Pierwotny adres bloga to http://www.siodmy-krag.blogspot.com/ Ta strona jest założona specjalnie na potrzeby konkursu, jako, że na wyżej wymienionym adresie opowiadanie jest umieszczane dopiero od rozdziału ósmego (wcześniej ukazywało się na pewnym portalu). Nie chcąc robić niepotrzebnego bałaganu, postanowiłam założyć tę stronę, aby wszystkie rozdziały były ułożone w porządku chronologicznym.

Na http://siodmy-krag.blogspot.com/ znajdują się komentarze czytelników jak i notki umieszczane w naturalnej częstotliwości.

Postanowiłam również ocenzurować opowiadanie, tak, aby nie zawierało scen erotycznych bądź innych niestosownych dla nieletnich odbiorców w związku z głosowaniem internautów.

wtorek, 27 września 2011

Rozdział piąty


5. Portret rodzinny
 

- Nadal nie mogę uwierzyć, że się na to zgodziłem.
- Cóż, chyba po prostu jestem przekonujący.
Kończyłem właśnie składanie ubrań, a muszę przyznać, że nie znosiłem tego. Wychodziło mi to tak niedbale, że mógłbym właściwie wrzucić je wszystkie byle jak do torby i efekt byłby taki sam.
- Zrób herbaty – poprosiłem Dimę.
On sam już skończył się pakować. Po pierwsze miał o wiele mniej rzeczy do zabrania, a po drugie wcisnął je do swojej walizki w bestialski i brutalny sposób, dodatkowo upychając ręką, aby wszystko się zmieściło. Starałem się go powstrzymać, aby nie popełnił tego barbarzyństwa, ale nie udało mi się. Teraz stał nade mną i z zainteresowaniem przyglądał się moim poczynaniom.
- Ten niemiecki pedantyzm. Przecież ty masz przez to życie o połowę krótsze.
Zmierzyłem go zabójczym spojrzeniem, które wyrażało wszystko, co myślę na temat tego komentarza i powróciłem do przerwanej pracy.
- To wszystko i tak się pogniecie – dodał spokojnie, ignorując moją minę.
- Idź, do cholery, zrobić tej herbaty!  - wrzasnąłem, całkowicie zdekoncentrowany.
- Akcent.
- Co? – zdziwiłem się, nie rozumiejąc jego uwagi.
- Kiedy się wściekasz masz zupełnie gorszy akcent.
Nie mogłem się powstrzymać i rzuciłem w niego poduszką, która znajdowała się nieopodal.
- Akcent! Akcent! Ty byś się chociaż dwóch zdań w moim języku nauczył, a nie się wymądrzał!
- Ja, ja, richtig – odparł z pokorną miną i udał się do kuchni. – Tylko nie rzucaj we mnie więcej poduszkami.
- Nie rzuciłbym, gdyby tylko się nie znalazła się na podłodze. Jak niby mam się spakować w tym burdelu?!
- Oj, nie przesadzaj. Teraz przynajmniej widać, że ktoś tu mieszka.
- Tak, totalny syfiarz i leń!
- Czy to miało mnie obrazić?
- Jeszcze pytasz?
- To nie moja wina, że w tym kraju jeśli na biurku wszystko nie stoi w równym rządku jak żołnierze w szeregu, to już uważa się to za syf. Przecież to paranoja.
Pokręciłem tylko głową, ale z racji tego, że znajdował się za ścianą, nie mógł tego zobaczyć.
- To co według ciebie jest syfem, co? – zapytałem.
- Mógłbym ci to zademonstrować, ale obawiam się, że dostałbyś wtedy zawału serca albo załamania nerwowego.
- Bardzo zabawne.
 Podsunął mi pod nos kubek z herbatą.
- Spędziłeś w Rosji tyle lat, a mimo wszystko… niektóre cechy chyba po prostu wynikają z krwi, która płynie ci w żyłach.
Wziąłem od niego kubek i usiadłem wygodniej. Herbata była za słaba i za słodka, ale nie wypomniałem mu tego. Lubiłem kiedy przygotowywał ją dla mnie, chociaż może to irracjonalne ze względu na jej kiepską jakość.
- Till – odezwał się, tym razem głosem pozbawionym żartu. – Jesteś pewien?
Bez trudu odgadłem, o co mu chodzi. Odruchowo zacisnąłem szczęki, obawiając się, że znowu przyjdzie mi powracać do tego trudnego tematu. Na co on liczył? Że nagle się rozmyślę?
- Przecież wiesz.
Westchnął nerwowo. Chyba również nie miał ochoty na kolejna kłótnią. Widziałem jak walczy ze sobą, aby coś powiedzieć lub przemilczeć. Zanim to zrobił, wyprzedziłem go:
- Już się zgodziłeś – przypomniałem mu.
Wolno pokiwał głową. Stłamsił niewypowiedziane słowa w sobie. Tego dnia przechodził z żartu do powagi w niezwykłym, a nawet chorobliwym tempie. Nie potrafiłem stwierdzić czy dowcipkowaniem chce zatuszować swoje zdenerwowanie, czy po prostu co jakiś czas przypomina sobie o kolosalnej powadze sytuacji. Dzień ten niewątpliwie był dziwny. Falujący nastrój, czasem lekki, a chwilę potem przytłaczający, wpływał na mnie otumaniająco. Wszystko działo się szybko i trochę przypominało wybieranie się mieszczańskiej rodziny na wakacje. W taki czas, wypełniony pakowaniem się, załatwieniem ostatnich ważnych spraw i kręceniem się po domu, właściwie niewiele się myśli. Człowiek raczej skupia się na rzeczach typu czy na pewno zapakował już ładowarkę niż na refleksjach dotyczących przyszłości, nawet tej najbliższej. Tak też było w moim przypadku.
Ubrania, rzeczy codziennego użytku, książki, ulubiony kubek… A gdzie są moje pamiątki? Przecież zabrałem je z rodzinnego domu? Tak, musiałem to zrobić… Rozważałem to między łykiem za słodkiej herbaty a pakowaniem butów… o których zupełnie zapomniałem. Dima wyłączył się całkowicie i siedział po prostu na łóżku, odcięty od rzeczywistości. Było to dość niezwykłe, jako że zmienne nastroje były raczej moją domeną niż jego. Nie chciałem jednak podejmować tematu. Bałem się, że może zmienić zdanie, albo nieoczekiwanie wymyślić coś, co pokrzyżowałoby mi plany.
- Pójdziemy jeszcze dziś na spacer, Dima?- rzuciłem do niego w pewnej chwili.
Usłyszałem tylko jego westchnienie.
- Nie mam ochoty, wybacz. Z resztą nie mamy na to czasu. Nie wydaje ci się, że oprócz zabrania dobytku powinieneś zrobić coś jeszcze przed wyjazdem?
Wolno pokiwałem głową.
- Wiem. To będzie trudne – stwierdziłem ciężko.
- Co? Porozmawianie z gospodarzem? – zdziwił się.
- Nie o to chodzi. Nie miałeś przed chwilą na myśli czegoś jeszcze?- zasugerowałem.
- Ach, to – podchwycił, pokazując, że wie, o czym mówię. – Tak. Ale nie wiedziałem czy się odważysz.
Uśmiechnąłem się cierpko.
- Kim bym był, gdybym tego nie zrobił?
Lekko skinął głową. Wiedział tak samo jak ja, że powinienem porozmawiać z rodzicami. Nie mogłem po prostu uciec z podkulonym ogonem, nie mówiąc im o niczym. Mieli prawo, aby znać prawdę, a przynajmniej jej część… a raczej niewielki zarys. Jakim okropnym egoistą byłem. Motyw rozmowy stanowiło tylko i wyłącznie przekonanie samego siebie, że postępuję słusznie.
- Co im powiesz? – zainteresował się.
- Że wyjeżdżam za granicę.
Przez chwilę milczał. Zapewne rozważał wiarygodność mojego pomysłu i wyobrażał sobie tę rozmowę. Potem zapytał:
- Kiedy chcesz to zrobić?
- Jak skończę się pakować. Najlepiej przed wyjściem – postanowiłem w jednej chwili. Jedną ręką zważyłem torbę.
- Wiesz, że odwleczenie tego niczego nie zmieni?
- Wiem. Nie obawiaj się. Zrobię jak mówię.
Przytaknął mi, jednak dość apatycznie, zważając na jego żywiołowe usposobienie. W tamtej chwili wyglądał starzej, znacznie starzej. Jak człowiek gorzko doświadczony. Zdawało się, że oczy mu przygasły, a na czole pojawiła się ciemna zmarszczka. Czy tak prezentował się naprawdę? Czy właśnie taką miał twarz w samotności, kiedy nikt na niego nie patrzył i kiedy siedział w fotelu w swoim cichym, pustym mieszkaniu? Jak wiele się w nim zmieniło i ile jeszcze musiałem odkryć, aby znać go tak dobrze jak wcześniej?
- Till – przerwał moje rozmyślania. Zamrugałem, aby znów widzieć Dimę, a nie swoje myśli. – Lejesz herbatę.
Podskoczyłem aż, kiedy zauważyłem, że za mocno przechyliłem kubek, a jego zawartość nieopatrznie się wylewa. Odwróciłem się speszony, w obawie, że mógłby zobaczyć, co spowodowało moją niezdarność.
- Czy jest aż taka niedobra, że chciałeś niechcący ją rozlać? – zapytał żartobliwie.
- No wiesz co. Jestem bardziej bezpośredni – żachnąłem się.
- No cóż. Podejrzewam, że gdyby faktycznie była taka zła, to demonstracyjnie wylałbyś ją na mnie.
Zaśmiałem się. Wciąż bezradnie wpatrywałem się w plamę na dywanie.
- Mam nadzieję, że wyschnie i nie będzie widać. Inaczej gospodarz się zdenerwuje… - mruknąłem.
- Nie przejmuj się tym. Najwyżej da mu się na nowy dywan i będzie spokój.
Mimowolnie się uśmiechnąłem.
- Czy dla ciebie cokolwiek stanowi problem? – zapytałem go.
- Ależ owszem. Mam ich całkiem sporo i dotyczą wszystkiego oprócz kwestii finansowych.
- A kiedyś było zupełnie na odwrót – zauważyłem.
Drgnął, całkowicie zaskoczony tą niezwykle trafną uwagą. Po jego minie domyśliłem się, że nigdy dotąd o tym nie pomyślał.
Po kilku chwilach pokiwał głową w zadumie.
- Taak. I wiesz co, Till? Paradoksalnie wtedy było o wiele, wiele prościej. Czy to nie śmieszne?
Nie odpowiedziałem nic, czując, że mógłbym rzucić czymś dalece nietaktownym. Moim rodzicom pieniędzy nigdy nie brakowało.
- To naprawdę śmieszne – odparł, nie przejmując się moim milczeniem. – Jak człowiek jest biedny, to wydaje mu się że pieniądze są szczytem marzeń i rozwiązaniem na wszystko.
Zaśmiał się do siebie, w lekki, a zarazem gorzki sposób. Przeszedł obok mnie i poczochrał mnie po włosach.
- Idę do sklepu.
 - Poradzisz sobie? – zaniepokoiłem się.
- Pójdę do samoobsługowego – stwierdził. Narzucił na siebie płaszcz i wyszedł. Dźwięk zamykanych drzwi wypełnił powietrze, a ja zastanowiłem się czy naprawdę zapragnął czegoś z supermarketu czy po prostu chciał pobyć sam.

***

Gospodarz zjawił się z pięciominutowym spóźnieniem. Nazywał się Heinrich Braun i był dość krępym człowiekiem dobijającym do pięćdziesiątki. Zapukał dwa razy z pewnym odstępem czasowym, po czym od razu się zorientowałem, że to on. Był bardzo przewrażliwiony na punkcie pukania. Uważał, że „wściekłe dobijanie się” jest wielce niestosowne i zarezerwowane dla policji oraz służb bezpieczeństwa. Był to ekscentryczny, a zarazem charakterystyczny człowiek.
Dźwignąłem się z fotela i otworzyłem drzwi. Braun wyglądał jak zwykle – w jego małych oczkach błyszczała surowość  i zasadniczość.
- Dzień dobry – przywitałem się i wpuściłem go do środka.
- Dobry, dobry, chłopcze.
Nigdy nie zwracał się do studentów per pan, pani. Ten zwyczaj uważał z kolei za śmieszny. Studenci w jego oczach byli zbyt młodymi i niedoświadczonymi ludźmi, żeby mówić do nich w ten sposób.
Długim, uważnym spojrzeniem uraczył wnętrze pokoju jak i siedzącego na fotelu Dimę.
- A pana przyjaciel się nie przywita? – mruknął.
Miałem ochotę przewrócić oczami, ale zdołałem się powstrzymać. Kusiło mnie też, aby powiedzieć mu: Na litość boską, człowieku, przyszedłeś tu zawierać nowe znajomości czy obejrzeć mieszkanie?
- Nie mówi po niemiecku – wyjaśniłem krótko.
Brauna najwyraźniej usatysfakcjonowało to wyjaśnienie, bo pokiwał głową i rozpoczął swoją małą inspekcję. Nie zapomniał o obejrzeniu każdej szafki i zakamarka. Pofatygował się nawet, aby zajrzeć pod łóżko.  Kiedy skończył, znów parokrotnie pokiwał głową. Uznałem to za dobry znak i nie pomyliłem się.
- Wszystko w porządku, chłopcze. Rachunki masz uregulowane, więc pozostało tylko oddanie kluczy – zakomunikował.
Wyjąłem z kieszeni spodni złoty klucz do klatki schodowej i nieco mniejszy, srebrny, do mieszkania. Poczułem się dziwnie, wiedząc, że już nigdy więcej ich nie zobaczę. Taka dziwna myśl. Przecież od trzech lat, co dzień, wykluczając wakacje, miałem je przy sobie.  Myślę, że dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że w moim życiu pewien okres nieodwracalnie się zakończył. Ta świadomość nieco mnie przeraziła i ogłuszyła. Właśnie dlatego przez chwilę się zawahałem. Nie trwało to jednak długo. Rzuciłem kluczom ostatnie, długie spojrzenie, jakbym chciał zapamiętać ich kształt i fakturę, po czym położyłem je w otwartej, dużej dłoni Brauna. Dłoń zakleszczyła się, zawartość zniknęła w zaciśniętej pięści.
- Mam do pana jeszcze prośbę – odparłem.
Jego brwi drgnęły. Tak, Braun nie lubił słowa „prośba”. Kojarzyła mu się z bezinteresownym, niewygodnym poświęceniem, co z pewnością mu nie odpowiadało.
- Tak? – zapytał podejrzliwie.
- Mógłbym tu zostać jeszcze przez jakieś piętnaście minut? Chciałbym wykonać jeden telefon i wolałbym to zrobić w spokojnym miejscu.
- A pomyśleć o tym wcześniej to nie łaska, co? Miałeś cały dzień do dyspozycji. – zamarudził. Wiedziałem jednak, że się zgodzi. Czuł się odprężony, jako, że nie miałem na myśli nic poważniejszego. – Jasne, ale jak tu zejdę za kwadrans, ma już was nie być.
Uśmiechnąłem się w podzięce.
- Do widzenia – odparł przy drzwiach.
- Do widzenia – odpowiedziałem, chociaż byłem pewien, że już nigdy więcej go nie zobaczę, podobnie jak kluczy, które zamknął w swojej dłoni.
Dima, do tej pory milczący, podniósł się z fotela.
- Nie musiałeś aż tak przeciągać z tym dzwonieniem – odparł, domyśliwszy się czego dotyczyła rozmowa.
Rzuciłem mu zbolałe spojrzenie, mówiące, że do trudnych rzeczy trudno się przygotować.
- Stresujesz się? Chcesz, żebym wyszedł? – zaproponował.
- Nie żartuj, proszę cię – mruknąłem nieco cynicznie.
Najwyraźniej spodziewał się takiej reakcji, bo bez słowa usiadł z powrotem.
Podszedłem do telefonu umocowanego na ścianie. Drżącą, wilgotną dłonią podniosłem słuchawkę. Przyłożyłem ją do ucha. Rytmiczny, głośny sygnał irytował mnie nieznośnie. Zdawał się mnie ponaglać, abym czym prędzej wykręcił numer. Przełknąłem ślinę. Czułem na sobie spojrzenie Dimy, równie ponaglające jak dźwięk telefonu. Nerwowo przełożyłem słuchawkę do drugiej ręki.
- Boisz się? – zapytał mnie nagle.
- Boję się kłamać – powiedziałem szczerze.
- Musisz się nauczyć – stwierdził. Zrozumiałem, że ta sugestia sięgała gdzieś dalej, ale w tamtej chwili nie miałem ochoty się nad tym zastanawiać.
Z każdą chwilą zwlekania czułem coraz większe napięcie w żołądku. Pip pip piiiip. Cholerny sygnał. Wziąłem głęboki, powolny oddech, aby jeszcze trochę odwlec ten moment. Obawiałem się głosów sprzeciwu, kłótni, gorzkich słów. Nie mogłem jednak przeciągać w nieskończoność. Braun niedługo zjawi się tu znowu, a co ważniejsze musiałem pokazać Dimie, że potrafię  być stanowczy. Zimną, sztywną dłonią zacząłem wybierać kolejne cyfry. Chciałem przestać, uciec przed tym, ale wiedziałem, że nie mogę. Po wybraniu ostatniej cyfry zamknąłem oczy i nerwowo wsłuchałem się w sygnał oczekiwania. Nie wiem ile to trwało, ale zdawało się, że całą wieczność. W końcu po drugiej stronie odezwał się dźwięczny, stonowany głos matki.
- Halo?
- Cześć mamo, to ja – wydobyłem z siebie z trudem.
- Witaj, Till. Co u ciebie? – zapytała. Wiedziałem jednak, że za pytaniem nie stoi ciekawość, tylko etykieta. Wiedziałem to już od bardzo wielu lat.
- W porządku. A co u was? Jak tam tata?
- Dobrze, dobrze – odparła bez krztyny emocji. – Dziś pracuje w salonie. Wiesz, że zawsze wolał brać papiery do domu.
- Tak.
Jakże śmieszna wydawała się ta rozmowa! Zupełnie jakbym przemawiał do obcej kobiety, a nie do osoby, która mnie urodziła i wychowała. Tłumiąc w sobie to uczucie absurdu, brnąłem dalej.
- Mamo, tak właściwie… Chciałem o czymś powiedzieć.
Czułem, że serce podchodzi mi do gardła, ale teraz już nie mogłem się wycofać.
- Tak, Till? Coś się stało? Brakuje ci pieniędzy?
Skrzywiłem się, słysząc to. Cóż, zawsze się jej wydawało, że pieniądze stanowią absolutnie wystarczający środek na spełnienie potrzeb syna.
- Nie… - zaprzeczyłem. – Właściwie to zrezygnowałem ze studiów. To nie było to, czego oczekiwałem – skłamałem płynnie.
Chwila ciszy. Westchnienie.
- Więc co będziesz robił?
Drgnąłem, zaskoczony. Czyżby nie zamierzała w żaden sposób tego skomentować? Wziąłem głęboki wdech, przypominając sobie monolog, który wcześniej przygotowałem.
- Znalazłem pewną ofertę. Jest to praca delegacyjno - handlowa. Wystarczy, abym ukończył kurs i dostanę posadę.
Matka znów zamyśliła się na moment.
- Czy jesteś tego pewien? Że ta oferta jednak nie okaże się niepewna? – dopytywała się.
- Nie, mamo. Mam tutaj zaufanego przyjaciela prawnika. Już wszystko z nim omówiłem. Nie doszukał się żadnych niedopowiedzeń ani zafałszowań.
Kolejne, długie, teatralne westchnienie, tak bardzo podobne do moich.
- Cóż, skoro to ci odpowiada. Nie będę ingerować. Porozmawiaj jeszcze z ojcem, dobrze?
- Oczywiście.
Usłyszałem dźwięk odkładanego na stolik telefonu. Czekałem, jednocześnie nie mogąc uwierzyć, że nie usłyszałem ani słowa skargi na temat tych straconych trzech lat. Jednak kiedy zastanowiłem się nad tym głębiej… Jakie to było podobne do matki. Zacząłem już zapominać jaka była. W wakacje przyjeżdżałem tylko na dwa tygodnie i właściwie tylko się mijaliśmy. Kiedy ostatnio zastanawiałem się nad jej osobowością…? Moje rozmyślania przerwał mi głęboki, nieco zachrypnięty głos ojca.
- Witaj, synu. Mama opowiedziała mi, o czym rozmawialiście.
Pauza. Przymknąłem oczy, w oczekiwaniu na jakąś naganę. Nic takiego jednak nie nastąpiło.
- Nie jestem pewien czy taka działalność będzie dobra dla ciebie… Nigdy nie przepadałeś za finansami, ekonomią. Nie dasz się łatwo oszukać? – zapytał.
- Nie, nie. Nauczę się wszystkiego w mgnieniu oka. Kurs…
- Och, kurs – przerwał mi. – Kiedy tłumaczyłem ci najprostsze rzeczy z tej dziedziny, nic nie pojąłeś.
- Tato – spróbowałem się zebrać na lekki ton – Byłem wtedy młody i bardzo buntowniczo nastawiony. Teraz jest inaczej… To naprawdę dobra okazja.
Spoconą dłonią poprawiłem wysuwającą mi się z dłoni słuchawkę. Ojciec milczał przez moment, jak chwilę temu matka.
- Till, jesteś już dorosłym mężczyzną. Jesteś odpowiedzialny za swoje decyzje, także za tą. Życzę ci powodzenia – odparł.
Spazmatycznie złapałem haust powietrza, nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje.
- Dziękuję, tato – odparłem, może nawet trochę zbyt oficjalnym tonem.
- Wydoroślałeś, synu – odparł, a ja poczułem się niezwykle zdezorientowany. Po chwili jednak wyjaśnił: - Zawód aktora… To nie byłaby dobra rzecz. Handel… tak, to bardziej konkretne.
Doznałem nieprzyjemnego ukłucia w sercu. Jak on zupełnie mnie nie znał, jak strasznie się z nim nie zgadzałem…!
- Tak, masz rację – odpowiedziałem z tłumioną boleścią.
- Tylko, pamiętaj, uważaj podczas kursu. Musisz zdobyć potrzebą wiedzę. I możesz popytać o rady tego adwokata, o którym wspomniała mi matka.
- Rozumiem. A, jeszcze coś, tato. Nie musisz już wysyłać mi pieniędzy. Zdołam sam się utrzymać.
- Dobrze. Gdybyś jednak miał problem, daj nam znać. Natychmiast przelejemy ci coś na konto.
Wolno pokiwałem głową, przełykając ślinę i coś jeszcze. Może… gorycz?
- Tak zrobię. Do usłyszenia, tato. Pozdrów mamę.
- Dobrze. Cześć, Till. Uważaj na siebie.
- Yhm.
Na linii znów odezwał się ten sam sygnał, co na początku. Teraz jednak nie zwiastował oczekiwania. Symbolizował raczej pustkę i rozczarowanie. Wolno odłożyłem słuchawkę, chcąc się uwolnić od tego dźwięku.
- I co? – zapytał Dima.
Drgnąłem. Na czas rozmowy zupełnie zapomniałem o jego obecności.
- Zgodzili się – odpowiedziałem. – Tak po prostu.
Uniósł na mnie oczy, słysząc mój złamany głos.
- Czy nie tego chciałeś?
Zacisnąłem wargi w wąską kreskę. Wiedziałem, że pomimo tego naiwnego pytania, doskonale rozumiał.
- Wiedziałeś, prawda? Że tak będzie?
Wypuścił z siebie powietrze i włożył ręce w kieszenie. Czuł się skrępowany. Uważał, że jako osoba z zewnątrz nie powinien wypowiadać się o mojej rodzinie.
- Przecież ich znasz… - starał się zacząć delikatnie.
- Co to są za rodzice, którzy nawet nie zaprotestują kiedy trzeba? To tak… jakbym był obcy. Gdybym… powiedział im prawdę… zgodziliby się także.
Dima wstał i zaraz znalazł się obok mnie, zaniepokojony moim łamiącym się głosem.
- Till… - zaczął.
W jego zmartwionych, współczujących oczach ujrzałem odbicie swojej twarzy. To pozwoliło mi się opamiętać. Wyglądałem tak żałośnie i dramatycznie. Nie… należy się pozbierać, jak najszybciej.
Wyciągnął rękę, chcąc dotknąć mojej twarzy. Zanim jednak dotarł do celu, odrzuciłem jego dłoń i pokręciłem głową. Nie pragnąłem litości. Wziąłem kilka głębokich oddechów, aby nieco załagodzić ból serca.
- Załatwiliśmy już wszystko. Możemy wyruszać.
Pokiwał głową. Bez zbędnych słów do jednej ręki wziął swoją walizkę, a do drugiej jedną z moich toreb. Ja zabrałem drugą. Rzuciłem ostatnie spojrzenie na opustoszałe, martwe mieszkanie i wyszedłem.
Myśli o rodzinie nie opuszczały mnie, ani podczas jazdy taksówką ani podczas podejścia na lotnisko. Nie zauważyłem nawet jak dotarliśmy na miejsce. Jako, że mieliśmy do odlotu jeszcze ponad trzy godziny, zatrzymaliśmy się na zewnątrz. Pamiętam ten moment bardzo dobrze. Siedziałem na ławce, obserwując gołębie żebrzące o okruchy chleba. Od czasu do czasu zawieszałem wzrok na wyjątkowo pięknym, złocistym niebie. Pomarańczowe wstęgi przeplatywały się z błękitem. Słońce zachodziło. Jednak ja nie myślałem ani o gołębiach, ani o słońcu. W tę chwilę, kiedy po raz ostatni miałem okazję oddychać hamburskim powietrzem, powróciłem do mojego domu rodzinnego, pełnego wytwornych mebli, muzyki Bacha i ciszy.

***

Oczami duszy znów zobaczyłem nieruchomą sylwetkę mojej melancholijnej matki, wyglądającej z okna salonu. Zawsze wyglądała z tego samego okna i kiedy dziś o tym myślę, wydaje mi się, że raczej zapatrywała się w pustkę niż w jakikolwiek krajobraz.
Ulrike. Moja matka. Nosiła zawsze rozpuszczone, długie włosy. Ich kolor, podobnie jak kolor jej oczu, był taki sam jak mój. Mogłaby być nawet ładna, gdyby nie wiecznie pretensjonalny, zrezygnowany wyraz jej twarzy. Mój ojciec, rzecz jasna, raz po raz próbował ją zadowolić mnóstwem kosztownych prezentów. Ulrike jednak należała do tego rodzaju kobiet, których nie dało się zadowolić w żaden sposób. Im więcej miała, tym więcej pragnęła. Czasem zdawało mi się, że matka urodziła się po to, aby była permanentnie niezadowolona ze wszystkiego. Sprawiała wrażenie, jakby to przeznaczenie jeszcze bardziej ją frustrowało. Robiła więc wszystko, aby poczuć się spełnioną, jednak każde wysiłki spełzały na niczym. Sytuacja ta jeszcze się pogłębiła, kiedy wyjechaliśmy do Rosji. Ulrike, wraz ze swoją nacjonalistyczną naturą i kiepską znajomością rosyjskiego, obrosła w jeszcze większe zgorzknienie. Ojciec, wciąż zajęty pracą, nie poświęcał jej zbyt wiele uwagi, pomijając ów krótki czas przeznaczony na wręczanie kosztowności i wspólne, w zamyśle rodzinne posiłki. O jakichkolwiek koleżankach, którymi lubią się otaczać kobiety po trzydziestce, nie mogło być mowy. Matka zdawała się nie dostrzegać, że jest przyjezdną. Zachowywała się zupełnie tak, jakby wciąż była w Niemczech i to wszyscy ci otaczający ją Rosjanie masowo wyemigrowali do jej ojczyzny. Była nadmiernie, obrzydliwie wręcz wyniosła. Nic więc dziwnego, że jej nie lubiano. W taki sposób skazała się na samotność.
Któregoś dnia rodzice nie zamknęli drzwi wyjściowych i wszedłem do domu niezauważony przez nikogo. Miałem już obwieścić im swoja obecność, kiedy usłyszałem:
- Gdzie się podziewa Till? Zaraz obiad– usłyszałem głęboki, surowy głos ojca.
- Znowu bawi się z tym biednym, brudnym dzieciakiem – wypluła z siebie Ulrike.
Drgnąłem, czując jak moje wnętrzności się skręcają. Miałem wtedy dziesięć lat, ale doskonale zdawałem sobie sprawę ze znaczenia jej słów.
- Z Iwanowiczem? Nie mów tak, Ulrike. To nie jest zły chłopak.
Rozległo się pretensjonalne, głębokie westchnienie.
- A zresztą. Ty nikogo tutaj nie lubisz – stwierdził ojciec, jednak trudno powiedzieć czy ogłosił to sobie czy jej.
- O co ci chodzi, Karl? Nie ja chciałam tu przyjeżdżać. Przez firmę byłam zmuszona opuścić moje przyjaciółki – wyrzuciła z siebie, mocno akcentując swoją stratę i poświęcenie.
- Gdybyś nie patrzyła na wszystkich ludzi tutaj jak na karaluchy, zapewne znalazłabyś nowe – odparł spokojnie, nie bacząc na jej uniesienie.
Słyszałem, że matka wściekle piłuje swoje paznokcie. Zawsze przyciskała pilnik mocniej, kiedy była zdenerwowana. Ojciec jednak nie uczynił żadnego komentarza, ani nie próbował się jej ułagodzić. Myślę, że szczerze ją kochał, jednak po tylu latach nie miał już sił, aby wciąż starać się do niej dotrzeć.
- Mógłby już wracać – nawiązała znów do mnie. – To wstyd, żeby objadał takich biedaków. Ostatnio tam jadł, prawda?
Nie mogłem uwierzyć, że moja matka tak się wypowiada o Dimie. Chociaż byłem tylko dzieckiem, nigdy nie odważyła się powiedzieć czegoś takiego w mojej obecności. Trudno mi określić czy czułem się bardziej wstrząśnięty czy wściekły. Było mi jednak wstyd ujawnić się i bronić przyjaciela, ponieważ stałoby się jasne, że podsłuchiwałem. Przełknąłem więc gorycz i wszedłem do salonu, udając, że dopiero wróciłem.
- Cześć – powiedziałem do rodziców.
- Witaj, Till. Umyj ręce i buzię. Zaraz będziemy jeść.
Przytaknąłem, w głębi duszy wdzięczny za to, że zyskałem pretekst, aby jeszcze przez chwilę pobyć sam. Nie powiedziałem ani słowa na temat tego, co nieopatrznie usłyszałem. Jednak od tamtego dnia mój dystans do matki jeszcze się pogłębił i nie miałem już ochoty podejmować prób przełamania go. W myślach zacząłem coraz częściej nazywać ją Ulrike zamiast matką.
- Jak ci minął dzień? – zagadnęła mnie, gdy usiadłem do stołu. Nalewała już zupy do talerzy. Przeszło mi przez głowę, że widok matki z chochlą w dłoni jest zupełnie dziwaczny. Do Ulrike pasowały suknie, wachlarze i pilniki do paznokci, ale z pewnością nie chochle. Kiedy tak stała w fartuszku nad garnkiem parującej zupy, wyglądała jakby się za kogoś przebrała. Chciałem już powiedzieć to na głos, ale w porę przypomniałem sobie, że jestem na nią śmiertelnie obrażony.
- Dobrze, mamo – odparłem lakonicznie.
Niepewnym i niezdarnym gestem pogłaskała mnie po głowie. Takie pieszczoty w jej wykonaniu zawsze były sztywne i nienaturalne.
Chwilkę potem wszyscy zabraliśmy się do jedzenia. Ojciec odłożył gazetę, z którą rozstawał się raczej sporadycznie. Na ogół pochłaniał wiadomości ze świata w każdej dogodnej chwili, zupełnie jakby oczekiwał jakiejś informacji o wojnie, która lada moment ma wybuchnąć.
Brzdęk sztućców co jakiś czas wypełniał ciszę. Matka, z chmurnym obliczem, jadła szybko, ale przestrzegając dobrych manier. Ojciec natomiast sprawiał wrażenie zamyślonego, jakby wciąż analizował wykresy giełdy, na które jeszcze chwilę temu spoglądał. Gdy przypominał sobie co jakiś czas, że jesteśmy w trakcie jednego z naszych rodzinnych posiłków, starał się podtrzymać rozmowę.
- Czym się dziś zajmowałeś, synu?
Nie lubiłem tych naszych krótkich posiedzeń. Wtedy zdawało mi się, że dlatego, iż były niezwykle nudne. Dziś wiem, że powód stanowiła wymuszona atmosfera, które niezmiennie im towarzyszyła.
- Bawiliśmy się w na dworze – wyjaśniłem, nie wchodząc w szczegóły. Bardzo szybko się zorientowałem, że rodzicami nigdy nie powoduje ciekawość, gdy pytają mnie o coś. Moje dziecięce sprawy nie były dla nich w żadnym stopniu interesujące. Dla mnie stanowiły priorytet, a dla nich zaledwie jakieś nieistotne, chłopięce wygłupy i błazeństwa.
 - Pogoda jest na to odpowiednia. Dobrze, że nie siedzieliście w domu – skwitował i znów skupił się na posiłku.
Rozległo się pukanie do drzwi. Ulrike wolno podźwignęła się z krzesła. W innych okolicznościach zapewne nie zrobiłaby tego, ale wiedziała, że ojciec jest zmęczony po pracy. A trzeba zaznaczyć, że była bardzo wyczulona na to, co wypada i należy.
Drzwi wejściowe znajdowały się zaraz przy salonie, więc bez trudu usłyszałem ciche, przytłumione słowa przybysza. Był to jakiś żebrak, proszący o jałmużnę.
- Nie mam drobnych – skłamała po rosyjsku, lecz z fatalnym akcentem. Zgłoski wychodzące z jej ust brzmiały twardo i szorstko, zupełnie jak po niemiecku. Zmianie ulegała także jej tonacja. Zdawała się wypluwać słowa języka, którego musiała szczerze nienawidzić.
Nie czekając na odpowiedź, trzasnęła drzwiami. Cóż, zapomniałem dodać, że w stosunku do Rosjan robiła wyjątki ze swoją nienaganną manierycznością.
- Ulrike, czy ty nie możesz być trochę milsza? – zapytał ostrożnie ojciec. Zdawał sobie sprawę, że ta uwaga może wywołać kłótnię.
- Nie wydaje mi się – mruknęła cicho i ponownie zajęła swoje miejsce. Agresywnie wpatrzyła się w drzwi, za którymi jeszcze przed chwilą stał wynędzniały człowiek. Nieustannie prowadziła wojnę, absurdalną wojnę. Była trochę jak ptak w klatce, który marnieje z każdym dniem niewoli. W kłótniach zawsze wyrzucała ojcu, że się z nim rozwiedzie, wyjedzie z tego więzienia i wróci do ojczyzny. Czemu naprawdę tego nie zrobiła, nie wiem do dziś. Bez względu na to, niewątpliwie czuła się jak na wygnaniu.
Westchnąłem z bólem, co zawsze towarzyszyło wspomnieniom. Obraz rodzinnego obiadu zaczął się rozmazywać. Przeniosłem swoją uwagę na ojca. Kiedy byłem starszy, to znaczy kiedy miałem piętnaście, a może siedemnaście lat, Karl Lohengrin próbował się do mnie zbliżyć, bardziej niż w dzieciństwie. Doszedł do wniosku, że stałem się już mężczyzną, a dwoje mężczyzn powinno przecież mieć ze sobą coś wspólnego, prawda? Niestety, boleśnie się pomylił w tym założeniu. Nie interesowała mnie ani polityka, ani futbol, czyli „męskie zainteresowania”, jak to mawiał ojciec. Początkowo próbował mnie zachęcić, ale dość szybko z przykrością się przekonał, że wykazuję chłodną, a nawet trochę wzgardliwą obojętność. Poddał się całkowicie, kiedy przyłapał mnie na czytaniu książki podczas meczu. Później nadszedł czas wykładów w jego gabinecie. Wykładów na temat ekonomii, giełdy i biznesu. W tej kwestii zaprezentowałem się jeszcze beznadziejniej niż w przypadku futbolu czy polityki. Nie potrafiłem w żaden sposób ukryć swojego znudzenia. Bezmyślnie wodziłem wzrokiem po małej biblioteczce ojca i wszystkich meblach w pokoju. Karl musiał się pogodzić również z faktem, że nie zrobi ze mnie swojego następcy.
- Nie, nie, nie. To nie ma sensu – odparł twardo, nerwowo gładząc swój gruby, czarny wąs. – Jesteś zbyt podobny do matki, synu. Gdy jej opowiadałem o ekonomii, przybierała identyczny wyraz twarzy.
Spiąłem się na te słowa. Wiedziałem jednak, że ojciec ma rację. Pomimo niechęci do matki, nie mogłem zaprzeczyć, że bardzo wiele po niej odziedziczyłem. Rozrzutność, arogancja, próżność, egotyzm. Wszystko to były cechy „podarowane” przez nią, choć naturalnie stanowiłem jej dużo łagodniejszą wersję. Objawiało się to również w wyglądzie zewnętrznym; identycznie wykrojone oczy i usta sprawiały, że w żaden sposób nie mógłbym się wyrzec pokrewieństwa. Rzecz jasna miałem ostrzejsze, bardziej męskie rysy twarzy, ale podobieństwo i tak było uderzające.
 Uśmiechnąłem się przepraszająco do ojca. Wiedziałem, że go zawiodłem, ale nic nie mogłem na to poradzić. Mnie interesowała sztuka, literatura i muzyka, tak samo jak Ulrike (choć ona nie odnajdywała w nich przyjemności. Za to dzięki nim jej cierpienie stawało się bardziej liryczne). Byłem zbyt rozedrgany, marzycielski i niespokojny, abym mógł zyskać uznanie mojego konkretnego i stabilnego ojca. Za to dla chłodnej, niemalże bezdusznej matki zdawałem się zanadto wrażliwy i uczuciowy. Nie jest chyba więc niespodzianką, że matka Dymitra stała się także moją matką, a Dima został osobą, którą kochałem najbardziej ze wszystkich.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz