2. Miasto sztuki
„Pewne rzeczy nigdy nie umierają; one cichną na jakiś czas, ale nigdy nie umierają.”
Hamburg. Osiem lat temu.
Zanim jeszcze wszystko się zaczęło, nie byłem nikim nadzwyczajnym, chociaż prawda jawiła się w moich oczach zupełnie inaczej. Ze wszystkich rzeczy irytujących, najbardziej drażnił mnie fakt, że jako człowiek przynależę do grupy, która przynależy do jeszcze większej grupy i tak dalej, a w związku z tym nie pozostaje nic z mojej indywidualności, a nawet z mojego własnego „ja”. Właśnie dlatego wybrałem szkołę aktorską. Zdawało mi się, że dzięki temu stanę się kimś wielkim. Nie myślałem o ogromnej sławie. Teatr wydawał mi się najodpowiedniejszym rozwiązaniem. Pragnąłem móc zawładnąć sceną, sprawić, aby nie liczyło się nic oprócz świata, który kreuję na rzecz spektaklu i którego byłbym częścią. Wyobrażałem sobie tych wszystkich ludzi, którzy patrzyliby na mnie i przez ten ulotny moment wierzyliby w co, prezentuję. Kreowałbym rzeczywistość, w której oni by się zatracali na te kilka godzin, tworzyłbym coś z niczego każdym swoim słowem i gestem. Tak, właśnie tak to widziałem. Nie muszę chyba tłumaczyć mojego bolesnego rozczarowania, kiedy te wizje zderzyły się z rzeczywistością. Okazało się, że teatr to nie tylko bawienie się w półboga według mojego „widzimisię”, ale ciężka praca, rutynowe, techniczne ćwiczenia aż do obrzydzenia, kwestie powtarzane tysiące razy, aby w końcu zabrzmiały tak jak powinny. Myślę, że w tym czasie zderzyłem się z realiami świata i nieco dorosłem, ale nie zmniejszyło to mojego rozczarowania. Nie zrezygnowałem jednak, choć właściwie nie potrafię powiedzieć czemu. Czy wynikało to z przekory czy z barku namysłu nad sobą, trudno mi stwierdzić.
Poranki bywały do siebie podobne, jednak miały w sobie pewnego rodzaju swoisty urok. Wychodziłem z domu, jeśli można tak w ogóle nazwać klitkę, którą wynajęli mi rodzice, kiedy dopiero zaczynało się przejaśniać. Lubiłem zapach poranków. Tamtego dnia również zatrzymałem się na chwilę, aby przypatrzyć się krajobrazowi. Spowijała go lekka mgła. Uśmiechnąłem się do siebie i ruszyłem dalej, leniwo rozmyślając o dzisiejszych zajęciach. Dzień nie różnił się niczym od innych, a jednak nie podchodziłem do tego faktu sceptycznie. Był po prostu zwyczajny jak zawsze. Do chwili, kiedy nie dowiedziałem się, że muszę jak najprędzej poszukać sobie innego pomysłu na życie.
***
- Jak to… to znaczy, że… wyleciałem? – zapytałem bardziej siebie niż Klausa, który stał obok mnie.
Z niedowierzaniem przyglądałem się trzymanej przez siebie kartce. Potem przeniosłem wzrok na Klausa. Z konsternacją poprawił swoje wielkie okulary, nie mogąc się zdobyć na żaden inny, bardziej odpowiedni gest.
- Wiesz, stary. To był drugi termin. Już chyba raczej… No. Przykro mi.
Doskonale wiedziałem, że nie było mu przykro tak naprawdę. Byłem tak zaszokowany niespodziewaną wiadomością, że bezwiednie opadłem na stojące nieopodal krzesło. Klaus rozglądał się nerwowo, namyślając się nad tym, jak powinien mnie pocieszyć. Przerwa dopiero się zaczęła, więc miał na to jeszcze całkiem sporo czasu.
- To… naprawdę jest… przecież się uczyłem.
- Historia teatru i dramatu to spory zakres materiału… Dużo tego było.
- To naprawdę jest pała…? – zapytałem, ignorując jego słowa.
Nieznacznie pokiwał głową.
- Ale przecież nie zależało ci za bardzo, co nie, Till? Mówiłeś już po pierwszym semestrze, że to nie jest to.
- H-hej, blisko trzy lata w plecy… To nie jest śmieszne.
- Jasne, że nie – wzruszył ramionami, trochę zbyt przesadnie. Zawsze się denerwował w takich sytuacjach. – Ale może będziesz mógł dzięki temu robić coś, co… no wiesz… będzie ci odpowiadać, pasjonować cię?
- Zdawało mi się, że po pokonaniu tych wszystkich nudziarstw w końcu będę robił to, co mnie pasjonuje – warknąłem, wściekły na siebie. – Naprawdę nie wyłudzę trzeciego terminu?
Zagryzł wargę i pokręcił głową.
- Coś ty. Nie takie cwaniaki jak ty próbowały. Nie zrobią wyjątku.
Złapałem się za głowę, starając się uwierzyć w tę niesamowitą, druzgocącą wiadomość.
- E-ej, nie będziesz płakać, co? – zapytał jeszcze bardziej zakłopotany.
- Nie, do cholery – odchyliłem głowę do tyłu i wziąłem kilka głębszych oddechów. W końcu… to jeszcze nie koniec świata, prawda?
- Nie martw się. Jesteś łebski koleś, coś wymyślisz – odparł i poklepał mnie po ramieniu. Przytaknąłem mu z wyrazem goryczy na twarzy.
Klaus przeczesał ręką swoje mysie włosy i nabrał powietrza głęboko w płuca.
- Słuchaj, ja już lecę na zajęcia. Jak będziesz chciał pogadać, to zadzwoń. Możemy gdzieś wyskoczyć.
Nie doczekawszy się odpowiedzi, oddalił się w stronę sali. Zostałem sam, chociaż na korytarzu przechodziło i rozmawiało jeszcze mnóstwo ludzi. Co powinienem o tym myśleć? Jak powiedzieć o tym rodzicom? I co teraz zrobić? Czułem się naprawdę okropnie. Z poczuciem przegranej zacząłem przechadzać się po korytarzach i poszczególnych piętrach, z świadomością, że raczej się już tu nie pojawię, chyba, że po odbiór papierów. Kiedy zdałem sobie sprawę, jak absurdalne jest to, co robię, zabrałem z szatni swoją kurtkę, ubrałem się i wyszedłem.
***
Przez kilka kolejnych dni właściwie nie robiłem nic. Włóczyłem się bez celu po ulicach albo leżałem u siebie w łóżku, patrząc w sufit i rozmyślając. Nie mogłem wygrać z natrętnymi myślami, że moje życie wymknęło mi się spod kontroli. Gnębiły mnie także kąsające wątpliwości, że może zmarnowałem doskonałą szansę na życie. Czy pomimo mojego zawodu studiami, później nie robiłbym tego, co pragnę? Pytania tego rodzaju powracały do mnie z coraz większą mocą i nieustępliwością do piątku. Potem zdołałem ochłonąć i stwierdziłem, że muszę jakoś odreagować. Jako, że widok mojego sufitu całkowicie mi obrzydł, podobnie jak rozmyślania w stylu, „co by było gdyby”, zadzwoniłem do Klausa.
- Tak? – zapytał ospałym głosem.
Był typem osobnika, którego zazwyczaj określa się mianem kujona albo mola książkowego. Wiem, że te określania nie oznaczają tego samego, ale Klaus był, można by rzec, syntezą ich obu.
- Wyskoczmy gdzieś, bo niedługo zwariuję – odparłem, przeciągając sylaby.
- Opijamy twoją klęskę, bracie?
Skrzywiłem się. Nie lubiłem, kiedy tak mnie nazywał. Jednak, nie komentując tego, odpowiedziałem:
- Można tak to skomentować. Ale nie bierz ze sobą samych drobniaków, bo kto wie, co jeszcze na ten wieczór wymyślę – dodałem z lekkim uśmiechem.
- Jasne, jasne. Burżuj. Ty się lepiej zastanów, co robisz, bo jak przechulasz całą forsę, to ja cię ratować nie będę.
Uśmiechnąłem się mocniej, dla zabawy przekładając ołówek między palcami wolnej dłoni.
- Nie potrzebuję twojego głosu rozsądku, mam własny.
- No ja czasem w to wątpię. Nadmiar pewności siebie, którą przekonujesz siebie i innych, to tak. Ale rozsądek? Ty masz jakiś rozsądek?
Westchnąłem teatralnie, aby mógł to dobrze usłyszeć.
- Jak mi będziesz matkować wieczorem… - ostrzegłem go żartobliwie.
- O, to przypominam ci twoją matkę? Nie wiedziałem, że z nią także włóczysz się po knajpach. Toż to prawie patologia! – zakrzyknął.
Pozwoliłem sobie na chwilową pauzę, a potem wolno i poważnie odparłem:
- Hmm czy przypominasz… Jakby tak oceniać po oczach i linii podbródka…
- Ty! Że ja niby jestem zniewieściały? Jedno słowo więcej, a się rozmyślę.
Zaśmiałem się lekko. Niechcący dźgnąłem się zaostrzonym grafitem w policzek. Musiałem przy tym odruchowo syknąć, bo Klaus zapytał się, zaciekawiony:
- Co ty tam robisz? Stało się coś?
- Nie, nie. To tylko ołówek.
- Ołówek?
- Tak, rzucił się na mnie.
- Dobra, Till, nie wnikam po ilu jesteś już dzisiaj. Ja kończę, bo oderwałeś mnie od wielce ciekawego akapitu.
- No tak, mogłem się spodziewać – uznałem, starając się zetrzeć ewentualną krechę z mojego policzka.
- Cynik.
- Przecież to nie było w najmniejszej mierze złośliwe! – oznajmiłem, z resztą zgodnie z prawdą.
- Tak, tak. Na razie.
- Na razie. Umawiamy się na siódmą?
- Dobra. Napisz potem, gdzie, jak się namyślisz.
Po skończonej rozmowie, odłożyłem telefon. Nie byłem z Klausem w bliskich relacjach, jednak czasem… tak, czasem naprawdę się przydawał.
***
Hamburg nigdy nie spał. Kiedy wychodziło się nocą z domu, zdawało się, że w mieście jest prawie tak jasno jak za dnia. Każdy zakątek tętnił życiem, kusząc przechodniów do zatopienia się we wnętrzu jednego z wielu pubów, restauracji czy też lokali oferujących imprezy dancingowe. Najświetniejsze wrażenie sprawiała droga biegnąca przez promenadę. Wszechobecne światło całkowicie wypłoszyło ciemność z tamtego fragmentu ulicy. Ludzie co chwilę wychodzili albo ze smażalni ryb i zjadłszy bardzo późny obiad, kierowali się do domu, albo wytaczali się z jednego z lokali, kierując się do kolejnych. Chociaż latem było tu o wiele efektowniej, bo dużo rzeczy działo się na zewnątrz, nie mogłem narzekać. W nocy można było się napić i zabawić, a za dnia udać do jednego z teatrów, których także nie brakowało. Teatry, opery, muzea, wszystko czego artystyczna dusza zapragnie. Hamburg był kolebką sztuki, a zatopienie się w jej dobrach i przywilejach działało na mnie naprawdę odświeżająco.
Pokonując delikatną mgłę, skierowałem się na promenadę, gdzie umówiłem się z Klausem. Dostrzegłem go już z dwóch metrów. Trząsł się nieporadnie, opierając o jedną z latarni.
- Ciekawe miejsce sobie wybrałeś – uznałem na powitanie.
Kiedy zorientował się, o co mi chodziło, natychmiast odskoczył metr w lewo.
- No widzę, że naprawdę jesteś wesół! Nie ma co! To jakie niby smutki my mamy opijać, skoro ty wcale się nie przejmujesz?
- A czy ja tak powiedziałem, że się przejmuję? – zagadnąłem.
Klaus miał na sobie szarą kurtkę i żadnych dodatków takich jak szalik czy czapka. Nic dziwnego, że drżał. Co prawda zima w tym roku okazała się wyjątkowo łagodna, ale do wiosny było jeszcze daleko.
Wykonałem ponaglający gest ręką i ruszyliśmy przed siebie.
- Ileż można się rozczulać nad klęską? Może masz rację, że znajdę coś… co bardziej mi będzie odpowiadać. Coś równie ekscytującego, ale czego nie będzie trzeba okupić taką pokaźną dawką nudy.
Pokiwał głową, w zdziwieniu.
- No, no. Szybko się podźwignąłeś.
Uśmiechnąłem się szelmowsko i odparłem:
- No a jak. Wchodzimy tutaj? – zmieniłem temat, wskazując jeden z pubów.
- Wchodzimy, wchodzimy… - zgodził się bez sprzeciwu.
Knajpka była tłoczna i ciemna, ale całkiem klimatyczna i na poziomie. Z błogim westchnieniem rozsiadłem się na krześle.
- Weź mi piwo – poleciłem Klausowi, wręczając mu pieniądze.
Pokręcił głową z politowaniem i mruknął coś w stylu „cholerny arystokrata”, ale pokornie poszedł zamówić trunek. Może byłby całkiem ciekawym towarzystwem, gdyby tylko nie był taki uległy i nieziemsko spokojny, przeszło mi przez myśl. Nie zastanawiałem się jednak nad tym zbyt długo, bo moją uwagę zwróciła piosenka, którą właśnie puścił barman.
- Szanta? – mruknąłem zdziwiony.
Barman, jako że znajdował się całkiem blisko mojego stolika, usłyszał moje słowa.
- Ta. W końcu jesteśmy nad morzem, dzieciaku.
Drgnąłem zdziwiony. Dawno nie słyszałem, żeby ktoś z obsługi odzywał się do klientów takim nieoficjalnym tonem. Wywarło to na mnie przyjemne, swojskie wrażenie i odezwałem się do niego:
- A pan to kto? Marynarz?
- A ty dzieciaku, wygadany szczur lądowy. Kiedyś, kiedyś…
Kątem oka dostrzegłem niezadowoloną minę Klausa. Stał przy ladzie i sfrustrowany czekał, aż barman skończy ze mną rozmawiać. Pomyślałem, że to bardzo zabawne i wyszczerzyłem się do niego przekornie. Barman nawet tego gestu nie zauważył. Pogrążony w swoich myślach, pogładził swoje wąsy. Prawdopodobnie szanta sprawiła, że zagłębił się w znowu w latach swojej młodości. Nie powiedział jednak nic więcej, tylko podreptał do Klausa.
Do rytmu wystukiwałem nogą prostą, żeglarską melodię. Po chwili pojawił się Klaus, niosąc dwa kufle piwa.
- Co ja jestem, żeby cię obsługiwać?
- No wiesz co, żeby nie pocieszyć zrozpaczonego kolegi… - mruknąłem, odbierając od niego mój kufel. Od razu wziąłem kilka zdrowych łyków.
- Zrozpaczonego! – żachnął się, że aż kilka osób się odwróciło.
- I to jeszcze jak! – odparłem, a na dowód napiłem się znowu.
Klaus upił mały łyk bez słowa.
- Ten barman jest ciekawy – zagadnąłem.
- Ciekawy? Podoba ci się? – zapytał kpiąco, unosząc brwi.
Kopnąłem go lekko pod stołem, na co zareagował urażonym wyrazem twarzy.
- Nazwał mnie szczurem lądowym!
- Hmm, wiesz, dba o klimat. W końcu tu port, zaraz o rzut kamieniem.
Przytaknąłem, pozwalając mojej głowie przechylać się na lewo i prawo w rytm muzyki.
- Już cię bierze?
- Teraz nie – odrzekłem – Ale teraz – dopiłem jednym haustem resztę piwa – Już tak.
Otworzył usta, dając wyraz swojemu zdziwieniu i rozbawieniu.
- A ty co? Panienka jesteś? – ponagliłem go, pochylając się nieco nad stołem.
- Człowieku, to nie jest wódka, tylko piwo! PIWO! Kto tak pija piwo? Z kim ty piłeś, Till?
- Z Rosjaninem – skwitowałem i udałem się po kolejną porcję.
Klaus najwyraźniej czekał na mnie, aby o coś mnie zapytać. Bez trudu wyczytałem to z jego twarzy.
- Ile ty mieszkałeś w Rosji, Till? Długo?
- Od ósmego roku życia do… hmm osiemnastego.
- O, nieźle, dziesięć lat! Nie tęsknisz za tamtymi stronami?
Przez chwilę milczałem, a potem wyrzuciłem z siebie krótkie „tęsknię”. Klaus najwyraźniej się zorientował, że nawiązał do tematu, który nie jest dla mnie zbyt radosny. Szybko postarał się tę niezamierzoną gafę odkręcić.
- Eee… Ale wiesz. Przecież teraz możesz tam wrócić. No nie? Tak może byłoby nawet lepiej?
- Nie. Teraz już nie mam po co tam wracać – odparłem ponurym głosem. Swoje szklące się spojrzenie zawiesiłem na swoim kuflu.
Klaus zagryzł wargę. Zamyślił się jak odbiec od tego, najwyraźniej osobistego dla mnie tematu.
- Hej, ty pijesz już drugie! Nie chcesz zobaczyć jak cię doganiam?
Lekko potrząsnąłem głową, odrzucając niewygodne wspomnienia i uśmiechnąłem się łobuzersko.
- O niczym tak nie marzę.
Chłopak spróbował wziąć ze mnie przykład i wypić wszystko na raz. Zachłystywał się, przerywał i był przy tym taki zabawny, że wzmógł we mnie niekontrolowany napad śmiechu.
- I co się ze mnie nabijasz? Taki śmieszny jestem? – obruszył się, że aż jego ogromne okulary zsunęły mu się z nosa.
Rozbawiło mnie to jeszcze bardziej. Alkohol zaczynał już działać, a dzięki niemu towarzysze zawsze wydawali się ciekawsi, a rozmowa bardziej interesująca. W rezultacie, bawiłem się doskonale.
Dyskusja wrzała w najlepsze, wraz z kolejnymi kolejkami coraz bardziej.
- Mam wspaniały pomysł – wyrzuciłem z siebie.
Klaus uśmiechnął się baranio. Tak, wyglądał wtedy jak owca bardziej niż kiedykolwiek. Efektu dopełniał wełniany sweterek, który miał na sobie.
- Ten, kto kolejne piwo wypije jako ostatni, zatańczy do kolejnej szanty!
Widząc jego minę, aż się zakrztusiłem. Zasłoniłem usta dłonią.
- Nie ma mowy! Nigdy!
- Boisz się? – prowokowałem go.
- Nie! To po prostu głupie!
- A tam głupie, będzie zabawnie.
- Zabawnie. Dla ciebie wszystko jest bardzo zabawne. Może zastanów się lepiej nad swoją przyszłością, hm? Możesz na przykład być… błaznem!
Zaśmiałem się i złapałem za głową. Wieczór stopniowo zamieniał się już w noc, a my wypiliśmy już całkiem sporo. Ciężko oparłem się na łokciu.
- Błaznem…? Nie, nie! – pomachałem ręką, jakbym odganiał muchę, co z kolei musiało wydać się szalenie śmieszne dla Klausa. Kiedy przestał rechotać, zapytał;
- Niee? To kim? Może klaunem?
- A kto wie? – zapytałem i całkiem nie specjalnie rozciągnąłem to krótkie zdanie, że zabrzmiało naprawdę pijacko. – Może będę poetą?
- Ta, poetą. I umrzesz śmiercią głodową. Jakże to poetyckie.
Nie zwracając uwagi na ten sarkazm, który z kolejnymi kuflami wychodził Klausowi coraz lepiej, dalej rozmyślałam nad swoją przyszłością.
- Ja – odparłem, opadając na blat – Jestem bardzo uzdolniony. Na pewno nie będę jakimś tam sprzedawcą frytek – dodałem, demonstracyjnie unosząc wskazujący palec.
- Taak? To kim, co, Till?
- A kto wie? – zapytałem szarmancko, dźwigając się i przeczesując palcami włosy. – Może zostanę gangsterem?
Klaus parsknął i wstał, zbierając puste kufle. Wolną ręką postukał mnie w czoło.
- Zejdź ty na ziemię, człowieku. Pijemy jeszcze coś?
- Nie, Klaus, nie – zaprotestowałem gwałtownie i tak samo wstałem – Idziemy do teatru!
- Do teatru! O tej porze!
- Och, no tak – przytaknąłem, chwytając się oparcia krzesła. Kiedy chwilowa niedyspozycja minęła, zagadnąłem znowu:
- W takim razie… idziemy do kina!
Najpierw spojrzał na mnie z politowaniem. Chwilę potem zorientował się, że mówię serio.
- Przecież ty nawet nie załapiesz o czym jest ten film.
Zdenerwowało mnie, że sprawiał wrażenie mniej pijanego niż ja.
- Sprawię doskonałe wrażenie, z resztą jak zawsze! – skwitowałem i żadne jego argumenty nie miały już szans na mnie zadziałać. Uregulowaliśmy rachunek i wyszliśmy na ulicę. Chłodny podmuch powietrza nieco mnie otrzeźwił.
- No, to w drogę, mój giermku.
- Nie piję już z tobą, słowo, nie piję – zamarudził.
Jego sztywniactwo nawet w tym nie całkiem przyzwoitym stanie, nieco mnie zirytowało. Za karę lekko walnąłem go w głowę.
- Au, a to za co?
- Za co, giermku? Bo rycerz może czasem przywalić swojemu słudze – odrzekłem przesadnie władczym tonem.
Wraz z jego niekończącymi się skargami i zażaleniami, dotarliśmy do kina. Chłodna temperatura nieco mnie otrzeźwiła. Przed wejściem jeszcze poprawiłem sobie włosy i ubranie, aby nie zawieść Klausa i pokazać mu, że naprawdę wrażenie zawsze sprawiam wzorowe.
- Kino, o tej porze! Nawet nie wiesz jaki jest repertuar…
Skrzywiłem się, słysząc znowu jego skamlenie.
- Giermku, cicho.
- Nie nazywaj mnie tak, do diabła!
Przewiesiłem mu rękę przez ramię, ignorując jego skargi.
- Lepiej powiedz „do stu piorunów!”, giermku. Nie brzmi to świetnie? A do kina idziemy, bo… schlewanie się do nieprzytomności i poświęcanie na to całej nocy jest takie nieeleganckie! Idziemy więc się ukulturalnić.
Pokręcił głową, uznając, że ze mną i tak nie wygra. Zgodnie, no może prawie zgodnie, weszliśmy do budynku i udaliśmy się na film. Ku mojemu zadowoleniu, okazał się on całkiem ciekawy, a na drugi dzień prawie w całości go pamiętałem.
***
W ten sposób upłynął mi pewien okres czasu. Na początku bardzo często bywałem w barach, teatrach i muzeach. Klaus już mi nie towarzyszył, a jeśli nawet, zjawiał się naprawdę okazjonalnie. Nie przeszkadzało mi to zbytnio. Uwielbiałem przepych i piękno, a sposób w jaki spędzałem czas pozwolił mi całkowicie zaspokoić moje estetyczne potrzeby. Trzeba przyznać, że zacząłem z wielką pompą, rozsmakowując się we wszystkim, co Hamburg miał mi do zaoferowania. Jednak z czasem mój budżet zaczął raptownie się kurczyć, więc musiałem ograniczyć swoje artystyczne przygody na rzecz realnej oceny sytuacji. Nie byłem na tyle głupi, żeby odwiedzać nie tanie miejsca i głodować. W związku z tym, moje wizyty w różnego rodzaju przybytkach stały się rzadsze, a ja zacząłem szukać pracy. Nie zostałem może sprzedawcą frytek, jak powiedziałem Klausowi, ale sprzedawcą kebabów. Rzeczywistość zaczęła boleśnie do mnie docierać i starała się mi uzmysłowić, że nie jestem nikim ponad, tylko zwykłym, szarym studentem, który w dodatku oblał rok i pół dnia gnije w budce z niezdrowym żarciem. Ten wewnętrzny głos był jednak na tyle niestrawny i niemożliwy do przełknięcia, że dusiłem go w sobie i pchałem na skraj mojego umysłu. Po pracy wciąż wędrowałem po mieście. Jeśli tylko nie oglądałem jakiejś wystawianej sztuki, filmu czy wnętrz nieprzyzwoicie drogich, ekskluzywnych sklepów, po prostu spacerowałem. Pomimo nędznej pracy, resztę dnia spędzałem tak, jak chciałem. Napawało mnie to entuzjazmem i poczuciem wolności. Tak, wtedy jeszcze było całkiem nieźle. Nie miałem pomysłu, co robić dalej i kiedy uświadomię rodziców, ale doszedłem do wniosku, że jeszcze przez jakiś czas mogę tę sytuację pociągnąć.
Nie wiem, kiedy to się zaczęło, ale moje dni stawały się mniej barwne, wesołe i beztroskie. Powodem nie było życie ponad stan, którego nie potrafiłem się wyrzec – ostatecznie opłatami zajmowali się rodzice, więc nie musiałem się przejmować, że wyląduję na bruku. Któregoś razu po prostu dotarło do mnie, że pomimo uroków miasta, czuję w sobie jakąś nieokreśloną pustkę i coś na kształt melancholii. Kiedy docierałem do domu, bez sił opadałem na łóżko. Ściany zdawały się niemal przytłaczające, a ja rozumiałem co mnie gnębiło; brakowało mi ludzi. Pomimo tego, że pomysłów na spędzanie czasu miałem wiele, nie miałem z kim się nimi podzielić. Klaus umawiał się ze mną zaledwie raz na dwa tygodnie. Z resztą, a propos niego nie mogłem mówić o jakiejś wspólnocie duchowej. Bywały momenty, że czułem się zaszczuty, a w takim stanie nachodził mnie dodatkowo cały szereg niepokojących, nieprzyjemnych wątpliwości. Zastanawiałem się czy zmierzam we właściwym kierunku. Jednak, gdy te najgorsze chwile mijały, uznawałem, że na razie nie trzeba nic zmieniać. Wciąż spędzałem czas w taki sam sposób i nawet mnie to cieszyło, tylko nie w takim stopniu jak na początku. Miewałem napady złego humoru i opuściła mnie beztroska, ale nic więcej się nie zmieniło.
Nadeszła niedziela. Ten dzień miałem wolny. Wykorzystując ten przywilej, pozwoliłem sobie na spanie do późna. Wstałem w drażliwym, pesymistycznym nastroju, co zdarzało mi się od czasu do czasu. Wykonałem wszystkie poranne czynności, które stanowiły moją rutynę od szeregu lat i postanowiłem pójść po zakupy. Moje zapasy wyraźnie się kończyły, a ja nie lubiłem jeść jednego pasztetu i starego chleba przez tydzień. Przed wyjściem spojrzałem na termometr. Ku mojemu zdziwieniu, było całkiem ciepło. Narzuciłem na siebie kurtkę i wyszedłem. Jako, że nie miałem jeszcze żadnego planu na ten dzień, myślałem nad nim po drodze. Po zakończeniu zakupów i zapakowaniu wszystkiego w reklamówkę, robiłem to samo. Kiedy wchodziłem po schodach, rozważałem czy na dzisiejszy dzień lepsza będzie kawiarnia czy może kino. Kilka kroków przed moimi drzwiami, zamarłem. Reklamówka mimowolnie wysunęła się z mojej ręki i przewróciła na posadzkę.
Kobaltowe oczy wpatrywały się we mnie z charakterystyczną iskrą i energią. Jednocześnie serdeczny i zawadiacki uśmiech wpełzł na pociągłą, kształtną twarz.
- Dima – zachrypiałem, z trudem odzyskując władzę nad swoim głosem.
- Kopę lat, Till – odparł, uśmiechając się jeszcze serdeczniej. – Kopę lat.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz