8. Ten pierwszy ruch
“And I see you there,
When I close my eyes…”
- Trzymaj gardę, cholera! – poprzez szum przecinających powietrze uderzeń, odgłosy mojego płytkiego, spazmatycznego oddechu i zapach męskiego, intensywnego potu, przedarł się chrapliwy głos Jegora.
Natychmiast przystawiłem pięść do szczęki, tak jak mnie uczył. Jednak, jak na złość, wcale nie chciała tam powracać po wykonywanych ciosach i blokach.
Jegor pomimo swoich ogromnych rozmiarów był zwinny jak kot i szybki niczym gepard. Co jednak ważniejsze, nie dawał mi żadnych forów. Grad jego ciosów i uderzeń spadał na mnie raz za razem i smakował jak smaganie biczem. Co prawda, bił mnie tak, aby nie połamać mi kości ani nie spowodować innych, poważnych obrażeń. Nie znaczy to jednak, że nie sprawiał mi bólu. W tamtej chwili miałem tego serdecznie dość jak tylko można mieć czegoś serdecznie dość w życiu i szczerze tego nienawidziłem. Czy istniało jednak jakieś inne wyjście? Wiedziałem, że nie, więc raz za razem, z uporem maniaka, próbowałem go dosięgnąć moją pięścią. Jegor uchylał się raz za razem, a ja okładałem powietrze. Nogi już mi drżały od zbyt wielkiego wysiłku. Oczy zaszły mi potem i łzami, więc poznawałem gdzie znajduje się mój przeciwnik tylko dzięki migotaniu jego ogolonej czaszki. Nie miałem zbyt wielkich możliwości, aby przygotować się na kolejny cios. Jegor okładał mnie bez litości zanim zdołałem oddać uderzenie.
- Musisz być szybszy, Lohengrin! – krzyknął do mnie, nie zaprzestając walki. – W takim tempie zabiłbym cię zanim zdołałbyś się w ogóle odezwać.
Zacisnąłem zęby, sfrustrowany. Jak on mógł ode mnie wymagać rewelacyjnych zdolności bojowych po tak krótkim przygotowaniu? Później nauczyłem się, że miał on w zwyczaju zawsze obarczać mnie zadaniami stanowczo przewyższającymi moje umiejętności. Miało to na celu kształtować mój charakter, może nawet w większym stopniu niż mięśnie. Bez słowa znosiłem piekło, które kazał mi przechodzić. Początkowo, z fatalnym skutkiem.
Próbując dodać sobie odwagi, zacisnąłem mocno pięści i zaatakowałem. Zdecydowałem się na grad szybkich, mocnych uderzeń. Miałem nadzieję, że dzięki temu chociaż raz go trafię. Jednak jego przedramiona skutecznie blokowały mi dostęp. Szybkie, stalowe bloki odparowywały moje uderzenia w mgnieniu oka.
- Za wolno – warknął.
Jeszcze przez chwilę pozwolił mi na utrzymywanie inicjatywy, ale nie trwało to długo. Zaraz potem mocno zamachnął się prawą pięścią. Przewidując atak osłoniłem się z tej strony. Jegor jednak nie uderzył. Zamiast tego wykonał szybki, zręczny kopniak z półobrotu. Zupełnie się tego nie spodziewałem. Dzięki jego wadze i sile atak miał naprawdę olbrzymią moc. Boleśnie runąłem na ziemię i przejechałem na plecach jeszcze kilka metrów. Jegor był militarnym potworem, ukraińską maszyną bojową o zastraszającej sile rażenia. Właśnie tak sobie pomyślałem, wijąc się na wilgotnej ziemi i jęcząc. Trafił mnie w nogę, która pulsowała tępym, przeszywającym bólem. Byłem pewien, że złamał mi kość. Spróbowałem wstać, ale zawroty głowy okazały się zbyt silne. Słyszałem jego powolne kroki. Zbliżał się do mnie. Bałem się, że znowu mnie zaatakuje, ale jednocześnie czułem, że jeśli tylko spróbuję wstać, z pewnością zwymiotuję.
Nagle zatrzymał się przede mną.
- Nie jesteś ani trochę przebiegły. Powiem nawet, że jesteś bezmyślny. Zdaje ci się, że przeciwnik zawsze będzie fair w stosunku do ciebie. To była nauczka za tak żałośnie naiwne myślenie.
Nie miałem siły się odezwać. Czułem się przegrany i poniżony. Po krótkiej pauzie kontynuował udzielanie reprymendy. Trzeba przyznać, że był w tym mistrzem. Ostre słowa wrzynały się we mnie razem z wstrząsającym, ostrym bólem, który teraz już rozchodził się po całym ciele. Potrafił dopasować do tych trudnych do zniesienia, deprymujących komentarzy odpowiedni moment. Wiedziałem, że muszę się prędko do nich dostosować jeśli chcę przetrwać.
- Jesteś też za wolny. Nie jesteś nawet w połowie ciosu, a ja już wiem, co chcesz zrobić. Zamiast patrzeć mi w twarz, spuszczasz wzrok. Nigdy nie obronisz się w ten sposób. Musisz się nauczyć wyczuwać, jaki ruch wykonam. Poza tym… za bardzo skupiasz się na jednej czynności. Kiedy atakujesz, nie potrafisz się bronić. W takim wypadku walka zawsze będzie się toczyć na twoją niekorzyść.
Z goryczą wysłuchałem jego bolesnej krytyki. Otworzyłem zaschnięte, spękane usta i z trudem dobyłem głosu.
- A jest w ogóle coś… co robię dobrze?
Jegor parsknął. Jak przez mgłę widziałem jego harde spojrzenie.
- Co za arogancja. Może mam jeszcze cię pogłaskać?
Pobłażliwie pokręcił głową i podał mi rękę, aby pomóc mi wstać. Uchwyciłem się jego dłoni. Z dziecinną łatwością postawił mnie na nogi. Wycieńczenie jednak wzięło górę i z powrotem runąłem bezwładnie na ziemię. Zacisnąłem zęby, starając się, żeby z moich oczu nie popłynęły łzy. Ogrom bólu i poniżenia sprawiały, że miałem ochotę płakać i wyć jak dziecko. Nie chciałem jednak narażać się na kolejne szyderstwa. Duma wzięła górę i zdołałem nie myśleć o tym, że leżę u stóp Jegora jak glista. Na szczęście nie trwało to jednak długo, chociaż nie wiem czy to, co nastąpiło potem, było lepsze.
Jegor westchnął zirytowany i uklęknął przy mnie.
- Gdzie boli? – zapytał.
Lekko uniósł brwi, gdy wskazałem swoje przedramię, piszczel, kostkę u nogi, brzuch i szczękę. Przy okazji zorientowałem się, że przy którymś z uderzeń rozciął mi dolną wargę, z której sączyła się krew. Bez zbędnych słów sprawnie zbadał wszystkie miejsca, które mu wymieniłem.
- Nic nie jest złamane ani skręcone – oświadczył, odwijając moją przed chwilą podwiniętą nogawkę.
Chociaż z ulgą przyjąłem to do wiadomości, ów fakt wcale nie zredukował mojego cierpienia.
Ze zdziwieniem poczułem, że Jegor znów mnie dotyka. Zszokowanie jednak okazało się dużo większe, kiedy mnie podniósł i przerzucił sobie przez ramię jak wór kartofli.
- Cz-czekaj – desperacko próbowałem go powstrzymać. – Będziemy tak iść?
Wyobraziłem sobie reakcję innych mundurowych przy wyjściu z poligonu. Chociaż podczas ćwiczeń zawsze byliśmy sami, przy bramie często kręciło się kilka osób. Poczułem, że palę się ze wstydu na samą myśl o spotkaniu z nimi w takiej sytuacji.
- Jeśli wolisz, mogę cię jeszcze ciągnąć po ziemi za nogę – mruknął.
- Daruj sobie, proszę – warknąłem, nie mogąc już znieść tego upokorzenia.
- Zaraz dostaniesz w pysk za takie odzywki.
Miałem ochotę zapytać „Znowu?”, ale powstrzymałem się. Nie szczególnie miałem ochotę po raz kolejny tego dnia „dostać w pysk”. Kiedy zbliżaliśmy się do wyjścia, zamknąłem oczy. Miałem nadzieję, że ewentualni obserwatorzy wezmą mnie za nieboszczyka. W tym miejscu nic nie było zadziwiające, niemożliwe czy nieetyczne.
Dotarliśmy do samochodu. Jegor rzucił mnie na tylne siedzenie, jakbym w istocie był worem kartofli. „Dobrze chociaż, że nie do bagażnika”, pomyślałem, siląc się na poczucie humoru. Pomimo wszystko byłem szczęśliwy, że przeżyłem kolejny dzień. Jutro, chwała niebiosom, czekał mnie „wykład” z Dimą. Ku mojemu zdziwieniu, pokochałem te zajęcia. Jegor i jego niekonwencjonalne metody były główną ku temu przyczyną.
***
- Przyniosłem ci twojego cherubinka – odparł Jegor, prezentując mnie Dimie.
Przed drzwiami ściągnął mnie ze swojego ramienia i wziąwszy mnie za ubranie wniósł mnie do rezydencji jak szmacianą kukłę. W tej chwili wciąż mnie tak trzymał. Nie miałem siły protestować czy zwracać uwagę na wbijające mi się w szyję ubranie. Zanim runąłem na podłogę, dostrzegłem zaniepokojone spojrzenie Dimy.
- Nie przesadziłeś? Mówiłem ci, że nie masz go zabić ani okaleczyć.
Wiedziałem, że przy Jegorze nie padnie na kolana, żeby mnie ratować. Kulejąc i chwiejąc się, doczłapałem do najbliższego pokoju. Miałem dość obecności Ukraińca, który wciąż mnie bił, okładał, tudzież rzucał mną czy kopał. Zamknąłem za sobą drzwi i usiadłem przy nich, aby usłyszeć ich dalszą rozmowę.
- … więc nie ma trwałych uszkodzeń. Nie jestem amatorem, Dymitr.
- Problem tkwi w tym, że byłeś uczony jak zabić, a nie jak nie zabić. Obawiam się, żebyś się nie zapomniał.
- Nie rób ze mnie idioty. Gdybym nim był, nie dostałbym swoich funkcji, prawda?
Dima westchnął. Najwyraźniej irytował go przekorny temperament Ukraińca.
- Przypominam ci tylko, co do ciebie należy. Masz zrobić z tego człowieka zabójcę i żołnierza, nie trupa.
Drgnąłem na dźwięk jego słów. Pomimo morderczych treningów, nigdy dotąd nie pomyślałem o sobie w ten sposób. Nie wybiegałem myślami tak daleko. Moje codzienne rozmyślania na temat przyszłości ograniczały się do wątpliwości czy przetrwam kolejny trening z Jegorem. Teraz zacząłem się zastanawiać; czy nie zawiodę gdy nadejdzie czas na praktykę…?
- I zrobię – zapewnił Jegor. – Tak jak zrobiłem z ciebie. Chociaż to chyba będzie trudniejsza sprawa.
- Dlaczego? – natychmiast zaciekawił się Dymitr. – Twierdzisz, że jest za słaby?
Jegor westchnął.
- Niee – odparł Ukrainiec, z niepewnością przeciągając to krótkie słowo. - Ale jego wrodzone uwarunkowania mogą go ograniczyć. Na to nie będę miał wpływu. Nie jestem cudotwórcą. Wiesz jak Spartanie wychowywali swoje dzieci?
Nastąpiła krótka pauza, podczas której Dima zapewne musiał pokiwać głową.
- No właśnie – ciągnął Jegor. – Dlatego nie mogę zrozumieć, dlaczego ojciec przysłał go dopiero teraz. Gdyby był chociaż pięć lat młodszy, przyswajałby znacznie szybciej.
- Ja także zaczynałem mniej więcej w jego wieku.
- No tak, ale ty… Ty już żyłeś w nędzy. To nie była alternatywa, tylko jedyne możliwe wyjście.
Drgnąłem na te słowa. Zdążyłem prawie zupełnie zapomnieć, dlaczego Dima wyjechał. Sam fakt, że to zrobił był dla mnie na tyle niestrawny, że nie zastanawiałem się nad powodami. Gdybym nie był tak zaślepiony tęsknotą i uczuciem pokrzywdzenia, zapewne zauważyłbym już lata temu, że nie miał żadnego wyboru. Moje rozmyślania przerwała ich dalsza rozmowa.
- Sądzisz, że się nie nadaje? – zapytał Iwanowicz.
- Nic nie sądzę. Na razie… nic.
Po tym ostrożnym stwierdzeniu, Jegor zaczął się żegnać. Pospiesznie oddaliłem się na od drzwi i wdrapałem na krzesło, żeby Dima nie zauważył, że podsłuchiwałem.
Kilka chwil później klamka skrzypnęła i Iwanowicz wszedł do pokoju. Spojrzał troskliwie na moją umorusaną twarz i rozciętą wargę, z której znowu zaczęła się sączyć krew.
- Nieźle cię załatwił – powiedział, zbliżając się do mnie.
Nie miałem siły się uśmiechnąć po tym wszystkim. Westchnąłem ciężko, nie mogąc wydobyć z siebie żadnych słów.
Dima uklęknął przy mnie i oparł łokcie na moich kolanach. Również wciągnął powietrze głęboko w płuca, po czym zorientowałem się, że chce mi powiedzieć coś trudnego.
- Słuchaj… - zaczął wyjątkowo nieporadnie, jak na niego. Zmarszczył brwi, jakby także to zauważył, ale po chwili kontynuował. – Czy ty na pewno chcesz przez to wszystko przechodzić?
Zamrugałem i przeniosłem na niego wzrok. Nasze spojrzenia się spotkały. Jego kobaltowe oczy wyrażały konfuzję i niepewność jakich dawno w nich nie widziałem.
- Co przez to rozumiesz? – zapytałem.
- Nie wiem, czy… to cię nie przerasta. Z resztą nie lubię cię widzieć w takim stanie.
- Boisz się – osądziłem.
Przez jego twarz przebiegł widoczny grymas, który poświadczył, że mam rację.
- Nie wiem, czy powinienem cię w to mieszać. Zniszczę ci życie.
Nie podobały mi się jego słowa. Być może były zbyt dojrzałe, zbyt przewidujące i konsekwentne. Nie chciałem tego słuchać.
- I tak nie puściłbyś mnie z powrotem. Powiedziałeś, że to droga bez powrotu. Z resztą… nie chciałbyś.
Dymitr zmarszczył się znowu. Najwyraźniej moje słowa jemu także nie przypadły do gustu.
- Może mógłbym zrobić wyjątek… Dla twojego bezpieczeństwa - zaczął niepewnie.
- I co powiesz wszystkim? Co powiesz Jegorowi? Zgaduję, że innych się nie odsyła, jak się im nie spodoba, tylko… robi się z nimi coś innego.
Wolno pokiwał głową. Na moment zabrakło mu słów. Po chwili to, że mógłby ”zrobić wyjątek” zalśniło dla mnie innym znaczeniem. Bez zbędnego namysłu, zapytałem:
- Masz ochotę zrezygnować?
Dima uśmiechnął się lekko, ale dostrzegałem w tym uśmiechu cień smutku.
- Nic nie rozumiesz. Nie widzisz, że to nie jest takie łatwe, jak ci się wydaje.
Chciałem z nim walczyć, zaprzeczać i udowadniać, że się myli. Zanim jednak zrobiłem którąkolwiek z tych rzeczy, poczułem, że położył swoją dłoń na mojej. Nie było to jedno z tych przelotnych, niby przypadkowych dotknięć, którymi obdarzał mnie od czasu do czasu. To było coś zupełnie nowego i odważniejszego niż do tej pory. W tamtej chwili nie zdołałem się nad tym zastanawiać. Byłem zupełnie zaabsorbowany dotykiem jego skóry i zatopiłem się w jego spojrzeniu. Rzecz tak banalna jak trzymanie się za ręce za tym pierwszym razem, gdy dotyka się pożądanej osoby, obudziła we mnie niesamowite odczucia. Pierwszy nasz tak intymny, a jednocześnie niewinny kontakt sprawił, że zatopiłem się zupełnie w tej chwili. Przez chwilę sunął palcami po mojej dłoni, a potem splótł się ze mną palcami. Uścisnąłem go i uśmiechnąłem się lekko. Byłem zarazem poruszony i ciekawy. Dima natomiast wydawał się niesamowicie skupiony i jakby lekko pijany. W pewnym momencie podźwignął się z klęczek i nachylił do mnie. Zanim jednak zdążył zrobić cokolwiek, rozległo się pukanie do drzwi. Poderwał się na równe nogi i o mało się nie przewrócił. Wziął głęboki oddech, spojrzał na mnie raz jeszcze i wymówił głośne i neutralne „proszę”.
Do pomieszczenia weszła dziewczyna służąca za pomoc kuchenną. Spojrzała najpierw na Dimę, a potem na moją zmaltretowaną postać. Na jej twarzy pojawił się taki wyraz, jakby zaczęła się zastanawiać czy Iwanowicz mnie tu nie torturował.
- Obiad jest gotowy. Czy podać go w salonie?
Dima zamrugał kilkakrotnie, jakby chcąc sobie przypomnieć co to jest obiad i w jakim salonie.
- Tak, dobrze.
Kiedy kobieta wyszła, odwrócił się z powrotem do mnie. Oparł dłonie na łokietnikach mojego krzesła.
- Na czym to skończyliśmy…?
Nieoczekiwana przerwa wybiła mnie z tego narkotycznego transu i zacząłem się zastanawiać, co właściwie dzieje się wokół mnie. Straciłem fason i miałem ochotę oddalić się stamtąd najszybciej jak to tylko możliwe.
- Poczekaj – spróbowałem go powstrzymać, kiedy nachylił się znowu do mnie.
Nie odsunął się jednak, tylko uśmiechnął drapieżnie.
- Na pewno tego chcesz?
Miał to do siebie, że im bardziej się orientował, jakie robi na mnie wrażenie, tym bardziej pewny siebie i bezkompromisowy się stawał. Chociaż był to dopiero początek, zaczął zdawać sobie sprawę, że trudno mi mu odmówić. Zbliżył się jeszcze trochę, tak, że czułem na sobie jego oddech. Moje serce znacznie przyspieszyło i znowu zacząłem odczuwać to rozkoszne, błogie omdlenie. Musnął moje wargi swoimi ustami, ciekaw reakcji. Zachłysnąłem się powietrzem, czując jak bardzo mnie to podnieca. Coś we mnie jednak krzyczało, że to jakaś anormalna sytuacja, że nie powinno się tak dziać, że coś takiego nigdy się nie wydarzyło do tej pory. Spuściłem wzrok i mruknąłem:
- Wypuść mnie. Muszę nad tym… pomyśleć.
- Nie masz nad czym myśleć. Widzę, że chcesz – szepnął i zaczął całować moją szyję.
Przymknąłem oczy, czując, że wzbudza we mnie pragnienie. Jednak mylił się. Nie chciałem tego. Mój świat ostatnio wywrócił się do góry nogami i ciągle jeszcze chwiał się w posadach. To nie był czas na takie eksperymenty. Był dla mnie ostatnim stabilnym elementem mojego życia i nie chciałem, żeby między nami działo się wtedy coś tak niestabilnego.
- Przepraszam. Nie – odparłem skonfundowany i odepchnąłem go, na tyle mocno, aby faktycznie się przesunął.
Wstałem i spojrzałem na niego. Ku mojemu zdziwieniu nie wyglądał na wściekłego czy rozczarowanego. Był raczej zadowolony. Ja natomiast czułem się tak skrępowany, że nie wiedziałem, gdzie podziać oczy.
- Muszę… wyjść – powiedziałem głupio i pokuśtykałem do drzwi. Obawiałem się odwrócić, żeby na niego spojrzeć. Miałem ochotę, żeby cała ta scena się nie wydarzyła. Nie chciałem nowych problemów i nowych ról. Chociaż w głębi duszy wiedziałem, że kocham go od dawna, nigdy dotąd nie przyznałem się do tego przed samym sobą. Nie zrobiłem tego również wtedy. Z ciężkim sercem zamknąłem za sobą drzwi.
Był to pierwszy raz, kiedy zrozumiałem, że go pragnę i ostatni raz, kiedy Dima zaproponował mi, że mogę zrezygnować. Chociaż w późniejszych latach błagałem go, żebym mógł odejść, nigdy mi na to nie pozwolił.
***
Nie poszedłem na obiad. Musiałem pobyć sam i naprawdę nad tym pomyśleć. Udałem się do swojego pokoju i ku mojej uldze Dima nie zakłócał mi spokoju. Po drodze poprosiłem służbę o jakieś środki na uśmierzenie bólu.
Chociaż podniecenie szybko minęło przez obawy, które pojawiły się w mojej głowie, chaos wcale się nie rozwiał. Gdy fizyczny ból zniknął dzięki tabletkom, skupiłem się już zupełnie na problemach duchowych. Chociaż nie wiem czy można to nazwać skupieniem. Po mojej głowie błąkało się tysiąc myśli. Kiedy przypominałem sobie jego dotyk i jego usta na moich, robiło to na mnie piorunujące wrażenie. Jednak za bardzo bałem się zaangażować. Nie chciałem go stracić, a wiedziałem, że może tak być, jeśli wyjdziemy poza ramy przyjaźni. Oprócz tego nigdy nie byłem w związku z mężczyzną. Na dobrą sprawę, nigdy nie byłem w żadnym prawdziwym, dojrzałym związku. Nie mogłem do takich zaliczyć przelotnych relacji z dziewczynami, które bardzo szybko zaczynały mnie nudzić jako ludzie i z którymi szybko się rozstawałem. Co ja do cholery wiedziałem o miłości? Chociaż zawsze wydawało mi się, że całkiem sporo, nagle okazywało się, że zupełnie nic. Miłość w moim przypadku była nieuchwytna. Zawsze pojawiał się jakiś ogień, jakiś sentyment, ale czy potrafiłem być z kimś i kochać kogoś tak naprawdę? Nie wiedziałem tego i bałem się, że nie. Zdawało mi się, że byłem chłodnym człowiekiem.
Westchnąłem, nie mogąc już wytrzymać ciągłego siedzenia w jednym miejscu. Doszedłem do wniosku, że sercowe niuanse nie powinny zakłócać moich podstawowych funkcji, więc postanowiłem w końcu się umyć. Poszedłem do łazienki, która była najbliżej i przygotowałem sobie kąpiel. Ściągnąłem ubranie i wszedłem do gorącej wody. Odprężyło mnie to po tym makabrycznie trudnym do zniesienia dniu. Najpierw pół dnia z ukraińska maszyna do zabijania, a potem Dima wyskakuje z takim czymś. To było diametralnie za dużo jak na moje dwadzieścia jeden wiosen. Oparłem głowę na brzegu wanny. I co ja powinienem o tym myśleć? Jak powinienem się zachować? Dotknąłem swoich ust, wciąż czując na nich jego dotyk. Przestałem jednak prawie natychmiast. Nie. Nie chciałem zmian, jak ciekawe i pociągające by nie były. Niech wszystko zostanie tak jak do tej pory… przynajmniej na jakiś czas.
***
Dima stał przy wykresie i tłumaczył mi coś, co w tamtym momencie w ogóle do mnie nie docierało. Siedziałem przy jego biurku, żebym mógł sobie zapisywać ważniejsze rzeczy. Jednak od jakiejś pół godziny nie podniosłem nawet długopisu. Chociaż przekazywał mi szczegóły całkowicie nie pociągającego inwestowania na giełdzie, co jakiś czas dostrzegałem jego spojrzenia przepełnione pragnieniem. Zupełnie wytracało mnie to z rytmu.
- Till.
- Till…?
- C-co?
Westchnął zrezygnowany.
- Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – dopytywał się.
- Przepraszam. Możesz powtórzyć?
- No więc ostatnie obroty dotyczące…
- Chciałbym, żebyśmy o tym zapomnieli – wypaliłem nagle, wchodząc mu w słowo.
- O obrotach sesyjnych? – zapytał z lekkim uśmiechem, tak naprawdę zdając sobie sprawę, że chodzi o coś zupełnie innego.
Ignorując tę drobną złośliwość, brnąłem dalej.
- O tym, co wczoraj.
Dymitr westchnął przeciągle i usiadł naprzeciwko mnie.
- Dlaczego chcesz o tym zapomnieć? – zapytał.
Nie byłem wcale przygotowany na zgłębianie tematu. Nie wziąłem pod uwagę, że to przekorny człowiek i że nie przyjmie po prostu mojego postanowienia do wiadomości.
- Tak będzie lepiej – odpowiedziałem, nie patrząc mu w oczy.
- Porozmawiajmy o tym – zaproponował.
- Nie chcę o tym rozmawiać. Po prostu niech będzie między nami jak do tej pory. Nie chcę czegoś innego – na chwilę przesłoniłem sobie oczy dłonią, czując się bardzo niezręcznie.
- Zdradź mi powód – naciskał.
Westchnąłem głęboko i spróbowałem opanować drżenie głosu.
- Obawiam się, że będzie gorzej. Że potem może być gorzej niż jest teraz, normalnie – wytłumaczyłem, z trudem mówiąc o takich rzeczach. Ta lekkość w sprawach trudnych i wrodzona bezpośredniość nie były cechami, które z nim podzielałem.
- Może być też lepiej. Nawet dużo lepiej. Nie bierzesz tego pod uwagę? – zapytał z tajemniczym uśmiechem.
- To loteria – mruknąłem i zaśmiałem się nerwowo.
- A może rosyjska ruletka? – zasugerował, a jego uśmiech znacznie się poszerzył.
Zaśmiałem się na tę zabawną zbieżność.
- To tym bardziej przerażające.
Powolnie wstał z fotela. W jego oczach wciąż lśniło coś nieodgadnionego.
- Przyjmę twoje warunki, Till. Ale tylko z jednego powodu.
Spojrzałem na niego zaciekawiony. Sam nie wiedziałem czy bardziej chcę czy bardziej się boję usłyszeć ten powód.
- Bo wiem, że jeszcze sam do mnie przyjdziesz – odparł lekko, ale pewnie.
Spuściłem wzrok, czując, że robi mi się gorąco.
- Póki co możemy o tym drobnym incydencie zapomnieć. I o giełdzie na dziś również możesz zapomnieć, lekcja skończona.
Spojrzałem na niego zdziwiony.
- Nie wierzę, że zapamiętałeś chociaż jedno zdanie z tego, co dziś powiedziałem.
Uśmiechnąłem się przepraszająco, nie mogąc ukryć, że ma rację.
- Ale nie myśl, że kolejnym razem ci daruję. Możesz już zacząć się przygotowywać psychicznie na jutrzejszą konfrontację z Jegorem.
Zrobiłem minę, która wyraziła mój „gromki entuzjazm” na to spotkanie. Nie poskarżyłem się jednak. Nie skarżyłem się nigdy.
- Ciekaw jestem, czy jutro też mnie obtłucze jak worek treningowy – odparłem, z ulgą przyjmując tę zmianę tematu.
- Jeszcze cię boli po wczoraj? – zapytał.
- Tak. Ale od kiedy rozpoczął mnie uczyć walki wręcz, wszystko boli mnie niemal codziennie, więc czułbym się nieswojo, gdyby mnie nic nie bolało.
Dima roześmiał się szczerze na ten rozbrajający komentarz.
- Kiedy zaczęliście? – zapytał zaciekawiony.
- To będzie już… trzeci tydzień – odparłem, licząc w myślach.
- Trzeci tydzień… - powtórzył w zamyśleniu. – W sumie jesteś tu już miesiąc.
Skinąłem głową. Czas leciał mi bardzo szybko, zapewne dlatego, że miałem go niewiele tylko dla siebie. Po treningach z Jegorem nie wystarczało mi już siły na nic, natomiast po zajęciach z Dimą zwykle uczyłem się tego, co powiedział mi w dany dzień. Dima zwykł dużo pracować, telefonować i wyjeżdżać. Pozornie wydawał się być zwykłym biznesmenem, jak sam niedawno siebie określił. Wiedziałem jednak, że pod przykrywką telefonów i spotkań czai się rozlew krwi, a biurowa praca opierała się na obliczaniu i planowaniu gospodarczych przekrętów. Jeszcze nie angażował mnie w same źródło tego wszystkiego, ale zdawałem sobie sprawę, że kiedyś przyjdzie na to czas.
- Pójdę już – odparłem, wstając.
- Czekaj – zatrzymał mnie przed wyjściem. – Chciałbyś wybrać się do teatru? Dawno nie byłeś.
- A gdzie chciałbyś iść? – zapytałem.
- Niestety ja weekend mam zajęty. Ale mam darmowy bilet na „Fausta”, jeśli chcesz.
Poczułem się trochę rozczarowany, że nie pójdzie ze mną. Jednak z drugiej strony może to i lepiej po ostatnich wydarzeniach, pomyślałem.
- O, ojczysta klasyka tutaj. Jak miło – odparłem z uśmiechem.
- Rozumiem, że to znaczy „tak” – wyciągnął z szuflady bilet i wręczył mi go.
Przeczytałem na nim: niedziela godzina 20.00
- A gdzie ty się wtedy wybierasz? – zapytałem.
- Interesy do załatwienia. Sołncewo pozwala sobie na zbyt wiele. Należy coś z tym zrobić.
Pokiwałem głową, ale nie pytałem o więcej. Wtedy to jeszcze nie był mój świat. Do pewnego dnia, kiedy poznałem ludzi, z którymi Iwanowicz owe interesy prowadził.
Ów dzień nadszedł jakieś dwa tygodnie później. Do tego czasu nic nadzwyczajnego w moim życiu się nie wydarzyło. Wciąż żyłem, przestrzegając mojego programu zajęć. Z przyjemnością wybrałem się na „Fausta”, ciesząc się, że znowu mogę uczestniczyć w życiu kulturalnym. Wystrój wnętrza i obsada były wyborne, a teatr z pewnością jeden z droższych w Moskwie. Przez ten czas wraz z Dimą przeszliśmy z powrotem do normalnych relacji. Po jakimś tygodniu mogłem już odzywać się do niego bez skrępowania. Ten krok w tył okazał się zaskakująco łatwy. Zdawałem sobie jednak sprawę, że nie byłby taki, gdyby doszło między nami do czegoś więcej. Treningi natomiast były tak samo trudne do zniesienia jak zawsze, ale zauważyłem drobną zmianę w sobie. Gdy rozbierałem się wieczorem przed kąpielą, dostrzegałem, że moja sylwetka zaczyna się zmieniać. Moje ramiona stały się szersze, a pod skórą rysowały się mięśnie. Nigdy nie byłem gruby, jednak teraz jakikolwiek nadmiar ciała zniknął na rzecz nowej rzeźby. Ucieszyło mnie to, jednak nie pod wizualnym względem. Skoro powiększały mi się mięśnie, oznaczało to, że staję się silniejszy, co pozwoli mi lepiej stawiać czoła wyzwaniom wymyślonym przez Jegora. To dodało mi otuchy. Pomyślałem, że bycie dobrym wymaga tylko pracy i czasu, ale nie jest niemożliwe do osiągnięcia.
Tym byłem zajęty zanim dowiedziałem się o spotkaniu.
Dima leżał rozłożony na sofie jak zadowolony kot. Appropo, Grieta patrzyła na niego z wyrzutem, że zajął miejsce, na którym chciała się położyć. Miauknęła, a raczej wydała z siebie dźwięk, który przypominał wyjątkowo brzydkie skrzypienie. Dima nachylił się, podniósł ją i położył na swoim brzuchu.
- Klatka piersiowa ci się zapadnie – odparłem z krzesła.
Piłem akurat wino, bardzo dobre, drogie i mocne. Jako, że tego dnia niewiele zjadłem, lekkie skutki już zaczynały być widoczne. Mroczyło mnie trochę, jednak w odprężający i przyjemny sposób.
- To tylko siedem kilo. Nie rób ze mnie emeryta.
- No tak, przepraszam. Zapomniałem, że też miałeś do czynienia z Jegorem. Dzisiaj położył na mnie jakieś sto kilo.
Dima zaśmiał się, co rozzłościło Grietę, która miała przez to niechciane turbulencje. Położyła mu łapę na twarzy, prawie wsadzając mu ją do oka. Dima przymknął powiekę i odezwał się do mnie rozbawiony.
- Co on ci robił?
- Stanął na mnie.
- O,o. O takich jego metodach jeszcze nie słyszałem. A wytłumaczył ci w jakim celu?
Nalałem sobie więcej wina. Spojrzałem przelotnie na Dymitra. Próbował posadzić Grietę, żeby przestała po nim chodzić. Raczej nie miał nic przeciwko, że opróżniłem pół butelki. Upiłem duży łyk słodkiego napoju.
- Ooch, nie chuchaj na mnie… Litości! O fe!
Znów podniosłem na niego wzrok. Grieta chyba musiała przed chwila ziewnąć. Tym razem ja się zaśmiałem. Dima był w jednym z tych swoich luźnych, głupawych nastrojów. Tutaj nie zdarzało mu się to tak często jak w Hamburgu, ale czasem jeszcze miewał takie momenty.
- Czemu nie usadzisz jej na fotelu? – zapytałem.
- Jest dorosła. Sama wie, gdzie chce siedzieć. Nie?
Grieta spojrzała na niego w zastanowieniu. Kiedy uznała, że jej „łóżko” w końcu przestało się poruszać, usadowiła się wygodnie i zamknęła oczy.
- No więc – kontynuował. – Co z Jegorem?
- Powiedział, że to miało na celu przygotować mnie na ekstremalne, nieoczekiwane sytuacje.
Stłumił śmiech, żeby kotka sobie nie poszła.
- Żartów mu się zachciewa.
Przypomniałem sobie jakie to było uczucie, gdy sto kilo (lub więcej) Jegora stanęło sobie na moim brzuchu.
- Jesteś pewien, że ten człowiek skrycie nie zamierza mnie zabić? Może to jakiś spisek?
Dima pokręcił głową.
- Nie obawiaj się. Wciąż nie odniosłeś żadnych szkód, a pracujecie z sobą już sporo czasu. On wie, co robi – zapewnił mnie.
Zamyśliłem się nad Jegorem. Nagle drgnąłem, gdy przypomniałem sobie ich ostatnią rozmowę. Poczułem potrzebę, żeby zadać Dimie pytanie.
- Wiesz, prawie zapomniałem już, dlaczego wyjechałeś. Czy gdybyś znalazł inne wyjście… nie wyjeżdżałbyś?
Iwanowicz westchnął, najwyraźniej nie mając ochoty na takie poważne tematy. Również przeżył dziś męczący dzień. Mimo to podjął rozmowę.
- Pewnie, że nie. Nie chciałem zostawiać ani ciebie, ani matki. Oprócz tego wyjeżdżałem zupełnie w nieznane. Nie miałem pojęcia, że w Moskwie zaangażuję się w coś takiego.
Zastukałem palcami o blat. Oparłem twarz na dłoni i czekałem, aż będzie kontynuował.
- Gdyby matka miała więcej pieniędzy… - westchnął przeciągle, a jego oczy zaszły mgłą. Myślami wrócił do czasów, gdy wciąż był niewinnym, niedoświadczonym młodzikiem, który niewiele wiedział o świecie.
- Nie tłumaczyłeś mi wtedy zbyt dokładnie, co się stało – rzuciłem, czekając teraz na jakieś wyjaśnienia.
- A co miałem powiedzieć? Że nie ma już pieniędzy na dwóch i muszę się wynieść? Nie było mi wtedy łatwo, Till. Nie chciałem ci tego pokazać, ale czułem się przerażony. Nigdy w życiu nie byłem w wielkim mieście, a tym bardziej skazany tylko na siebie.
Patrzyłem na niego uważnie. Teraz mówił o tym tak otwarcie. Od tamtych chwil minęło już wiele lat.
- Dlaczego właściwie… - urwałem, nagle zastanawiając się, czy powinienem zadać to pytanie. Po chwili jednak zdecydowałem się. – Dlaczego nagle zabrakło wam pieniędzy? Przecież wcześniej… nie było aż tak źle.
- Ojciec przestał wysyłać jej pieniądze. A ile sama mogła zarobić na wyszywaniu tych cholernych serwetek i obrusów? Nikt z nas nie wiedział, co się z nim stało. Może gdzieś zginął.
Drgnąłem, słysząc takie ostre słowa. Nie powinienem się jednak dziwić. Nigdy w swoim życiu nie widział ojca. Był dla niego obcym, obojętnym człowiekiem. Tak samo jego życie czy śmierć były mu całkowicie obojętne.
- Jak to właściwie się zaczęło? To, że znalazłeś się tutaj?
Podźwignął się trochę, co sprawiło, że kot uciekł. Wtedy usiadł, jakby nie miał ochoty opowiadać o tym na leżąco.
- Na początku było całkiem normalnie. Zacząłem pracować na budowie. Dzięki temu zarabiałem trochę pieniędzy, a dodatkowo miałem ostatnie oszczędności matki, które wręczyła mi na pożegnanie. Dało się przeżyć, a zawsze i jakiś dach nad głową się znalazł. Ale moje szczęście szybko się skończyło. Projekt splajtował, a ja straciłem pracę. Nie wiem, co się stało. Sponsor budowli wyjechał czy może zrezygnował. Potem nie znalazłem już żadnej pracy. Moskwa to wielkie miasto, a ja byłem szczeniakiem bez żadnych zawodowych umiejętności czy wykształcenia. Pieniądze jakie jeszcze miałem rozpływały się w powietrzu. To był straszny czas. Jadłem raz dziennie, żeby pieniędzy starczyło na dłużej. I trwało to przez pewien okres. Potem nie miałem nawet na tyle, żeby się gdzieś przespać. Byłem zrozpaczony. Nie było pieniędzy ani na nocleg, ani na powrót do matki. Nawet na jedzenie zaczynało brakować. Czułem się jak idiota, wiesz? Naopowiadałem matce, że wyjadę w świat, zarobię pieniądze i będę jej pomagał. Karmiłem ją tym tak długo, że w końcu i ona uwierzyła w tą fatamorganę. A wszystko dlatego, że Siergiejowi się udało. Pamiętasz Siergieja?
Skinąłem głową. Siergiej był młodym, bardzo chudym chłopakiem, który także wyjechał z biednego domu do jakiegoś wielkiego miasta. Przyjęli go do kopalni i faktycznie powodziło mu się zupełnie nieźle. Któregoś dnia wrócił, z kieszeniami pełnymi pieniędzy i głową pełną fantastycznych opowieści.
- Nie miałem już co ze sobą zrobić. Poszedłem do jakiejś speluny i spiłem się w trupa. Tam spotkałem pewnego człowieka, który zawsze lubił sobie wypić. Traf chciał, że usiadł wtedy obok mnie. A jak wiesz, pijani ludzie przy barze zawsze lubią zagadywać innych pijanych ludzi przy barze. Zapytał mnie, czemu piję i czy jakaś panienka mnie zostawiła. Byłem młody i miał pewność, że chodzi o sprawę tego rodzaju. Gdy usłyszał moją historię, niemało się zdziwił. Tak, był zaszokowany, pijany i dzięki temu może trochę wzruszony. Zaproponował mi, że mogę przenocować u niego. Zgodziłem się, a potem zostałem u niego na długo. Tak rozpoczęły się moje powiązania z mafią.
Słuchałem tego wszystkiego z przejęciem. Brzmiało naprawdę niesamowicie. A Dima mówił o tym w tak zwyczajny, naturalny sposób, jakby relacjonował jaki ma na jutro plan dnia. Zanim jednak zapytałem o coś jeszcze, Dima wstał.
- Wystarczy tego wspominania. Myślę, że zaspokoiłem twoją ciekawość.
Czemu dość? Miałem ochotę posłuchać jeszcze. Chciałem się dowiedzieć, jak ów człowiek zaangażował Dimę w przestępczość, jakie były jego początki. Ale Dymitr stracił chęć na snucie opowieści. Z doświadczenia wiedziałem, że wspominanie nigdy nie było dla słuchacza interesujące, gdy mówcę się do tego zmuszało. Nie naciskałem więc i bez słowa przyglądałem się jak Dima nalewa sobie wina.
- Żałujesz tego, że sprawy tak się potoczyły? To znaczy… Załóżmy, że byłaby inna alternatywa.
Skrzywił się lekko.
- Nie. Czego miałbym żałować, Till? Mam cię przy sobie, dysponuję mnóstwem pieniędzy, a matka dostaje kilka tysięcy na miesiąc.
Zmarszczyłem brwi. Dostrzegałem wtedy jakąś ciemną rysę na tym wspaniałym finale, jednak wtedy jeszcze nie potrafiłem jej nazwać i określić.
- Wracając do teraźniejszości, muszę ci o czymś powiedzieć – zaczął.
Pytająco uniosłem brwi. Nie spodziewałem się jakichś rewelacyjnych informacji, jednak nieco się pomyliłem.
- Za trzy dni odbędzie się tu pewne spotkanie. Ludzie, z którymi pracuję przyjadą i będziemy… - przerwał na chwilę, zastanawiając się jak dobrać słowa.
- Prowadzić interesy? – podsunąłem mu.
- Właśnie – uśmiechnął się, zadowolony, że tak płynnie czytam mu w myślach. – Chcę, żebyś brał w tym udział.
Zaskoczony drgnąłem, tak, że moje krzesło aż skrzypnęło.
- Jak to? Przecież ja… w ogóle się na tym nie znam. I oni… nie znają mnie – próbowałem protestować.
Jednak kiedy Dima używał czasownika „chcieć” w pierwszej osobie lub posługiwał się trybem rozkazującym, nie było żadnego odwołania czy pardonu. Krótko mówiąc, nie miałem wyboru.
- Będziesz tam obecny, Till. Masz już jakieś podstawowe pojęcie o interesach. Z resztą, będziemy też zajmować się tym cholernym Sołncewem i planować nasze następne kroki. To nie są ludzie, którzy skończyli kilka fakultetów, Till. Tylko tacy, którzy mają łeb na karku. To znaczy, póki co – uśmiechnął się na zabawną dla niego dwuznaczność tego określenia.
Wykrzywiłem się, niezadowolony.
- Nie chcę… - starałem się wykręcić. W moich oczach coś takiego zupełnie mnie przerastało. Jak ci ludzie zareagują na moją obecność? Czy nie będą ze mnie szydzić jak Jegor? Czy będą próbowali się dowiedzieć ile wiem…? Miałem okropne wątpliwości.
- Nie pytam cię czy chcesz. Po prostu tam pójdziesz.
Drgnąłem. Pierwszy raz zwrócił się do mnie w taki sposób. Widząc moje zdziwienie, odparł:
- Są rzeczy, na które możesz nie mieć ochoty lub na które mogę przymknąć oko. Ale nie zapominaj o tym, że oprócz tego, że jestem twoim przyjacielem, jestem też twoim nauczycielem.
Zrobiło mi się nieprzyjemnie.
- Czy to znaczy, że gdybym ci powiedział, że nie mam ochoty na treningi z Jegorem, też byś mnie zmusił? – zapytałem.
- Tak, to chyba jasne? Sam dokonałeś tego wyboru. Do tego cię nie zmusiłem.
Zacisnąłem zęby. W duchu musiałem przyznać mu rację. Co jednak z tą sytuacją, gdy proponował mi, że mogę zrezygnować…? Czyżby to była tylko chwila słabości? Zostało mi przyjąć, że tak. Wyglądałem wtedy naprawdę żałośnie i najwyraźniej szarpnęły nim emocje. Tak naprawdę raczej nigdy by ze mnie nie zrezygnował.
- Nie będzie źle – odparł nieco łagodniej i dotknął mojego ramienia. – Nie wypadnie tak, że wziąłeś się z księżyca. Każdy wie, że mam wychowanka od pewnego niemieckiego biznesmena. Teraz tylko zobaczą cię na żywo.
Niemrawo pokiwałem głową. Mogłem się z nim kłócić, ale nie chciałem z nim walczyć. Poza tym, pomimo niechęci, kiedyś musiałem zostać częścią tego światka.
***
Plan był taki, że znajdę się na miejscu przed wspólnikami Dimy. Uznał, że oszczędzi mi to zbędnego stresu. Osobiście mi także bardziej odpowiadało to wyjście. Nie chciałem wejść do pomieszczenia ostatni i dotrzeć do siedzenia z oczami wszystkich utkwionych we mnie. Znałem naturę ludzką i wiedziałem, że bez względu na to czy chodzi o przestępcę czy piekarza, każdy człowiek był ciekawski. Nie liczyłem nawet na to, że praktycznie nie zostanę zauważony.
Niestety, plan nie przebiegł tak pomyślnie, jak to wcześniej omówiliśmy. Tego dnia wyszedłem na zakupy. Obliczyłem czas względnie dobrze, ale roztargnienie sprawiło, że w drodze powrotnej wsiadłem do niewłaściwego autobusu. Gdy tylko się zorientowałem, wysiadłem na najbliższym przystanku. Niestety, pech chciał, że mój właściwy autobus jechał dopiero za godzinę. Wiedziałem, że w żadnym wypadku już nie zdążę na umówiony czas. Przeklinałem siebie w duchu i nerwy zaczynały nie dawać mi spokoju. Chodziłem po przystanku tam i z powrotem, jednak to w żaden sposób nie spowalniało upływu czasu. Żeby było gorzej, nie wziąłem ze sobą telefonu. Nie mogłem w żaden sposób dać znać, że się spóźnię. Ta sytuacja nie mogła już okazać się jeszcze gorsza. Czułem jak wszystkie wnętrzności skręcają mi się ze stresu. Ostatecznie to nie byli Japończycy. Nikt nie znienawidzi mnie za takie nieeleganckie spóźnienie. Ale wiedziałem, że tym nieoczekiwanym posunięciem z pewnością wzbudzę zainteresowanie wszystkich, wbrew moim zamiarom.
W końcu znalazłem się na miejscu. Szybkim krokiem, prawie biegiem dotarłem do rezydencji. Na całe szczęście zapamiętałem, w którym pomieszczeniu miało odbyć się zebranie. Postałem chwilę pod drzwiami, aby uspokoić oddech i wszedłem. Jak za jakimś magicznym sposobem, rozmowa w pokoju się urwała i oczy wszystkich zwróciły się w moją stronę. Przełknąłem ślinę i odparłem:
- Przepraszam za spóźnienie. Coś… mnie po drodze zatrzymało.
Ludzie siedzieli przy dość dużym, drewnianym stole. Wciąż pili kawę czy herbatę, co świadczyło o tym, że nie spóźniłem się aż tak bardzo. Na trunki mocniejsze zawsze przychodził czas nieco później. Wbrew moim przypuszczeniom nie było ich aż tak wielu. Oprócz Dimy dopatrzyłem się tylko czterech osób.
- To jest Lohengrin – przedstawił mnie Dima. Jego głos był oschły. Po jego spojrzeniu rozpoznałem, że jest rozdrażniony przez to, że się spóźniłem. – Siadaj – dodał za moment.
Chwila, w której dochodziłem do stołu była jedną z najdłuższych w moim życiu. Nikt nie odezwał się ani słowem. Jedynym dźwiękiem jaki się rozlegał był odgłos moich kroków. Starałem się nie okazać zdenerwowania i zająłem wolne krzesło. Skrzywiłem się, gdy skrzypnęło cicho, jeszcze bardziej kontrastując z ciszą.
- Rozumie dobrze po rosyjsku? – odezwał się ktoś.
- Jak po niemiecku – odpowiedział Dymitr. – Myślę, że możemy kontynuować.
Nieco się rozluźniłem na to zdanie. Wreszcie skupią się na czymś innym niż na mnie, pomyślałem. Rozmowa znowu powróciła do punktu, w którym została urwana, a ja wsłuchałem się jej w treść i zacząłem obserwować ludzi, z którymi miałem wkrótce zacząć współpracować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz