śmiechu.
- Nie! Jak mogłaby być prawdziwa? Przecież nie siedziałaby tam cały czas. Ale ty jesteś niemądry – uznał i poczochrał mi włosy.
- Właśnie, że jestem! Mama mówi, że jestem.
- Dima, nie dokuczaj koledze – odezwała się jego mama i dolała nam herbaty.
- Nie dokuczam, weź, mamo… Wcale nie dokuczam! Co nie, Till? – zwrócił się do mnie z łobuzerskim uśmiechem.
- No nie wiem… - zawahałem się poważnie.
- Weź! No nie żartuj mi tu! – odparł i zaczepnie mnie szturchnął.
Odwzajemniłem kuksańca. Zaczęliśmy się radośnie szamotać, aż jego mama musiała nas uspokajać. Była jednak raczej pobłażliwie nastawiona do tych dziecinnych wygłupów.
Za oknem zaczął padać śnieg i jego duże płaty opadały na całkiem pokaźną warstwę już ubitej, białej masy. Pomyślałem wtedy, że dobrze jest pić imbirową herbatę w taki mroźny i okropnie nieprzyjemny dzień. Tak, zdecydowanie mi to odpowiadało. Do wiosny było jeszcze tak bardzo, bardzo daleko.




1.     Upadek boga


Moskwa, rok 2025. Dzień obecny.

Bieg. Szaleńczy bieg. Z trudem mogłem już łapać powietrze. Krztusiłem się kolejnymi jego haustami, ale wciąż gnałem przed siebie. Potknąłem się i upadłem. Zabolało mnie kolano, ale wtedy to w ogóle się nie liczyło. Błyskawicznie poderwałem się do góry, nie bacząc na ból i oszołomienie. Zgęstniała ślina sprawiała, że się krztusiłem. Mdłości. Okropne mdłości spowodowane nadmiernym wysiłkiem. Bałem się odwrócić.
W jakimś zakątku mojego umysłu czaiła się paraliżująca obawa, że nie ucieknę. Psy miały taktykę, doświadczenie, liczebność. Ja, pomimo wszystkich swoich umiejętności, nigdy jeszcze nie byłem w takiej sytuacji. Nigdy jakoś nie przyszło mi do głowy, że od szybkiego biegu może kiedyś zależeć moja przyszłość.
Pomimo strachu, rzuciłem szybkie spojrzenie w tył. Ścigający znajdował się jakieś pięć metrów za mną. Dobrze, miałem jeszcze szansę. Raptownie skręciłem w boczną uliczkę. Nie wiedziałem, czy udało mi się go zgubić czy nie, ale nie miałem czasu, aby to sprawdzić. W tamtej chwili chciałem biec i nigdy się nie zatrzymywać. Lodowata strzała strachu przeszywała mnie na wylot, nie potrafiłem racjonalnie myśleć. Wmawiałem sobie bez ustanku: „Nie mogą mnie złapać. Mnie na pewno nie złapią. Przecież nie jestem jakimś tam przeciętnym przestępcą. Ja jestem potęgą”. Wierzyłem w to, że mam moc. Zdawałem sobie sprawę, że każdego króla da się zrzucić z tronu, ale nigdy nie wziąłem pod uwagę, że ze mną może być tak samo.
Noc mi sprzyjała. Bezksiężycowa, czarna jak heban. Po jakimś czasie przystanąłem na moment, aby zaczerpnąć choć kilka głębszych oddechów. Szybko zlustrowałem okolicę. Wydawało się, że jest pusto. Bezzwłocznie ponowiłem bieg. Zakłuło mnie w płucach. Po krótkim postoju sprint okazał się zdecydowanie trudniejszy. Nie poddawałem się. Za nic nie chciałem dopuścić do siebie myśli, że mogą mnie schwytać. Że przestanę być tym, kim wtedy byłem. Nie, nie, niemożliwe. To nie może się wydarzyć.
Spróbowałem przyspieszyć. Mięśnie, znacznie nadwyrężone, zdawały się płonąć. Nie, tylko nie słabość. Nie w takim momencie. Jedyne, co słyszałem, to swój szybki, krótki oddech i uderzenia butów o chodnik. Dźwięki tak tępe i denerwujące, że doprowadzały mnie do wściekłości.
Skupienie. Tak, musiałem się skupić. Nikt nie da mi drugiej szansy. Rzuciłem szybkie spojrzenie w lewo. Czysto. Skręciłem. Najgorsze było to, że straciłem zupełnie orientację, gdzie jestem.  Włosy lepiły mi się do czoła, piekący pot wpadał do oczu. Jeszcze trochę, kurwa, jeszcze trochę! No dalej, Till, dasz radę! Na końcu uliczki dostrzegałem światło lampy. Bezwiednie kierowałem się tam, mając nadzieję, że może zgubili trop. Nikła poświata przybliżała się coraz bardziej i bardziej. W końcu stanąłem w niej cały, światło na moment mnie oślepiło.
- Stać! – usłyszałem męski krzyk.
W tym samym momencie ktoś złapał mnie stalowym ramieniem. Spróbowałem się wyrwać, ale już za chwilę moje ruchy krępowało dwóch, dużo silniejszych i większych ode mnie mężczyzn. Kiedy oczy przyzwyczaiły się do jasności, zorientowałem się, że to wcale nie lampa dawała taki blask, tylko reflektor. Wyjście z uliczki oblegali uzbrojeni mężczyźni, tworzący ciasne półkole. Zacisnąłem zęby.
- Myślał pan, panie Lohengrin, że pościg zostanie przygotowany z kilku marnych policjancików? – odezwał się do mnie agent trzymający mnie za lewe ramię.
Obrzuciłem go nienawistnym spojrzeniem. W odpowiedzi uśmiechnął się jadowicie i sprawnym, wytrenowanym ruchem skuł mnie kajdankami. Zimny metal przyległ do spoconej skóry nadgarstków.

***

Agenci nie patyczkowali się ze mną ani nie starali się mi przypominać o moich prawach człowieka. Najpierw brutalnie rzucili mną o maskę samochodu, rzekomo chcąc sprawdzić, czy nie mam przy sobie broni lub innych narzędzi niebezpiecznych. Potem, zamiast od razu wpakować mnie do wozu, kilkakrotnie uderzyli mnie tonfami. Zdawało mi się, że biło mnie kilka osób, chociaż przez obezwładniający ból nie mogłem stwierdzić tego na pewno. Ze śmiechem słuchali moich wrzasków. Tak, tu pojęcie „prawa człowieka” stanowiło coś abstrakcyjnego, co każdemu kojarzyło się co najwyżej z jakąś książkową definicją. To nie były ani Niemcy ani Ameryka. To była Rosja.
Ubrali mnie w kaftan bezpieczeństwa i ostatecznie wpakowali do  czarnego samochodu. Gorączkowo starałem się myśleć logicznie. Krata oddzielająca mnie od kierowcy i drugiego pasażera nie pomagała mi w zachowaniu spokoju. W żaden sposób nie mogłem przestać myśleć o tym, gdzie byłem i nie potrafiłem się pozbyć gorzkiego, mdlącego przeczucia, co się ze mną stanie.
Spokojnie… Tylko spokojnie… Żołądek zaciskał się boleśnie, a ból od otrzymanych razów wcale nie mijał. Łapałem spazmatyczne oddechy, nie mogąc się uspokoić. Sytuacja była beznadziejna. Spróbowałem się poruszyć, ale moje ruchy okazały się bardzo ograniczone. Najwyraźniej jako zagrożenie dla otoczenia zajmowałem na ich liście numer jeden. Było mi niewygodnie, ale w tamtym momencie to nie stanowiło żadnego problemu. Wolałbym znosić po stokroć większy ból, byleby tylko uniknąć tej definitywnej klęski. Brzęczenie silnika wierciło mi dziurę w głowie, brzmiało zupełnie jak tykanie zegara dla konającego.
Dima, dlaczego nigdy mnie nie ostrzegłeś…? Czy nie wierzyłeś, że czasy zmienią się tak bardzo?
- Cholera, ta zasrana ciężarówka stoi mi na drodze! – warknął jeden z Psów.
- Uspokój się, Arief. Pewnie na światłach. Taką pauzę można wykorzystać – odparł i z obleśnym uśmiechem wylał na mnie zawartość swojego plastikowego kubka.
Obrzuciłem go nienawistnym spojrzeniem.
- Eej, widzisz jak ta suka się gapi? Aż się prosi, żebyśmy zrobili gdzieś postój i pokazali mu, kto tu rządzi. Jebany Szwab.
- Aż dziwne, że ci mafijni zasrańcy go wzięli do siebie. Zapewne miał wtyki.
- Pewnie taaa… - odparł pasażer i zmiażdżył kubek w dłoni, zapewne wyobrażając sobie, że to ja znajduję się na miejscu kubka. – Oni są żałośni. Żałośni i już martwi – odparł, znowu uśmiechając się w ten paskudny sposób.
- Nie pasują do Nowego Porządku, to trzeba ich wyeliminować.
- Nie prościej byłoby zrobić z nich psów władzy? Co?
- Z nich? Są zbyt niezależni. Nie dałoby się zrobić z nich wiernych, posłusznych psów. Do trzech byś nie policzył, a już byłaby rebelia…
- Ta, pewnie  ta. A co pan o tym myśli, panie Lohengrin? – zapytał mnie,  kpiarskim, pseudo-oficjalnym tonem.
Nie miałem ochoty dłużej patrzeć na jego obrzydliwą gębę, więc po prostu odwróciłem wzrok w stronę szyby. Zarysy budynków przemykały mi przed oczami, światła rozmywały się, zupełnie jakby wlekły się za nimi jasne warkocze.
- Odpowiadaj, skurwielu! – usłyszałem wrzask wściekłego szpiega.
Nie odwróciłem się w jego stronę. Był niewychowanym, rozwrzeszczanym robakiem, o niezwykle wysokim poziomie głupoty. Gardziłem nim z całego serca, podobnie jak i resztą.
- Zatrzymaj się, Arief! Nie wytrzymam – krzyknął znowu.
- Cicho siedź. Mamy go „dowieźć na miejsce tak szybko jak to tylko możliwe” – zacytował rozkaz.
Krzykliwy osobnik przeklął pod nosem, ale najwyraźniej dał spokój. Po chwili zorientowałem się, że gdy tylko zaległa cisza, poczułem się jeszcze gorzej. Chociaż wojskowy definitywnie mnie poniżał, skupiałem się na nim, a nie na swoich czarnych myślach. Gdy zamilknął, cały ich nawał powtórnie uderzył mi do głowy. Ponura przyszłość malowała się przede mną wyjątkowo wyraźnie i namacalnie. Byłem bezbronny jak dziecko i ta świadomość najbardziej mnie przerażała. Zdawałem sobie sprawę, że Nowy Porządek zaoferuje mi natychmiastową egzekucję, zesłanie do więzienia albo do jeszcze paskudniejszego miejsca. Bałem się jak nigdy dotąd w życiu. Co prawda nieraz znajdowałem się w rozpaczliwej sytuacji, ale jeszcze nigdy nie posiadałem pewności, że nie ma żadnej drogi ucieczki ani ratunku. Zamknąłem oczy, starając się opanować napierający na mój umysł napad paniki. Brzęczenie silnika i polityczna gadanina dwóch Psów dźwięczały w mojej głowie i zdawało mi się, że rozchodzą się echem.
Samochodem zatrzęsło i przewróciłem się na podłogę wozu. Krępujący mnie kaftan nie pozwalał mi na jakikolwiek ruch, więc powstanie okazało się niemożliwe.
- Ej, zleciał – odezwał się jeden z nich.
- To co z tego? Niech leży, kurwa mać. I tak jest czymś gorszym od zwierzęcia. Nie musi siedzieć.
- Heh... Masz rację.
Zacisnąłem zęby, nie mogąc nic poradzić na to upokorzenie. Traktowali mnie jak szmatę, do czego bynajmniej nie przywykłem. Pomimo tego, że makabryczna wizja przyszłości towarzyszyła mi odkąd mnie pojmali, dopiero w tamtym momencie pojąłem istotę rzeczy w całym jej kształcie i w pełnym kolorycie. Dotarło do mnie, że jeśli pozwolą mi żyć, bardzo często będę się znajdował w pozycji horyzontalnej i to bynajmniej nie w pozytywnych czy też neutralnych okolicznościach. Tylko właśnie tak jak w tamtej chwili; przyrównany do śmiecia, który nie zasługuje nawet na to, żeby siedzieć. To przeczucie przeszyło mnie na wylot, doprowadzając do szaleństwa. Zacząłem krzyczeć. Wrzeszczałem jak oszalały, zagłuszając Ruskich, warkot silnika i swój szloch. Nie potrafiłem ogarnąć tej nowo poznanej prawdy rozumem, moje zmysły buntowały się przeciwko niej ze wszystkich sił. Do tej pory ludzie kłaniali mi się, wargi im drżały w obawie, że wypowiedzą jakieś nieodpowiednie czy niepożądane słowa. Od skinięcia mojej głowy zależało czyjeś życie lub czyjaś śmierć. Dzierżyłem w rękach władzę o wiele bardziej podniecającą i konkretną niż chociażby głowa państwa. To wszystko nie mogło mi się przytrafić! Nie mogło, w żadnym wypadku! To wydawało się zbyt potworne, zbyt niewiarygodne. Nie mogłem przegrać. Wierzyłem, że ktoś inny może by mógł, ale mnie to nie dotyczyło. Materia, z której byłem stworzony lśniła właściwym tylko sobie blaskiem i w związku z tym nikt inny mi nie dorównywał. Swego czasu pokonałem wszystkie granice, pokonałem samego siebie i dlatego doszedłem do wniosku, że jestem w stanie zniszczyć lub przeobrazić wszystko, jeśli tylko zechcę. Niestety moje wrzaski w żaden sposób nie dawały dowodu mojej mocy kreacyjnej. Zamiast tego czułem w ustach słony smak łez i dusiłem się zgęstniałą śliną. Poczułem lodowaty chłód w żołądku  i narastające mdłości. Czyli tak kończy każdy król. Na bruku, z głową w rynsztoku.
 Zrozumiałem, że jestem skończony.

Kiedy dojechaliśmy na miejsce, agenci zaprowadzili mnie do celi. Co prawda byli na tyle wspaniałomyślni, że zdjęli mi kaftan i kajdanki, ale zaraz potem jeden z nich złapał mnie za włosy i rzucił mną o ścianę. Moja szczęka boleśnie zderzyła się z nią, ale udało mi się zdławić w ustach jęk bólu i wściekłości. Psy jeszcze przez chwilę stali za kratkami i przyglądali mi się.
- Że też tego gościa szukaliśmy tak długo? Wydaje się beznadziejny – uznał Arief, wbijając we mnie pogardliwy wzrok.
- Każdy z nich tak wygląda, jak już nie ma ani ludzi, ani broni. Jest wtedy nikim. Chodź już, nie mamy czasu. A ty, Lohengrin, poczekasz tu grzecznie na wyrok sądu – odparł drugi z nich i zaśmiał się gardłowo.
Posłali mi równie wredne, szydercze uśmiechy. Zaraz potem zniknęli w ciemnym korytarzu, a ja zostałem sam, w obskurnej celi  z zakratowanym oknem. Było tak małe, że nawet jeśli jakimś sposobem udałoby mi się wyrwać kraty, przecisnąłbym przez nie co najwyżej głowę. Malutki otwór w ścianie, przez który przeciskał się wątły strumień światła.
Zamknąłem oczy i pomasowałem dłonią obolałą szczękę. Bałem się podnieść powieki. Zdawałem sobie sprawę, że widok, który pojawi się przed moimi oczami będzie od teraz stanowił moje codzienne środowisko, jeśli tylko nie dostanę wyroku śmierci. Byłem o tym całkowicie przekonany.
Wiedziałem, że takie postępowanie jest bezcelowe, więc zaraz potem wolno się rozejrzałem. Trzy stare łóżka, wyglądające jak szpitalne. Klozet i umywalka w rogu pomieszczenia. Mały stolik i brak jakichkolwiek krzeseł. W zasadzie nie znajdowało się tam nic więcej. Podłoga była wyłożona kafelkami, jakich nie używano już co najmniej od pięćdziesięciu lat. Obecność tych prostych, nielicznych mebli napawała mnie w tamtym momencie taką trwogą, że nie czułbym się gorzej nawet gdyby pokazano mi rozszarpujących się na strzępy więźniów. Te proste, archaiczne sprzęty sprawiały, że człowiek odnosił wrażenie, jakby czas zatrzymał się tutaj jeszcze za carskiej Rosji. Nie trudno było się domyślić, że panujące tu prawa będą miały dużo więcej wspólnego z prymitywem niż z tak popularnym pojęciem humanitarności.
Przysiadłem na łóżku. Lekko zaskrzypiało pod moim ciężarem. W około rozlegała się przerażająca cisza, złowroga i ziejąca pustką. W tym dziwnym areszcie nie było żadnych innych celi, a przynajmniej nie w pobliżu. Do moich uszu dochodził tylko szum wiatru i rytmiczne kapanie wody. Skąd i dokąd kapała…? Nie wiedziałem.
Nie płakałem. Wydawało mi się to takie żenujące i nie na miejscu. Z resztą, wcale nie miałem ochoty na płacz. Osiągnąłem ten apatyczny stan, w którym jest się po prostu nieruchomo zawieszonym między czasem i przestrzenią. Czułem, że się wypaliłem, a w związku z tym ogarnęła mnie nieograniczona, ponura pustka. Mój umysł nagle stał się jasny i spokojny. W niczym już nie przypominałem tego szaleńca, który krzyczał w samochodzie. Ta zmiana nastroju była zapewne chwilowa, ale pomimo tego cieszyło mnie, że mogę swobodnie i racjonalnie myśleć.
Wciąż znajdowałem się w głębokim szoku, że straciłem ludzi, władzę i pozycję. Czy gdybym lepiej przewidywał ich ruchy, to nie doszłoby do tego? Czy gdybym obmyślił lepszą strategię, to wygrałbym…? Podejrzewałem, że nie. Nie można uciekać w nieskończoność. Zawiesiłem wzrok na ścianie, z której odpadał tynk.
Nie, nie, nie. Tak naprawdę zdawałem sobie sprawę, że aby nie skończyć właśnie w ten sposób, musiałbym nigdy nie zaczynać brnąć w bagnisty świat kryminalnych przestępstw i przekrętów. Gdybym osiem lat temu nie zapewnił Dymitra, że zgadzam się na jego warunki, cały późniejszy ciąg wydarzeń nie miałby miejsca. Jednak czy jest sens rozważać, „co by było gdyby?”. Przystałem na jego propozycję i to miało nadrzędne znaczenia dla mojego życia. To niepodważalny fakt. Co było wcześniej? Właściwie to wielkie, wszechogarniające nic. Znów przymknąłem oczy i niemal czułem w nozdrzach zapach, jaki towarzyszył miejskim autobusom. Widziałem smutnych ludzi na przystankach i gołębie tulące się do siebie na dachu budki z ciastkami. Te dni pomimo swojej nijakości zapisały się w mojej pamięci wyjątkowo wyraziście. Westchnąłem. Dotąd nie wspominałem nigdy. Wydawało mi się to zbyt sentymentalne i bolesne jednocześnie. Jednak wtedy stanowiło to najlepszą możliwą alternatywę, aby nie myśleć o bardzo niepewnym i wywołującym uczucie grozy, jutrze. Oprócz tego, wpadłem już w wir przeszłości i w żaden sposób nie powstrzymałbym wyświetlających się przed moimi oczami wspomnień.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz