6. Zamożny człowiek
„[...] duma - ta niewidzialna kość, która usztywnia kark.”
Lot samolotem nie był szczególnie uciążliwy pomimo tego, że tym razem Dima postanowił nie szarżować z pieniędzmi. Wykupił zwykły lot, ze zwyczajnymi siedzeniami i obsługą skorą tylko do zdawkowych uprzejmości i oferującą herbatę w plastikowych kubkach. Dlaczego tym razem nie poszedł na całość, jak to miał w swoim zwyczaju? Czy chciał przybyć do kraju niepostrzeżenie, wmieszany w tłum? Nie zapytałem go to. Jednak niezaprzeczalnym pozytywem podróży był fakt, że miała trwać zaledwie trzy godziny. Wybrał bezpośredni lot, bez żadnych uciążliwych przesiadek. Znudzony, co jakiś czas wyglądałem z za małego okienka. Jakie to było dziwne uczucie unosić się nad chmurami! Takie to zupełnie nienaturalne. Nasyciwszy się widokiem, spojrzałem na Dimę. Nie był jednak skory do rozmowy. Wydawało się, że z każdą chwilą staje się coraz bardziej posępny, jakby ktoś wkładał mu coraz większy ciężar na plecy. Delikatne zmarszczki na jego czole, których zwykle nie było widać, uwydatniły się. Mimowolnie przypomniałem sobie naszą rozmowę, którą odbyliśmy przed wylotem.
- Powiemy, że twój ojciec, zaangażowany w działalność przemytniczą w swoim ojczystym kraju, wyciągnął mnie kiedyś z dołka finansowego. Jestem mu za to niesamowicie wdzięczny i dłużny. Teraz nadarzyła się okazja, aby spłacić dług. A że ja nie lubię mieć u nikogo niewygodnych długów, o czym każdy wie, nie wahałem się. Mianowicie, twój ojciec poprosił mnie, abym został mentorem jego syna – czyli ciebie. Mam się wprowadzić w przestępczy świat i nauczyć wszystkiego, co powinieneś umieć. Twój ojciec wybrał właśnie mnie, bo uważa, że nikt inny nie wykonałby tego zadania tak dobrze. Oprócz tego motywuje mnie sporymi stawkami, bo wierzy, że dzięki temu tym bardziej przyłożę się do zadania.
Dopiero, gdy skończył, zorientowałem się, że zapomniałem o oddychaniu. Wziąłem głęboki wdech i wpatrzyłem się w niego z niedowierzaniem. Przez chwilę bawiłem się kubkiem po kawie.
- Dima… - zacząłem niewyraźnie, nie wiedząc jak mu przekazać swoją opinię. – Czy ty naprawdę myślisz, że ktokolwiek w to uwierzy?
- Gdybyś był kobietą – nie. Ale nie jesteś. Więc to, co wiemy my obaj, nie będzie tak oczywiste.
Zazgrzytałem zębami, zdając sobie sprawę jak to brzmi. Po moim spojrzeniu także sobie to uświadomił.
- Chciałem powiedzieć – zaczął, patrząc w mój, w tej chwili niesamowicie interesujący, kubek. – Że nikt nie pomyśli, że łączy nas wię… przyjaźń, jeśli nie będziemy sobie jej okazywać.
Pokiwałem głową, analizując niezwykłą strukturę plastikowego wnętrza. Ach, tak. Cóż za kubek.
Odchrząknął parokrotnie, po czym dodał:
- Pomyśl sobie, że jesteś na moim miejscu i że to realna sytuacja. Masz okazję pozbyć się kłopotliwego długu w niekłopotliwy sposób. Nie musisz się narażać ani poświęcać. Natomiast gdybyś go zignorował, mógłbyś zrazić do siebie innych, wyjątkowo „dojnych” ludzi, z którymi można współpracować. Takie informacje bardzo szybko się rozchodzą, szczególnie underground. Jedyne, co musisz zrobić, to wychować żółtodzioba, a dodatkowo jeszcze ci za to płacą. Żyć, nie umierać.
Podparłem policzek na dłoni, analizując jego słowa. Czy rzeczywiście wypadniemy przekonująco…? Szkoda, że nie mogliśmy zapytać o to kogoś trzeciego…
- Zaraz… Jeśli przepływ informacji zaiste jest taki świetny, to przecież nikt nie będzie znał mojego nieistniejącego ojca.
Uśmiechnął się drapieżnie, jednym kącikiem ust. Zdziwiło mnie to i czekałem na wyjaśnienia.
- Rzecz najważniejsza to pionki, Till. Będziesz mieć mafijnego ojca, który nawet odwiedzi cię w Moskwie.
Drgnąłem oszołomiony, że aż krzesło skrzypnęło. Oczami pytałem go „Co to znaczy?”
- Mam zaufanych ludzi, także Niemców. Ktoś w odpowiednim czasie, myślę, że całkiem bliskim, odegra tę rolę. Może na razie nie będą go znali, ale… przecież nie każdy pracuje otwarcie. To ci doda wiarygodności.
Pokiwałem głową, oswajając się z sytuacją. Dima złapał się za głowę i wypuścił z płuc powietrze. Jego spojrzenie stało się zatroskane.
- Odwalam tę całą szopkę, piszę nam scenariusze, a nie wiem czy jest w tym jakikolwiek sens… Może i nie porwą cię dla szantażu, gdy każdy uwierzy, że nic mnie nie obchodzisz, ale… Zawsze możesz zginąć w jakiejś akcji. Zawsze możesz… Głupi jestem – warknął i kopnął w nogę wolnego krzesła.
Złapałem go za przedramię. Podniósł na mnie chmurne oczy.
- Dam sobie radę – zapewniłem go, zaciskając usta.
- Twoja durna pewność siebie i moja idiotyczna uległość. Doskonały zestaw – warknął ironicznie.
Wykrzywiłem bardziej wargi, niezadowolony z jego słów.
- Będzie w porządku. Kontynuuj. Jak mam się do ciebie zwracać? Jak cię traktować?
Ponowne podjęcie tematu okazało się dobrym wyborem, bo znów skupił się na rozmowie, a nie na swoich wątpliwościach.
- Z szacunkiem i dystansem. Nie okazuj mi sympatii, raczej chłodną obojętność. Nie mam wyjść na twoją ukochaną przedszkolankę. Niech to tak wygląda, że musimy z sobą współpracować, ale wcale nam to nie w smak. Zwracaj się do mnie panie Iwanowiczu.
Gdy tylko wypowiedział ostatnie zdanie, oboje parsknęliśmy śmiechem i bardzo długo nie mogliśmy się opanować. Lotniskowa kawiarnia była jednak całkiem pusta i nikt nie rzucił nam karcącego spojrzenia.
- Dobrze… Już od dziś… panie Iwanowiczu! – wydukałem przez śmiech.
Otarł sobie łzę z oka i stwierdził:
- No dobrze, trochę przesadziłem.
- Skądże znowu, ekscelencjo!
- Till, przymknij się… - mruknął zażenowany, przykrywając sobie twarz dłonią.
- A ty będziesz mi mówił jaśnie hrabio von Lohengrin! Zgoda?
Popchnął mnie lekko w ramię, przez co tak podziwiany przed chwilą kubek wylądował na podłodze.
- No dobrze – rzekł, podnosząc przedmiot. – Powróćmy do rzeczy poważnych. Może lepiej mów mi po imieniu, tylko nie zdrabniaj. Jakbyś dostawał szczękościsku za każdym razem, gdy miałbyś się do mnie zwracać, nie wypadłoby to naturalnie…
Parsknąłem znowu, jednak szybko się opanowałem. To nie była rozrywkowa rozmowa i doskonale o tym wiedziałem.
- A co w domu? – zapytałem.
- Nie lubię kiedy służba kręci mi się pod nogami. Dlatego zjawia się tylko o ściśle wyznaczonych porach, głównie po to, aby podać mi obiad i posprzątać dom. Nie jestem jakimś niedołęgą, nie potrzebuję, aby wszystko podstawiać mi pod nos. Natomiast ochrona zajmuje budynek obok i podwórze, tak, że w każdej chwili mogliby mi pomóc. Bardzo cenię sobie prywatność.
Słuchałem tego wszystkiego oniemiały. Dima zorientował się, że nie zabrzmiał naturalnie, więc szybko dodał:
- Chciałem tylko zobrazować, że w domu nie musisz niczego udawać. Jedynie jeśli pojawią się moi wspólnicy czy podwładni – odgrywamy nasz mały spektakl.
Przytaknąłem mu znowu. Układałem sobie to wszystko w głowie, aby o niczym nie zapomnieć.
- Dobrze, przejdźmy teraz do szczegółów dotyczących twojej rodziny… - zaczął.
Uśmiechnąłem się w duchu, wspominając tę niedawną dyskusję. Miałem nadzieję, że wszystko zdołałem zapamiętać. Po raz kolejny spróbowałem zagadać Dimę, ale on tylko siedział z obliczem tak posępnym, że wyglądał na co najmniej dziesięć lat starszego. Nie odczuwałem jego niepokoju. Bądź co bądź nie miałem najmniejszego pojęcia, co mnie czeka. Zamiast oddawać się zmartwieniom, oddałem się degustacji zielonej herbaty i ciasteczek, które kupiłem przed chwilą od stewardesy.
***
Samolot wylądował, niemiło kołysząc pasażerami. Wszystko później odbyło się dość szybko i bez zbędnych ceregieli. Odebraliśmy swój bagaż i skierowaliśmy się do wyjścia z lotniska. Oddychałem moskiewskim powietrzem i wszędzie dookoła siebie słyszałem rosyjski. Jaka dziwna perspektywa to była, że od tej pory miało tak zostać na stałe! „Na stałe”, cóż to właściwie za określenie? Czy planowałem zamieszkać tu już na zawsze? Nie rozważałem raczej tak dalekosiężnych wizji. Liczyło się dzisiaj i to, co mi ten bieżący czas przyniesie. Muszę przyznać, że tym byłem zainteresowany w szczególności. Wodziłem wzrokiem po mijanych ludziach. Zdawało mi się, że są dużo bardziej energiczni i serdeczniejsi od niemieckiej społeczności. Na żadnych jednak nie potrafiłem do końca patrzeć jak na „swoich”, więc szybko odrzuciłem te budzące konfuzję myśli. Ułatwiła mi to zaistniała sytuacja. Z zaskoczeniem zauważyłem, że jakiś człowiek lekko skłania się przed Dymitrem i kieruje do niego słowa powitania.
- Witam z powrotem, panie Rodionov.
Dima tylko skinął w odpowiedzi. Nie zdziwił się wcale, co świadczyło o tym, że spotkanie było zaplanowane.
Mężczyzna skierował swoje zaciekawione spojrzenie w moją stronę, ale nie zapytał o nic. Wręczył Dimie jakieś zawiniątko, co również musiało być już wcześniej ustalone. W milczeniu wyszliśmy z lotniska. Rzuciłem przyjacielowi pytające spojrzenie, ale on tylko zmarszczył brwi, jakby chciał mi przekazać, że nie dzieje się nic istotnego. Po chwili dotarliśmy do czarnego samochodu (marek nigdy nie potrafiłem rozróżniać, co też doprowadzało do szału mojego niezwykle męskiego ojca). Załadowaliśmy nasze walizki do bagażnika i wsiedliśmy do pojazdu. Z rozkoszą zatopiłem się w miękkim, komfortowym siedzeniu. Kątem oka dostrzegłem, że Dima dyskretnym, sprawnym ruchem przełożył zawartość zawiniątka za swoją marynarkę. Nie dostrzegłem przedmiotu, ale domyślałem się co to było. Gdy zauważył na sobie mój wzrok, posłał mi zmęczony uśmiech, ale nie podjął rozmowy.
Jechaliśmy pół godziny, podczas której na zmianę zawieszałem wzrok na breloczku wiszącym nad siedzeniem kierowcy i na tyle jego głowy. Czułem się znużony po podróży i nieco ospały. Ożywiłem się jednak znacznie, gdy szofer wjechał na teren ogromnej rezydencji. Początkowo zastanowiłem się, dlaczego, u licha, się tu zatrzymaliśmy. Dopiero wtedy, gdy Dima ruchem powszednim i naturalnym podniósł się z siedzenia i wyszedł na zewnątrz, wszystko pojąłem. Dom, piękny, dwupiętrowy dom otoczony ogrodem, rozpościerał się przed nami. Jego dom. Jakieś pół kilometra dalej dostrzegałem dużo mniejszy i nie tak okazały budynek dla służby, o którym wspominał. Nie mogłem w to uwierzyć. Otworzyłem już usta, chcąc wypowiedzieć tysiąc rzeczy, ale gestem nakazał mi milczenie. Domyśliłem się natychmiast, że nie życzy sobie żadnych poufałych rozmów przy kierowcy. Przemogłem się w sobie i nic nie powiedziałem. Przyglądałem się kremowej willi, eleganckiej w swej prostocie. No tak, Dima nigdy nie przepadał za przepychem, upatrując w tym coś wulgarnego. W przeciwieństwie do mnie.
- Till, idziemy – upomniał mnie, kiedy wciąż podziwiałem zabudowania, nie z mniejszym zachwytem niż kościół st Petri. Lekko potrząsnąłem głową, aby wybudzić się z zamyślenia i ruszyłem za nimi.
- Czy życzy pan sobie czegoś? Posłać może po kucharki? – zapytał kierowca.
- Nie, Andriej. Jestem zmęczony, nie mam ochoty na niczyje towarzystwo.
Po tym stwierdzeniu Andriej natychmiast rzucił okiem na mnie, jakby chciał zapytać „A ten tu, to niby co?” Dymitr kątem oka dostrzegł ten odruch i odrzekł:
- Till jest tu z biznesowych powodów.
Kierowca wyraźnie się zmieszał, że jego gest został przyuważony. Wyglądało nawet na to, że nieco się zląkł. Czyżby Dima wymierzał za ciekawskość srogie kary?
- Przepraszam – mruknął po chwili. – Nie miałem zamiaru…
- Nieważne – odparł tamten. – Nie mam ochoty słuchać twoich kulawych przeprosin. Możesz odejść.
- Tak jest. Nie pomóc panu z bagażem? – zapytał jeszcze, co było dość niestosowne, jako, że pokonaliśmy już połowę drogi.
- Czy ja ci wyglądam na kruchą niewiastę, człowieku? Powiedziałem, odejdź.
Po tym ostrzejszym rozporządzeniu mężczyzna skłonił się lekko i odszedł w swoją stronę.
- No, służba spławiona na ten dzień. Masz mnie do siebie – mruknął z szelmowskim uśmiechem.
Odwzajemniłem go, ale nie odpowiedziałem. Dostrzegałem przy bramie dwóch mężczyzn, więc postanowiłem, że lepiej będzie wdać się w dyskusję za chwilę.
Kilka kroków później zauważyłem, że osoby przy drzwiach to potężni, około dwumetrowi Afgańczycy, najwyraźniej stanowiący ochronę. Spoglądali spod swoich czarnych jak heban, poważnych oczu i obaj mruknęli ledwo słyszalne „dzień dobry”. Ich broń umocowana przy pasie opierała się o udo, zarówno w przypadku pierwszego jak i drugiego. Mieli na sobie czarne mundury, bardziej adekwatne dla służb antyterrorystycznych niż dla psów pilnujących bramy. Wtedy pomyślałem o nich z lekceważeniem i może lekką dozą pogardy, widząc jak nic nie znaczącą mają funkcję. Dużo później przekonałem się, jak bardzo się pomyliłem.
Dymitr wyciągnął klucz i chwilę potem posiadłość stanęła dla nas otworem. Nie mogłem powstrzymać odgłosu zachwytu, gdy znaleźliśmy się w środku.
- Oglądanie będzie potem – odparł z uśmiechem i poprowadził mnie na schody. Pokrywał je, podobne jak podłogi, ciemno czerwony dywan. Kolor ładny, niezbyt jaskrawy, ani też nie za ciemny. Myślałem właśnie o tym, gdy targałem swoją walizkę na drugie piętro. Wkrótce Dima pchnął jedne z drzwi i gestem kazał mi wejść.
- To będzie twój pokój. Odpowiada ci? – zapytał.
Rozejrzałem się po przestrzennym, stylowym wnętrzu. Sosnowe meble ładnie się komponowały z jasną, stonowaną tapetą. Moją uwagę przykuło masywne biurko przy oknie, które swoim wyglądem przypominało mi biurko ojca. Jednak pomieszczenie prezentowało się zupełnie inaczej niż jego ciasny office. Czy mi odpowiadało? Ach, to za mało powiedziane!
- Jest doskonały – stwierdziłem z entuzjazmem.
Uśmiechnął się ze spokojem na te słowa, jakby właśnie na nie czekał. Postąpił kilka kroków do przodu i postawił moją walizkę. Zrobiłem to samo z drugą.
- Boże, Dima – zacząłem, teraz już bez obaw o osoby trzecie. – Nie miałem pojęcia, że TAK mieszkasz! Jesteś jak… jak… król. To wszystko jest niewiarygodne, aż nie do pomyślenia. Aż trudno uwierzyć…
Słuchał moich energicznych słów z tym samym wyrazem twarzy. Najwyraźniej był przygotowany na taką reakcję.
- Aż trudno uwierzyć, że to ten sam kraj, co? – dokończył za mnie.
Skinąłem głową, wciąż oszołomiony.
- Czuj się jak u siebie – odparł, siadając na łóżku. Zaskrzypiało lekko pod jego ciężarem.
Po chwili dodał:
- Możesz robić, co zechcesz. Książki, kuchnia, każde pomieszczenie – są do twojej dyspozycji. Kontroluj się tylko przy służbie.
Przytaknąłem, nie zdziwiony ani odrobinę. Czy zapraszał mnie do swojego niszczejącego domu z odpadającym tynkiem i dziurawym dachem lata temu, czy teraz tutaj… Gościnności nigdy mu nie brakowało.
Chciałem już dosiąść się do niego, kiedy gwałtownie wstał.
- Nie siedźmy tutaj. Tu przyjdziesz gdy uznasz, że masz mnie dość. Wolałbym salon – zadecydował.
Nie mając ochoty na protesty, ani też nie widząc takiej potrzeby, poszedłem się za nim do salonu. Niewiarygodne, ale zdawał się jeszcze piękniejszy niż to, co udało mi się obejrzeć do tej pory. W tym pomieszczeniu dominowały ciemne, nastrojowe barwy. Po lewej stronie znajdował się mały, okrągły stolik, obok którego stały dwa masywne fotele i kanapa. Najbardziej przypadł mi do gustu duży żyrandol, imitujący lichtarz. Wbijałem właśnie w niego wzrok, podczas gdy Dima mnie wyprzedził. Gdy znalazł się przy stoliku, dało się usłyszeć czułe i pełne miłości „Och, Grieto”. Przestałem się interesować kandelabrem, uświadamiając sobie obecność dotychczasowej towarzyszki Dimy. Gdy podszedłem, okazało się, że zajmowała jeden z dwóch foteli. Nie mogłem zobaczyć jej dokładnie, bo Dima ściskał ją mocno, tak, że spomiędzy jego ramion dało się dostrzec tylko parę zirytowanych, zielonych oczu. Gdy Dima skończył wyrażać swoją radość po tygodniowej, zapewne trudnej do zniesienia, rozłące, przyjrzałem się kotu dokładniej. Była to gruba, dachowa kotka, o brzydkim, lecz wyniosłym obliczu i wyjątkowo wrednym spojrzeniu. Miała biało czarne umaszczenie. Skrzywiłem się nieznacznie, zastanawiając się czy Dima ma taki sam gust do kobiet, jak do kotów…
- Jest cudowna, prawda? – zapytał radośnie, najwyraźniej nie zauważając mojej wcześniejszej mimiki.
- Och, tak. W istocie – odparłem, nie mając serca powiedzieć mu prawdy.
- Nie chcesz się z nią przywitać? – zapytał, trochę urażony.
- A jak mam to zrobić? – mruknąłem nieśmiało. Nigdy nie byłem obyty ze zwierzętami, jako, że moja matka uważała posiadanie ich w domu za niehigieniczne.
Spojrzał na mnie oburzony, więc postanowiłem wyrazić nieco więcej czci dla jego brzydkiego pupilka. Przyklęknąłem przy fotelu i mruknąłem półgębkiem, czując się jak skończony idiota:
- Witaj, Grieto.
Kotka obrzuciła mnie niechętnym, pogardliwym spojrzeniem, a ja już poczułem, że udanej znajomości raczej nie nawiążemy.
- I tylko tyle? – poganiał mnie Dima.
- A co mam zrobić?! – oburzyłem się. – Opowiedzieć jej o swoim życiu?
- Dlaczego by nie?
Westchnąłem. Jako, że Dymitr przez ostatnie pięć lat najbliższe relacje nawiązał z kotem, niemal całkowicie już zapomniał, że był to tylko… kot. Postanowiłem jednak, że wybaczę mu to drobne dziwactwo i przemagając niechęć, ująłem drobną kocią łapkę w palce. Grieta jednak natychmiast się wyrwała i spojrzała na mnie obrażona. Najwyraźniej nie spodobało się jej to powitanie.
Gdy wstałem, spostrzegłem, że Dima siedział już na kanapie.
- Czy to twój największy przyjaciel? – zapytałem.
- Teraz już nie – odpowiedział z wymownym uśmiechem.
Odwzajemniłem go, ciesząc się z jego słów. Po chwili jednak dodałem:
- Tak, ale wcześniej…
- Till – zasłonił sobie pół twarzy dłonią. – W tym biznesie nie ma miejsca na przyjaźń. Nie mam tu nikogo poza Grietą. Ani w Moskwie, ani nigdzie, jeśli o to pytasz.
Jego dwa ostatnie zdania zabrzmiały na tyle wymownie, że natychmiast popadłem w konsternację. Wcale nie miałem tego na myśli…
- Ja tylko – starałem się szybko wytłumaczyć, aby ukazać mu, że źle mnie zrozumiał. – Pytałem o przyjaciół. Nie…
- Och, przestań już – mruknął, tym bardziej (a niesłusznie!) utwierdzając się w przekonaniu, że krętaczę i chodzi mi o coś zupełnie odwrotnego niż mówię.
- Na całym bożym świecie, kocham tylko matkę, ciebie i Grietę. Czy nadal cię to nie satysfakcjonuje?
- Kiedy mi wcale nie o to chodzi! Ty nie rozumiesz! – zmieszałem się mocniej, przez to, że wyraził rzecz jeszcze mniej oględnie.
- Chodź tu do mnie, a się nie strosz. Jestem zmartwiony i pełen obaw co do twojej najbliższej przyszłości. Jednak w ten wieczór chcę jeszcze od wszystkiego odpocząć.
Zaciskając zęby i starając się stłumić zażenowanie, podszedłem do niego. Miałem już usiąść tuż przy jego boku, kiedy Grieta jednym szybkim skokiem znalazła się na kanapie, między nami. Wbiła we mnie swoje zielone ślepia i syknęła. Odszedłem krok w tył, zaszokowany.
- Co to… Co to miało znaczyć?! – wyrzuciłem z siebie po chwili.
Dymitr roześmiał się i jeszcze przez moment nie mógł się uspokoić.
Pogłaskał zwierzątko po głowie i odparł:
- Chyba jest zazdrosna. Stwierdziła, że chciałeś usiąść za blisko.
- To… - żachnąłem się. – To niedorzeczność!
Dima chwycił kotkę i posadził ją sobie na kolanach.
- No, siadaj – odezwał się do mnie.
Niepewnie zająłem miejsce na kanapie, wciąż bacząc na zachowanie Griety. Siedziała jednak spokojnie na kolanach pana, wlepiając tylko we mnie swe zawistne oczy.
- Nic nie rozumiem – odezwałem się. – Usiadłem w takiej samej odległości, jak chciałem. A ona nie szaleje.
- To dlatego, że ona jest jeszcze bliżej – pouczył mnie. – Dzięki temu czuje, że w mojej hierarchii zajmuje wyższą pozycję niż ty.
- To jest paranoja! – krzyknąłem. – Ten kot… Co ona sobie myśli?
Jego kobaltowe oczy śmiały się wesoło.
- Też chcesz na kolana, Till? – zapytał niskim, lecz wciąż żartobliwym głosem.
- Co ty za brednie dziś opowiadasz! – warknąłem i już zamierzałem wstać, ale złapał mnie za nadgarstek.
- Uspokój się. Tylko żartuję – oznajmił i lekko położył swoją lewą dłoń na moim lewym policzku.
Grieta zaraz ruszyła do ataku, a ja, przerażony, że za chwilę stracę oczy, poderwałem się z siedzenia i przewróciłem.
- To jest absurd! Dlaczego ja mam zajmować w tym domu miejsce po sierściuchu!? Matka wpajała mi, że mam szlacheckie pochodzenie od kiedy skończyłem pięć lat! To poniżej mojej godności!
- Obawiam się… - powiedział przez łzy, zaśmiewając się do rozpuku. – Że ona myśli to samo.
Zmierzyłem się z kocicą spojrzeniem. Wrogo syknęła z kolan Dymitra, ostrzegając, żebym dla swojego dobra się nie zbliżał.
- Może cię zaakceptuje, Till. Bądź dobrej myśli – pocieszał mnie.
- Och, tak. A jeśli nie, wyrzucisz mnie na bruk – nadałem tym słowom rozpaczliwy ton, licząc na jego miłosierdzie.
- Ależ skąd. Sprowadzę psychoterapeutę specjalizującego się w godzeniu zwaśnionych członków rodziny.
- Tak, z pewnością – mruknąłem cynicznie.
- Uwierz, Till, że pieniądze mogą wszystko. Gdybym chciał, to nawet ślubu w cerkwi by mi z nią udzielili.
- No nie przesadzaj już, bardzo cię proszę – dodałem jeszcze bardziej cynicznie, ale on, ignorując już ten temat, pomógł mi wstać.
Tego dnia dużo piliśmy, śmialiśmy się i czas znów płynął jakby nic niezwykłego nas nie czekało. Do następnego ranka właśnie tak się czułem – jakbyśmy byli po prostu przyjaciółmi, którzy postanowili ze sobą zamieszkać. Spędziliśmy ten dzień właśnie tak, jak Dima tego chciał; nie wspominając nic na niewygodne tematy, które zburzyłyby nasz spokój. Jeszcze jeden dzień urokliwego zapomnienia.
***
- Wstawaj. No już, Till. Nie ociągaj się, proszę.
Leniwie zmrużyłem oczy. Miałem właśnie przewrócić się na drugi bok, kiedy Dima uniemożliwił mi to, chwytając mnie za ramię. Podniosłem na niego pełen pretensji wzrok, ale jego poważne, stanowcze spojrzenie natychmiast mnie rozbudziło. Czyżby coś się stało?
- Pośpiesz się, nie możesz się spóźnić – dodał, widząc, że nie wstaję.
- Co? Gdzie? – zapytałem zdezorientowany.
- Postanowiłem, że pięć dni w tygodniu będziesz mieć treningi z Jegorem.
To jedno zdanie okazało się doskonałym sposobem, abym zerwał się na równe nogi i ostatecznie pożegnał ze snem.
- Jakie treningi? Jaki Jegor? – wyrzuciłem z siebie, nic nie rozumiejąc.
- Jegor to jeden z moich ludzi. Ukrainiec, weteran ze specsłużb. Jest niezastąpiony w szkoleniu nowych ludzi. Treningi mają na celu podniesienie kondycji, sprawności, zręczności, szybkości. Nauczy cię także technik kamuflażu i posługiwania się różnymi rodzajami broni.
Otworzyłem usta, nie mogąc wydać z siebie żadnego dźwięku. Patrzyłem długo w jego chmurne, niedostępne w tej chwili oczy i nie potrafiłem sobie poradzić z ogarnięciem tych informacji. W końcu zapytałem tylko:
- Ale jak to… Czemu mam przechodzić przez taki trening jakbym miał zostać żołnierzem?
Dymitr zmarszczył brwi, lekko zirytowany. Zorientowałem się od razu, że jest w niedobrym, drażliwym nastroju.
- A czego byś pragnął? Żebym od razu cię posadził na wygodnym, wysokim stanowisku? To niewykonalne, Till. Z dwóch względów. Po pierwsze wywołałoby to niemałe kontrowersje. Zrodziłyby się zawiść i pytania, czemu tak cię faworyzuję. Oprócz tego nic byś właściwie nie umiał. Byłbyś jak księżniczka, otoczona gwardią, silna dzięki swoim ludziom, a bez nich bezbronna jak niemowlak. Nie mogę na to pozwolić. Rozumiesz?
Lekko pokiwałem głową, jednak nie byłem do końca przekonany. Po chwili wtrąciłem nieśmiało:
- A czy inni ludzie… wysoko postawieni… są wyszkoleni pod tym względem?
- To zależy – odparł. – Ale musisz zrozumieć… Nie raz się zdarzy, że będziesz skazany tylko na siebie. W życiu po prostu tak jest. Ja muszę zadbać, aby zwiększyć twoje szanse na przeżycie jak to tylko możliwe.
Zacisnąłem zęby, obawiając się tego dnia. Dima chyba uznał już wyjaśnienia za zakończone, ale ja miałem jeszcze parę pytań.
- Dlaczego nie powiedziałeś mi o tym wczoraj? Tylko budzisz mnie teraz i tak okropnie zaskakujesz – mruknąłem z lekkim wyrzutem.
Wziął powietrze głęboko w płuca. Jego wzrok powędrował po pokoju, a potem znów skupił się na mnie.
- Wybacz. Jestem ostatnio nieskoordynowany. Działam nieco zbyt impulsywnie. Po prostu obawiam się…
Nie musiał nawet dokańczać. Wiedziałem, że znowu przejmuje się mną i obciąża odpowiedzialnością za moją obecną sytuację.
Lekko położyłem mu dłoń na ramieniu. Zamrugał, czekając na moje słowa.
- Nie martw się. Dam sobie radę.
Ściągnął moją dłoń z ramienia i uścisnął ją mocno. Wypuścił ją jednak zaraz i skupił się na bieżącej sprawie. Zapewne chciał działać jak profesjonalista, a nie jak człowiek targany uczuciami.
- Oby. Teraz słuchaj. Trening zacznie się o ósmej. Pojedziesz tam z Andriejem. Będziesz jednak musiał wrócić sam. O wskazówki zapytasz Jegora. Nie chcę, żeby to wyglądało tak, że każę cię wozić tu i z powrotem jak dziecko ze szkoły.
Skrzywiłem się na to porównanie. Rozumiałem jednak o co mu chodzi i nie skomentowałem tego niefortunnego określenia. Była to tylko kolejna zagrywka w naszym małym przedstawieniu. Głupotą byłoby rzucanie się o to.
- Rozumiem. Czy ten trening… będę odbywał z kimś jeszcze? – zapytałem, nie mogąc ukryć obawy w głosie.
- Nie – odpowiedział, dzięki czemu mogłem swobodnie odetchnąć. – Jakby to ująć… nie chciałem robić ci wstydu.
Spojrzałem na niego, w połowie urażony, w połowie zakłopotany.
- Startujesz od zera, Till. Inni ludzi wstępujący do nas mieli już jakieś doświadczenie lub chociaż wymagające treningi. To nie będzie łatwe. Zdajesz sobie z tego sprawę?
Jego słowa nie motywowały mnie. Nie mogę skłamać, że się nie bałem. Jednak wiedziałem też, że już nie zdołam się cofnąć.
- Tak, mniej więcej – odparłem niezbyt pewnym głosem.
- Jeszcze jedno. Jegor może nie być… zbyt serdeczny. Nie ucieszył się, że daję mu świeżaka. Komunikuję ci to tylko, abyś był przygotowany. Jednak nie obawiaj się zbytnio. On nie robi tego za darmo i zdaje sobie z tego sprawę.
Zazgrzytałem zębami, słysząc to. Nie wiem, co musiałby mi powiedzieć, żebym w najmniejszym chociaż stopniu poczuł się „przygotowany”.
- Ubierz to – wskazał na ubranie, leżące na fotelu. Najwyraźniej przyniósł je tu przed chwilą. Były to typowe, wojskowe spodnie moro, czarny T-shirt i czarna bluza. – Oporządź się i zejdź na dół. Samochód już będzie czekał.
Widząc moje przerażenie, którego pomimo wysiłków nie zdołałem ukryć, podszedł i uściskał mnie. Lekko się odprężyłem, czując zapach jego ciała i dotyk.
- Przepraszam, że to wszystko zaczyna się tak od razu… - wyznał z niejakim trudem. – Ale obawiałem się, że jeśli będę odwlekać, to już wcale nie podejmę żadnych działań. A wiesz, że jest to konieczne.
Mruknąłem tylko w potwierdzeniu. Po chwili odstąpił ode mnie.
- Powodzenia – rzekł. Rzucił mi długie spojrzenie i ociągając się, wyszedł z pokoju, zostawiając mnie sam na sam z wyzwaniem, któremu musiałem podołać.
***
Jegor budził przerażenie w stopniu wysokim, jeśli nie najwyższym. Był co najmniej o pół metra ode mnie wyższy, o pół metra szerszy, a gdyby spojrzenie mogło zabijać, to on już dawno dopuściłby się ludobójstwa. Cielsko miał potężne i mięsiste jak aligator, czaszkę równie wielką i pokrytą krótkimi, czarnymi włosami. Spojrzał na mnie z pogardliwym uśmiechem i uniósł swoje krzaczaste, kruczoczarne brwi. Nawet gdybym chciał uciekać, nie wiedziałbym dokąd, a Andriej zdążył już odjechać. Na odchodnym rzucił mi tylko pełne współczucia spojrzenie. Czułem jak w żołądku mi się przewraca i pożałowałem, że jadłem śniadanie.
- Syneczku, czy twój tato aby się nie pomylił? Może tak naprawdę chciał, żebyś został gryzipiórkiem czy coś takiego?
Skrzywiłem się, ale nie odpowiedziałem na szyderstwo. Zabolało tym bardziej, że trafił dość umiejętnie; interesowała mnie przecież poezja i literatura.
- No, ale dobrze przynajmniej, że nie pyskujesz – odparł po chwili. – Jakoś przeboleję uczenie szczeniaka, ale gdybyś był do tego bezczelny… to źle by się dla ciebie skończyło.
Odebrałem to jako zawoalowany komplement, ale nie wyrzekłem ani słowa. Rozejrzałem się po okolicy. Teren bardzo przypominał wojskowy poligon. Zastanawiałem się właśnie czy był nim istocie, kiedy Jegor przerwał moje rozmyślania.
- Jak widzisz – odparł. – To miejsce jest idealne do ćwiczeń. Zaraz zaczniemy. Jak się nazywasz? Iwanowicz mi mówił, ale zdążyłem zapomnieć.
- Till – odpowiedziałem, naiwnie myśląc, że chodzi mu o imię.
- A nazwisko jakieś masz, syneczku? – zapytał z kpiną.
- Till Lohengrin – zreflektowałem się natychmiast.
- Niemiec? – zdziwił się tamten.
- Tak. Iwanowicz panu nie mówił? – udałem zdziwienie. Dziwnie mi się nazywało Dimę jego drugim imieniem, ale należało się już przyzwyczajać zarówno do tego, jak i do tytułowania go jego nazwiskiem.
- Coś tam może i gadał… Zadzwonił do mnie o trzeciej nad ranem, mówiąc mi o tym wszystkim… Co to w ogóle za pomysł zrywać ludzi z łóżka z takiego powodu… No, koniec gadki. Pora zaczynać.
Zdziwiło mnie to, że Dima był aż tak „nieskoordynowany”, jak to niedawno ujął. Czy tak bardzo się przejmował moją osobą? Schlebiało mi to, ale wtedy nie miałem czasu na tego typu rozmyślania. Spoglądałem na mężczyznę w nerwowym oczekiwaniu.
- Przebiegniesz ten obszar – palcem zatoczył ogromne koło. –Czterdzieści razy.
Czułem jak powietrze uchodzi mi z płuc. Nie zadrżałem jednak, tylko utkwiłem wzrok w czarnych tunelach oczu Ukraińca, aby przekonać się czy nie jest to kolejna kpina. Był jednak całkowicie poważny.
- Pan nie żartuje… Prawda?
Zaśmiał się chłodno, co w zupełności wystarczyło mi za odpowiedź. Skrzywiłem się i niechętnie zacząłem biec. Ze zdziwieniem spostrzegłem, że Jegor biegł u mojego boku. Spojrzałem na niego skonfundowany.
- A co żeś myślał, syneczku? Że sobie tutaj zrobię drzemkę, a ty będziesz odpoczywał co pięć metrów? Ani mi się śni.
Nie wiedziałem czy mam się cieszyć z jego towarzystwa czy raczej smucić. Wtedy raczej ten fakt wprowadził mnie w przerażenie, bo zdawałem sobie sprawę, że mężczyzna będzie mnie kontrolował bez ustanku. Później jednak miało się okazać, że Jegor zawsze będzie wykonywał ze mną wszystkie ćwiczenia. Jaki miało to cel? Chciał zademonstrować, że każde z nich jest wykonalne, a nie stanowi tylko sadystycznego kaprysu trenera. Dima nie wybrał dla mnie tego człowieka bezmyślnie – był surowy i wymagający, ale przy tym racjonalny. Żądał rzeczy możliwych do zrobienia w przeciwieństwie do wielu jemu podobnych, którzy lubili poznęcać się nad adeptami i udowodnić im swoją wyższość.
Biegliśmy w milczeniu. Starałem się skupiać na krajobrazie przede mną i utrzymywać równomierny oddech. Co jakiś czas spoglądałem na minutnik w zegarku Jegora. Przez pierwsze pięć minut było całkiem nieźle. Po siedmiu zaschło mi w ustach i zaczęły mnie boleć wnętrzności. Po dziesięciu cierpiałem już strasznie, oczy mi się zaszkliły i łapałem spazmatyczne oddechy, jakbym się dusił. Kątem oka spojrzałem na Jegora. Jego umięśnione, sprężyste łydki lekko odpychały się raz po raz od ziemi, a człowiek wyglądał na tak niewzruszonego, jakby po prostu stał w miejscu, pogrążony w zamyśleniu. Pokonywał kolejne metry bez żadnego wysiłku. Zdało mi się, że równie dobrze mógłby podczas tego biegu czytać książkę i nie sprawiłoby mu to żadnych problemów.
- Dopiero co zaczęliśmy, Lohengrin. Nie próbuj się zwalać na kolana.
Tępo pokiwałem głową, nie mogąc się zdobyć na żadne słowa. Zaczęła łapać mnie kolka, a pot spływał mi po twarzy do oczu. Szczypały straszliwie i zaczęły łzawić. Nie widziałem drogi, sugerowałem się tylko biegnącym obok mnie Ukraińcem. Spróbowałem otrzeć łzy, ale przez to szczypanie jeszcze się wzmogło i pogorszyłem sprawę.
- Ty płaczesz, Lohengrin? – rzucił zjadliwie mój nauczyciel.
- Nie… Pot… wpadł mi… do oczu - odparłem z wielkim trudem, jednak uznałem, że tę sprawę należy wyjaśnić.
Mijałem kolejne drzewa i krzewy, jednak trasa była jednostajna i nie potrafiłem zająć swoich myśli obrazami. Zamknąłem oczy, chcąc, aby ta udręka stała się łatwiejsza do zniesienia.
- Drugie okrążenie – zakomunikował.
Uniosłem powieki, nie mogąc uwierzyć, że to dopiero drugie. Swoją drogą, nie zauważyłem nawet kiedy osiągnęliśmy pierwsze. Ledwo zachowywałem jako takie tempo, a przede mną… jeszcze trzydzieści osiem? Spojrzałem na twarz Jegora. Nie ustąpi mi. Tego mogłem być pewien. Jęknąłem boleśnie, jednak szybko stłumiłem ten dźwięk, bacząc na moje towarzystwo. Nie zareagował. Starałem się wyłączyć umysł i nie skupiać się na bólu. Nie było to proste i nie odnosiłem sukcesu. Mięśnie, nienawykłe do takiego katorżniczego treningu, paliły mnie żywym ogniem. W gardle zaschło mi okropnie, że aż z trudem przełykałem ślinę. Pot spływał po całym moim ciele, kapał mi z włosów na twarz i na ramiona. Dodatkowo ciężkie buty sprawiały okropny ból moim łydkom. Dlaczego, do cholery, nie dostałem jakichś biegówek?! Widok przed oczami zaczął mi się rozmywać. Nie reagowałem już nawet na komunikaty o kolejnych okrązeniach, czasem nawet nie zrozumiałem, co Jegor powiedział. W pewnej chwili rwanie w płucach stało się nie do zniesienia, a obraz zamigotał wyjątkowo mocno. Przewróciłem się i z jękiem zderzyłem z twardą ziemią. Nie wstałem od razu. Zamiast tego oddychałem spazmatycznie, w końcu mogąc zaczerpnąć powietrza pełną piersią.
- Wstawaj, Lohengrin.
Zacisnąłem dłonie w pięści. Chciałem zaprotestować. Zaskomlać, że już nie dam rady, że więcej nie przebiegnę nawet metra. Powiedzieć mu, że dawno nie biegałem i naprawdę chcę, ale nie potrafię. Otworzyłem już usta, aby to zrobić, ale nagle moje własne słowa zahuczały mi w uszach. „Jestem dorosły i sam biorę odpowiedzialność za swoje czyny i decyzje! –krzyczałem do Dymitra. - Co ty sobie myślisz?? Doskonale wiem, że… nie będzie mi łatwo. Ale decyduję się na to, rozumiesz? Jestem w pełni świadomy konsekwencji. Nie boję się ich. Godzę się na nie” Zacisnąłem mocno zęby, nagle boleśnie zdając sobie sprawę, jaką ciężką krwawicą będę musiał opłacić te dziecinne, lekkomyślne zapewnienia. Jednak kim bym był, gdybym teraz się wycofał…? Udowodniłbym, że jestem tylko szczeniakiem, który nie wie, co mówi. Tymczasem ja… uważałem się za człowieka dojrzałego. Nie mogłem pozwolić na taką hańbę, nie mogłem się ośmieszyć przed Dymitrem, a co ważniejsze, przed samym sobą.
- Słyszysz, człowieku? Jeśli w tej chwili nie wstaniesz, doliczę pięć okrążeni więcej.
- Już – jęknąłem w ziemię, jednak na tyle głośno, aby mnie usłyszał. Podparłem się na rękach i najpierw uniosłem do góry tyłek, a potem przednią część ciała. Z czworaka ostatkiem sił dźwignąłem się do pionowej pozycji. Ruszyliśmy truchtem dalej. Oczy miałem przymknięte, a usta rozchylone. Ból ogarniał mnie jasnym, straszliwym płomieniem, zdawało mi się, że pożera mnie żywcem.
- Osiemnaste – rzeczowo zakomunikował Jegor, a ja znów gorliwie odliczałem do końca, zupełnie jakbym wraz z czterdziestym miał zostać zbawiony.
***
- Trzydzieste czwarte.
Upadałem coraz częściej. Tak bardzo pragnąłem, aby to piekło już się skończyło. Abym mógł po prostu odpocząć. Nie, nie mogłem o tym myśleć, bo byłoby przez to tylko gorzej.
- Przysiad!
- Co…? – zapytałem słabo, nie rozumiejąc co on do mnie mówi. „Siad? Jaki siad? Przecież nie jestem psem…” – tępo przeszło mi przez głowę.
Zrozumiałem dopiero wtedy, gdy zobaczyłem jak Jegor klęka do przysiadu i wstaje. Spojrzałem na niego z całym bólem i cierpieniem, których doświadczałem.
- Powiedziałem; przysiad! – wrzasnął.
Wykonałem polecenie. Nogi odmówiły posłuszeństwa i nie zdołałem wstać. Odepchnąłem się rękami od podłoża. Jegor wykazał miłosierdzie i nie zauważył tego.
Biegliśmy dalej. Ku mojemu zaskoczeniu, tym razem krzyknął:
- Brzuszek!
Nie musiałem już patrzeć na niego. Położyłem się na plecach, wykonałem polecenie. Wstawanie było katorgą. Kiedy po kilku metrach padł rozkaz „pompka”, ręce mi się ugięły i z pełnym impetem uderzyłem szczęką w grunt. Zęby na szczęście zostały na miejscu. Wstałem, otarłem ręką tym razem najprawdziwsze łzy i biegłem dalej. Przez głowę mi przeszło, że ciekawe co by powiedział na to mój ojciec, dla którego szczytem męskości było oglądnie meczów i debat politycznych w telewizji. Uśmiechnąłem się cynicznie pomimo wszystko i dzięki temu, że mogłem poczuć się lepszym od kogoś, zyskałem jeszcze nieco siły.
***
- Czterdzieści!
To upragnione, wspaniałe, najsłodsze z możliwych słowo wreszcie przecięło powietrze. Zatrzymałem się i w chwili, kiedy mój organizm pojął, że to już koniec batalii, nie zdołałem dłużej ustać na nogach. Runąłem na ziemię i nie podniosłem się już. Słyszałem, że Jegor coś mówi, ale straciłem przytomność i nie zrozumiałem jego słów.
***
Chlaśnięcie w twarz skutecznie przywróciło mi trzeźwość umysłu. Wyrzuciłem z siebie słabe „Za co?”, zanim pojąłem co się stało i gdzie jestem.
- Wybacz, syneczku. Kobiety cucę inaczej.
Zaśmiał się na swój własny, zbereźny dowcip. Zaraz…. Cuci? Czyli zemdlałem? Z trudem otworzyłem oczy.
- No, nareszcie. Jakbyś wyzionął ducha, Iwanowicz sprawiłby, że niebawem byśmy się znowu zobaczyli, tylko w innym wymiarze. Ponoć niezłą kasę za ciebie dostaje.
Pokiwałem głową. Rozejrzałem się po okolicy. Wciąż znajdowaliśmy się w tym samym miejscu, tylko nie na trasie. Jegor przeniósł mnie trochę i oparł o jedno z pobliskich drzew. Byłem tak wycieńczony, że obraz przede mną się rozmazywał, a wszystkie bodźce docierały później niż powinny.
Spostrzegłem, że zwisa nade mną jakaś butelka i dopiero za kilka chwil zorientowałem się, że to Ukrainiec częstuje mnie wodą. Bez słów odkręciłem korek i wypiłem połowę.
- Na dziś to koniec. Możesz wracać do rezydencji.
Na dziś… Czy to samo czekało mnie jutro? Szybko odrzuciłem od siebie tę myśl, aby przypadkiem nie rozkleić się na oczach olbrzyma.
- Nie wiem… - zacząłem słabo. – Jak trafić. Pan Iwanowicz kazał mi pana zapytać.
- Tam jest wyjście z poligonu – wskazał palcem na prawo. – Z resztą ten odcinek pokonamy razem, też stąd wychodzę. Potem w lewo i na przystanek. Wsiadasz do wszystko jedno jakiego autobusu. Po piętnastu minutach, jak zobaczysz cerkiew, to na kolejnym przystanku. Za kościołem w lewo i będziesz na miejscu. Zapamiętałeś?
Nie zapamiętałem i doskonałe zdawał sobie z tego sprawę. Nie zamierzał mi wcale ułatwiać.
- Powiedzmy – mruknąłem tylko.
Miałem nadzieję, że jednak większość utkwiła mi w głowie i że jakoś dotrę do domu. Docieraliśmy już do bramy, gdy Jegor rzucił mi na odchodnym;
- Acha, Lohengrin. Biegałeś dziś cztery godziny. Rzecz jasna, łącznie z twoimi tragicznymi upadkami, zatrzymywaniem się i trudnościami przy powstaniu.
Co? Co on powiedział? Cztery godziny? Zakręciło mi w głowie przez tę informację. Czym prędzej pożegnałem się i odszedłem, żebym przypadkiem nie zemdlał znowu.
***
Afgańczycy drgnęli lekko na mój widok, co w ich przypadku było niebywałe. Prawdopodobnie przedstawiałem obraz tak żałosnej, niewypowiedzianej martyrologii, że nawet w nich wywołało to jakieś emocje. Zapukałem do drzwi.
- Są otwarte – odparł jeden z ochroniarzy.
Zdziwiła mnie ta informacja, ale tak bardzo zapragnąłem znaleźć się w środku, że bez żadnych dodatkowych pytań, wszedłem. Osunąłem się po ścianie, uszczęśliwiony, że w końcu mogę usiąść. Chciałem zdjąć buty, ale okazało się to zbyt kłopotliwe, więc po prostu rozłożyłem się na podłodze. Tak… było cudownie.
- Wielkie Nieba, Till! – usłyszałem znajomy głos. – Czemu tu leżysz?
- Powiedzmy, że… układam poezję. Tak… wiersz dwunastozgłoskowy.
Dima zatrzymał się nagle, gdy tylko mnie zobaczył. Ubranie miałem tak samo umorusane jak buty i twarz. Włosy mokre i skołtunione. Był jednak zdziwiony tylko przez chwilę. Ujął mnie pod pachami i postawił na nogach. Rozpiął mi bluzę i lekko ją ze mnie ściągnął. Drgnąłem, gdy zauważyłem, że uklęknął przede mną i że zaczyna rozsznurowywać mi buty.
- Nie, cz-czekaj, nie musisz… - zaprotestowałem.
Podniósł na mnie swoje spojrzenie. Wyrażało tkliwość i coś jakby… wyrzuty sumienia?
- Nic nie szkodzi, Till – odparł, odwiązując sznurowadła.
Dlaczego czułem się tak nieswojo…? Jego postać, pochylona przede mną wywoływała we mnie dziwne uczucia. Cała ta sytuacja wydawała się taka intymna, poufała, nie na… miejscu?
- Poradzę sobie – mruknąłem, odsuwając się. Uznałem, że odwiązywania drugiego buta już nie zniosę.
Westchnął zirytowany i podniósł się.
- W takim razie przygotuję ci kąpiel. W salonie, tym ulubionym od Griety, masz już postawiony obiad, wciąż ciepły.
Zostawił mnie samego z moimi sznurówkami. Mogłem odetchnąć spokojniej, jako, że intymna atmosfera się rozwiała. Zdjąłem buty i skarpetki i… zachwiałem się niebezpiecznie. Dopiero teraz zorientowałem się, że mam na palcach straszne odciski. Jakoś dokuśtykałem do salonu. Gdy tylko spostrzegłem jedzenie, poczułem jak straszliwie jestem głodny. Trzeba przyznać, że obiad był prawdziwie królewski - obfity i wykwintny. Rzuciłem się na niego jak zwierzę, nie patrząc na oburzone spojrzenie Griety siedzącej na drugim fotelu. Zaraz jednak wyszła z pokoju, po raz kolejny udowadniając mi, że nie lubi mojego towarzystwa. Dima przyszedł chwilę potem, akurat gdy się zakrztusiłem. W odpowiednim momencie podsunął mi pod nos kieliszek wina, który wypiłem jednym haustem.
- Dzięki – wydusiłem z siebie.
W spojrzeniu wciąż miał tę tkliwość i przeszło mi przez myśl, że jego nastrój zdążył się diametralnie zmienić od rana. Czyżby coś się wydarzyło?
- Jesteś weselszy i spokojniejszy niż rano – zauważyłem na głos.
- A tam – machnął ręką. – Zawsze jestem zmierzły jak trzeba wstać wcześnie. Zapomniałeś?
Skinąłem, przyznając mu rację.
- Było ci bardzo ciężko? – zapytał, nawiązując do treningu.
Co powinienem mu odpowiedzieć? Nie chciałem ani się skarżyć ani łgać. W końcu zebrałem się na lakoniczne „Tak”. Zachowywał się osobliwie. Patrzył na mnie uradowanymi, może nawet dumnymi oczyma. Nie wiedziałem wtedy, iż Jegor powiedział mu wcześniej, że jeśli tylko okażę się „do gówna nadającym się chłopczyną”, to odeśle mnie po pół godzinie i bez oporu zrezygnuje z dofinansowania.
Skończyłem jedzenie i nalałem sobie jeszcze wina. Dymitr wstał i znalazł się tuż za mną. Zawisł na moich plecach, przylegając do mnie lekko. Przyłożył policzek do mojej szyi i został już tak, delektując się bliskością. Przymknąłem oczy, również zadowolony. W takich chwilach przechodziła mi przez głowę myśl, że nasza przyjaźń jest chyba zbyt piękna i za słodka jak na przyjaźń, ale zepchnąłem tę głupią sugestię umysłu na jego dno. Nalałem sobie znów wina.
- Cieszę się, że tu jesteś – szepnął mi do ucha.
- Wiem – odparłem równie cicho, bojąc się do niego odwrócić, a za nic nie mogąc wstać.
Wtopił w moje włosy swoje długie palce, a potem pogłaskał mnie po policzku. Westchnął głęboko i wstał, stanowczo zbyt gwałtownie. Poczułem się zawiedziony, że subtelna pieszczota już się skończyła, a nie miałem odwagi, żeby się o nią upomnieć.
Zasiadł na fotelu obok, wtedy stanowczo zbyt daleko. Spojrzałem tęsknie na jego dłoń, ale szybko się opamiętałem, aby niczego nie zauważył. Opamiętanie to miało swoje dobre i złe strony – powróciła świadomość bólu stóp i wycieńczenia.
- Czy nie mógłbym dostać jakichś butów do biegania? – zapytałem.
- Do biegania? – zdziwił się.
- Tak… bo dziś biegałem cały dzień. A te oficerki nie nadają się do tego.
Pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Pewnie. Załatwię to jeszcze dziś. Numer czterdzieści trzy, dobrze pamiętam?
Przytaknąłem.
- Dam ci plecak, żebyś mógł wziąć do niego zarówno te buty jak i picie. O tym dziś zapomniałem, przepraszam.
- Jegor mnie poczęstował.
Oczy Dymitra na chwilę się powiększyły, jednak zaraz znów przybrały normalny wyraz i nic nie wyrzekł. Czyżby Jegor nie miał w zwyczaju nikogo częstować? Rzuciłem okiem na opustoszałe półmiski. Nigdy jeszcze w swoim życiu nie zjadłem aż tyle…
- Pójdę zakręcić wodę – powiedział Dima i wyszedł.
Poczułem się straszliwie zmęczony. Odstawiłem talerz na krawędź stołu i ułożyłem głowę na blacie. Zanim Dima wrócił z łazienki, zdążyłem już się pogrążyć w głębokim śnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz