4. Pęknięcie
"Ślepa jestem. Oślepiona majem.
Nic nie wiem, prócz, że pachną bzy."
Niektóre poranki bywają naprawdę przyjemne. Po przespanej odpowiedniej ilości godzin i ze świadomością, że kolejny dzień będzie dobry, można całkiem nieźle go rozpocząć. Niechętnie rozchyliłem oczy, jednak zaraz potem znów je zamknąłem. Postanowiłem jeszcze trochę podelektować się zapachem pościeli i własnego snu. Rozciągnąłem się i ułożyłem wygodniej. Zapewne trwałbym tak jeszcze z pół godziny, ale poczułem zapach kawy i dotarły do mnie jakieś odgłosy dobiegające z kuchni. Dźwignąłem głowę i zorientowałem się, że Dimy nie ma nigdzie w zasięgu mojego wzroku. Zanim zacząłem się zastanawiać, co on też tam wyprawia, uzmysłowiłem sobie, jak wygląda mój pokój. Wszystko było… było… wywrócone do góry nogami! Książki na podłodze, ubrania na stole, wódka na krześle… No nie!
- Dymitr! – wrzasnąłem. – Dyyyymmmiiitr!
Już po chwili w drzwiach pojawiła się głowa sprawcy. Oczka świeciły mu wesoło, ale nie dałem mu czasu, żeby powiedział cokolwiek.
- Jak mogłeś. Jak… jak… JAK TY ŚMIAŁEŚ?!
- Co? Co ja znowu zrobiłem? – zapytał niewinnie, przeżuwając coś.
- Burdel! – krzyknąłem rozpaczliwie.
- Burdel? A widzisz tu gdzieś dziwki?
- Nie denerwuj mnie! – oburzyłem się i wygramoliłem się z łóżka – Co to ma być? – machnąłem ręką, wskazując na otaczającą nas przestrzeń.
- Hmmm, no cóż, trochę się krzątałem i tak wyszło – wzruszył ramionami.
- Krzątałeś się?! Krzątałeś! Jak mogłeś to zrobić z mojego wysprzątanego, schludnego pokoju?! Jak ja teraz odzyskam harmonię ducha?! Wygląda tu tak, jakby bomba huknęła! Jak w ogóle byłeś w stanie w tak krótkim czasie zrobić coś takiego!?
Zaśmiał się i znowu ukradkiem coś ugryzł, udając, że wcale nie je i że z powagą słucha mojego wywodu.
- Och, przesadzasz. Żeby od razu burdel. To taki no… artystyczny nieład.
- Nieład! – złapałem się za głowę. – Przecież to koszmar! Nigdy tego nie posprzątamy. Zrobiłeś tu taki syf w ciągu godziny jakiego ja bym nie zrobił za rok!
- Zawsze byłem zdolny, przecież wiesz… I nie w ciągu godziny, tylko… - spojrzał na zegarek. – Czterdziestu minut.
Zobaczyłem, że wyciąga z kieszeni kanapkę i znów poświęca minimalną ilość czasu na kęs, po czym oddaje się ponownemu słuchaniu moich wrzasków.
- I jak ty w ogóle możesz trzymać chleb w kieszeni! Boże… Nie… nie mów mi, że kuchnia wygląda…
Nie musiałem nawet dokańczać, gdyż odnalazłem pełne potwierdzenie wypisane na jego twarzy.
- Nieee – zaskomlałem żałośnie.
Dima wyciągnął łapska i przytulił mnie.
- Mój biedny, mały Szwabku… Ja wiem, że Szwabki lubią Ordnung, ja wiem… Posprzątam!
- Zabiję cię! Zamord…! Du bist ein Schuft! Horensohn! Du hast deine fünf nicht beisammen!! Ich will… – zacząłem go uraczać potokiem niemieckich przekleństw i wyzwisk, jako że żadnych rosyjskich nie umiałem sobie przypomnieć.
Zasłonił mi usta dłonią, uniemożliwiając dalszą inwencję twórczą.
- Uszy mnie bolą Till, zlituj się.
- Du bist im Oberstübchen nicht ganz richtig …! – wyrzuciłem z siebie, kiedy na moment udało mi się oderwać z siebie jego rękę.
- Domyślam się, że właśnie mnie zarzucasz bardzo wzniosłymi epitetami… Przyniosę ci śniadanie, cciiiii. No nie drzyj już mordy, na Boga!
Z miłym zaskoczeniem przyjąłem, że na śniadanie były rogaliki pszenne. Z czego wynikało, że w ciągu tych czterdziestu minut, które przeznaczył na zrujnowanie mi mieszkania zdążył jeszcze być w sklepie…
Dalszy ciąg poranka przebiegł nieco spokojniej. Sprzątanie, wbrew moim obawom, nie zajęło zbyt wiele czasu. Dima, chcąc zakończyć moje skomlenie, co jakiś czas proponował mi kieliszek wódki na uspokojenie, czym irytował mnie jeszcze bardziej. Jednak czas mijał w przyjemnej atmosferze. Wciąż nie trzeba było przejmować się jego upływem, więc przypominał trochę ten z dzieciństwa. Nadal pamiętałem ten okres, kiedy jako dziecko zastanawiałem się jakie przyjemne rzeczy będę robić dzisiaj. Żadnych zmartwień, żadnej nauki i odpowiedzialności. Tak, to było coś pięknego. I znów miałem okazję do tego powrócić. Tym bardziej, że dzień wcześniej zadzwoniłem do właściciela budki z kebabami, niedbale rzuciłem do słuchawki, że rezygnuję z pracy i z lekceważeniem wysłuchałem komentarza na temat braku odpowiedzialności młodych ludzi. Co mnie to wtedy obchodziło? Jakiś starszy pan robiący kebaby stanowił wówczas bardzo mało istotny element mojego życia. Przecież miałem na głowie ważniejsze sprawy, czyż nie?
***
Początkowo wydawało mi się, że pokonanie pięciuset czterdziestu czterech schodów nie jest zbyt wielkim wyzwaniem. Jednak już po dziesięciu minutach wspinania się na wieżę kościoła st Petri, uklęknąłem na stopniu i zachrypniętym głosem zawyłem;
- Dimaaa! Dima, czekaj.
Zatrzymał się kilka schodków przede mną i spojrzał na mnie pobłażliwie.
- Co z twoją kondycją?
Zajęty łapaniem spazmatycznych haustów powietrza, nie odpowiedziałem. Rzuciłem tylko spojrzenie w górę spiralnych schodów. Nic nie zapowiadało na to, żeby miały się szybko skończyć.
- Chcesz się wrócić? – zaproponował po chwili.
- Nie…! Po prostu… mi pomóż – mruknąłem doń prosząco.
Oparł ręce na biodrach i zapytał prowokująco:
- Mam cię zanieść?
Rzuciłem mu oburzone spojrzenie i demonstracyjnie wyciągnąłem rękę. Chcąc nie chcąc, złapał mnie za nią i pomógł mi wstać. Potem ciągnął mnie ku górze, nie reagując na moje rozpaczliwe „Nie tak szybko!”, „Wolniej!” i „Zatrzymaj się”. Najprawdopodobniej musiał sobie pomyśleć, że „znowu się pieszczę” i że pokonanie tej nieludzkiej ilości stopni nie stanowi dla mnie takiego problemu, jaki z niego robię. Cóż. Mylił się. I prawdopodobnie to zauważył, kiedy się potknąłem i niewiele brakowało, abyśmy razem stoczyli się w dół.
Gdy po kolejnych dwudziestu minutach byliśmy nareszcie na górze, poczułem się całkowicie zaskoczony. Dotarliśmy do ciasnego pomieszczenia z jedną ławeczką. Na około znajdowały się małe, okrągłe okienka przywodzące na myśl łódź podwodną. Nie mogąc się oprzeć ciekawości, otworzyłem jedno z nich i spojrzałem w dół. Nie był to najszczęśliwszy pomysł, bo poczułem jak nogi mi miękną i jak wszystko przewraca mi się w żołądku.
- Nie tak gwałtownie – odparł Dima, podtrzymując mnie za ramiona.
- Spróbuj mnie popchnąć, a zginiesz – ostrzegłem go, obawiając się, że jak najbardziej mógłby wpaść na taki pomysł.
Uśmiechnął się tylko w odpowiedzi. Najwyraźniej nie był w nastroju na docinanie mi.
Ostrożnie znów spojrzałem w dół. Miasto otoczone wieżami zabytkowych kościołów prezentowało się wyjątkowo malowniczo z takiej wysokości. Wciąż z trudem łapałem powietrze po pokonaniu tej potwornej ilości schodów. Uspokajając oddech, wodziłem wzrokiem po krajobrazie. Wszystko wydawało się takie malutkie, jak jakieś zabawkowe miasteczko dla dzieci. Najwyższy był chyba ratusz, który widzieliśmy zeszłego dnia.
Dymitr z powagą oglądał widok rozciągający się pod nami. Jako, że dużo bardziej odpowiadało mi przypatrywanie się zabytkom i wszystkiemu innemu z bliska, sterczenie tam szybko mi zbrzydło. Z tak wysoka nie dało się odróżnić nowoczesnych budynków, Starego Miasta i poszczególnych dzielnic, które tak diametralnie się od siebie różniły. Nie mogąc oprzeć się pokusie, wyciągnąłem z kieszeni długopis i podpisałem się na ścianie, która była już pokryta imionami setek innych podróżników. Wręczyłem długopis Dimie, który podpisał się tuż obok mnie, cyrylicą. Zaraz potem pociągnąłem go za rękaw i zaczęliśmy schodzić na dół.
- Oho, faktycznie szybko się nudzisz… - odparł trochę rozbawiony.
Owszem, nudziłem się szybko, ale znużenie miastem mi nie groziło. Przez kolejne dni zwiedzaliśmy zawsze coś innego. Hamburg był pełen sprzeczności; nieopodal przepięknych fasad teatrów i pomników, które je otaczały, znajdowały się nocne kluby, gdzie tancerze – amatorzy bawili się do rana. Pomimo ogromnej ilości kościołów, które znajdowały się w mieście, nie brakowało dzielnicy uciech. W dzielnicach handlowych takich jak Neuer Wall czy Hanse-Viertel dla obrzydliwie bogatych, w kątach siedzieli żebracy, z nadzieją na jałmużnę od zamożnych przechodniów. W środę znaleźliśmy się na jednej z takiej ulic. Biegałem od wystawy do wystawy, przypatrując się biżuterii i ubraniom najwyższej jakości. Dymitr z jakiegoś powodu nie podzielał mojego zachwytu, tylko chodził za mną z tajemniczym uśmiechem. Nie wiedziałem, co się za nim kryło. Do czasu, kiedy dotarliśmy do markowego sklepu z garniturami.
- O, ale świetny – odparłem, wskazując na szary garnitur na wystawie. – Niezły krój. I lubię ten kolor.
Po wygłoszeniu komentarza, zamierzałem przejść dalej, ale Dima złapał mnie za ramię.
- Czekaj. Może go przymierzysz? – zaproponował.
- No coś ty. I tak go nie kupię, zobacz na tę ilość zer przy cenie. Czysta abstrakcja.
- Och – przewrócił oczami, jednak było w tym geście więcej serdeczności niż kpiny. – Nie musisz od razu kupować. Ale przebranie się będzie za darmo.
Złapałem się za brodę, rozważając tę sugestię.
- Właściwie… - zawiesiłem wzrok na ubraniu. – Czemu nie?
Dzwoneczek przy drzwiach poinformował sprzedawcę o naszym wejściu. Za kilka sekund zjawił się, w nienagannym ubraniu i z nienaganną fryzurą. Zaraz zaczął tonąć w grzecznościach i ukłonach, co niezwykle mnie rozbawiło. Czułem się jakbym naprawdę był jakimś szlachcicem. Nie okazując jednak swojej wesołości, wyjaśniłem, co chcę przymierzyć i podałem swoje wymiary. Rzuciłem Dimie radosny uśmiech i zniknąłem w przebieralni. Cóż, muszę przyznać, że wyglądałem lepiej niż sam się tego spodziewałem. Strój leżał tak dobrze, jakby był szyty specjalnie dla mnie. Zdawało mi się, że prezentuję się nieco poważniej niż w zwykłych ubraniach. Jeszcze przez chwilę przypatrywałem się swojemu odbiciu w lustrze, po czym rozsunąłem zasłonę. Zarówno Dima jak i nienagannie nienaganny sprzedawca zawiesili na mnie swoje spojrzenia.
- Wyglądasz doskonale.
- Wygląda pan doskonale.
Parsknąłem śmiechem, słysząc, że oboje powiedzieli to samo, chociaż żaden za nic nie mógł zrozumieć drugiego. Widząc ich zaskoczenie, najpierw wyjaśniłem rzecz po niemiecku, a potem po rosyjsku i oboje także wydawali się tą sytuacją rozbawieni.
- Pomimo tego, że wyglądam tak doskonale, na razie się wstrzymam z zakupem – zwróciłem się do sprzedawcy z uśmiechem.
Mężczyzna ukłonił się, akceptując moją decyzję. Nie był to jeden z tych sklepów, gdzie obsługa zamęczała klientów. Co to, to nie.
Zniknąłem znowu w przymierzalni, aby się przebrać.
- Excuse me. Do you speak English?
Ze zdziwieniem zakomunikowałem, że głos należał do Dimy. Zawieszając jedną nogę w powietrzu, zacząłem się przysłuchiwać.
- Yes, sir – z nienagannym akcentem odpowiedział sprzedawca.
- I’d like to buy that suit.
- Are you sure, sir? Your friend hasn’t been eager to buy it and I wouldn’t like to…
- I don’t speak this language really well… Could you repeat?
- Your friend didn’t want it – odpowiedział tamten, dobierając prostsze słowa i zwalniając tempo.
- But I want to buy it. Don’t cause me problems, please.
Byłem tak zaskoczony tą wymianą zdań, że zawisłem w niewygodnej pozycji na dobre. Dima właśnie wypowiedział się jak jakiś wielki pan…
- I’m really sorry, sir – i chwilę potem; – Thank you for the tip, sir.
… I daje napiwki jak wielki pan. Otrząsając się z odrętwienia, wychyliłem głowę z za materiału.
- Dima! Oszalałeś? Nie musisz mi tego kupować. Ja nie chcę…
- Ale ja chcę. Koniec tematu.
Porażony tą egoistyczną, burżuazyjną stanowczością, tylko niemądrze otworzyłem usta. Sprzedawca, widząc co się kroi, najwyraźniej utwierdził się w przekonaniu, że jego subtelny protest nie był bezpodstawny.
- That is not a problem. It’s a present and it’s not polite to refuse it. My friend is just surprised. Don’t worry.
Sprzedawca pokiwał głową, choć wydawało się, że obawy o kłótni w jego prestiżowym sklepie wciąż nie opuściły jego myśli.
Zniknąłem znowu w przebieralni i jeszcze przez chwilę próbowałem pozbierać myśli. Jak on może tak łatwo wydawać tyle pieniędzy? I kiedy on się nauczył angielskiego?! Co prawda miał na to całe pięć lat, ale wcześniej nauka języków obcych wychodziła mu niezwykle opornie. Wziąłem głęboki oddech i zmieniłem ubranie. Pożegnawszy się, opuściliśmy sklep.
- Odbiło ci? – zapytałem gdy tylko zamknąłem za sobą drzwi.
- Niestandardowo dziękujesz, muszę przyznać…
- Ale ta cena… Przecież nie musiałeś.
- Till – nie był zdenerwowany, ale najwyraźniej zaczął być zmęczony moimi protestami – Podobał ci się. Lubisz prezenty, przecież wiem. Więc w czym tkwi problem? Bo nie rozumiem.
Zatrzymałem się przed nim, ściskając reklamówkę w dłoni.
- Tylko mi tu nie wciskaj banałów o tym, że nie wypada przyjmować drogich prezentów. Nas takie rzeczy nie dotyczą.
Pokręciłem głową.
- Nie o to chodzi… Ale… zaskoczyłeś mnie i… przecież nie ma żadnej okazji – starałem się jakoś nieporadnie wytłumaczyć.
Pokręcił głową i biorąc mnie na chwilę pod rękę, dał mi znak, że ruszamy dalej i że rozmowa jest skończona.
- Dziękuję – mruknąłem, wciąż nieco skrępowany.
- Nie musisz. Mogę ci kupić coś jeszcze, jeśli chcesz.
- Daj spokój, nie jestem jakimś utrzymankiem…
- Aaaaaa – wydał z siebie odgłos zrozumienia – Więc to o kwestię dumy chodzi.
Żachnąłem się, ale nic więcej nie powiedziałem. Czyżby miał rację?
- Daj spokój. Bo się obrażę – ostrzegawczo pogroził mi palcem.
- Jasne, z pewnością – mruknąłem.
Zaśmiał się i porzuciliśmy temat. Jednak gdy oglądaliśmy dalsze wystawy, starałem się kontrolować z komentarzami. Obawiałem się, że Dima mógłby wykupić cały Hamburg, żeby spełniać moje najbardziej wyszukane zachcianki.
Szykowny garnitur przydał się już następnego dnia. Wieczorem wybraliśmy się do teatru na szekspirowskiego „Otella”.
- To jednowątkowy dramat – wyjaśniałem w drodze. Jednocześnie starałem się poprawiać płaszcz, który, pomimo tego, że dobrze się prezentował, był stanowczo za cienki. – Nie powinieneś mieć problemu w odbiorze.
- Och, zapewne. Jak zrozumiem pięć słów podczas całego spektaklu, to będzie sukces.
Westchnąłem demonstracyjnie.
- To mnie słuchaj!
- Już, już przepraszam.
- To utwór o chorobliwej zazdrości…
- Byłeś już na tym?
- Dwa razy. Nie przerywaj mi. Otello podejrzewa o zdradę swoją żoną. Całkowicie bezpodstawnie. Jego podchorąży, Jago, dodatkowo go podjudza, wmawiając mu, że jest zdradzany…
- A na koniec wszyscy giną?
- Otello zabija niewinną żonę, popełnia samobójstwo, a Jago zostaje ukarany.
- Szekspir. Optymistyczny jak zwykle.
Zaśmiałem się na tę uwagę.
- Zdarzały mu się wyjątki…
- Dlaczego ten Jago nastawia go przeciwko żonie? Musi mieć przecież jakiś motyw.
Zamyśliłem się na chwilę, zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Nie wiadomo właściwie jaki. Są różne opinie. Posądzają go praktycznie o wszystko, zaczynając od rasizmu, a na miłości do Otella kończąc.
- Ach tak… jaka perfidia. Wmówić mu okrutne kłamstwa i doprowadzić do zamordowania niewinnej niewiasty, żeby mieć go dla siebie – zaczął rozważać tę drugą opcję, którą podałem. – Przecież to głupie.
- Dlaczegoż to? – zainteresowałem się.
- Ja bym najpierw uwiódł jego żonę, a potem jakby wszystko wyszło na jaw, pozyskałbym jego. Przynajmniej żona nie zginęłaby niesprawiedliwie.
Zaśmiałem się, słysząc te słowa.
- Jakiś ty łaskawy. Naprawdę, co za poczucie moralności… - wydusiłem przez śmiech.
Przed nami już się rozpościerał potężny teatr Thalia. Mężczyźni i kobiety naciągali ze wszystkich stron na sztukę. Zupełnie jakby to miejsce nigdy nie spotkało się z kryzysem i obniżonym zainteresowaniem ze strony odbiorców. Wieczór zapowiadał się wyjątkowo czarująco.
Kiedy wróciliśmy do domu, czułem się przyjemnie zmęczony. Zaraz przy progu zdjąłem buty, płaszcz i marynarkę, a potem rzuciłem się na fotel.
- To co teraz powiesz na carską? – zaproponował Dima, machając przede mną ledwo co napoczętą butelką.
Zamrugałem. Zdążyłem już zapomnieć o trunku. Co prawda proponował mi „chociaż kieliszeczka” owego ranka, kiedy tak niemiłosiernie zabałaganił mi mieszkanie. A propos, również teraz do olśniewającego porządku wiele brakowało. Dima miał denerwujący zwyczaj zostawiania wszystkiego w niewłaściwych miejscach. Ale z każdym dniem jakoś coraz mniej mi to przeszkadzało.
Skinąłem głową. Uśmiechnął się do mnie i poszedł do kuchni po kieliszki.
Usiadł na niskim stołku, naprzeciwko mnie. Rozlał wódkę i gestem wskazał mi kieliszek.
- Bez niczego do zapicia? – zapytałem nieśmiało.
- Bo się ciebie wyrzeknę, bracie.
Westchnąłem zrezygnowany i stuknąłem się z nim kieliszkiem. Alkohol wypełnił mi przełyk i podniebienie żywym ogniem. Skrzywiłem się paskudnie, co nie obyło się bez głośnej salwy śmiechu. Zaraz nalał następną kolejkę, najwidoczniej nabierając ochoty na upicie mnie. Bez słowa przełknąłem kolejną porcję i rozsiadłem się wygodniej w fotelu.
- Nie masz tu jakiejś muzyki? – zainteresował się. – Posłuchałbym czegoś.
- Zobacz na komputerze – mruknąłem, czując, że nie mam ochoty się tym zajmować.
- Jak ci się podobała sztuka? – zagadnąłem, podczas gdy on przeszukiwał mój dysk.
- Cóż… podtrzymuję swoje zdanie, które wygłosiłem przed obejrzeniem. Jago był taki prymitywny…
- Tak myślisz? Niektórzy mu przypisują ponadprzeciętną inteligencję – wygłosiłem, nalewając sobie jeszcze kieliszek. Z każdym kolejnym czułem się coraz bardziej odprężony i muszę przyznać, ze mi to odpowiadało.
- Zależy jakie motywy mu przypisują… Można by powiedzieć, że jest ciekawy właśnie przez tę niejasność motywów.
Odchylił się lekko w tył, co zaowocowało nieprzyjemnym zaskrzypieniem obrotowego krzesła.
- A jakie są twoje? – zapytałem.
- Aktualnie włączenie muzyki… - odparł prostolinijnie.
- Nie o to mi chodzi – skrzywiłem się.
Chciałem, żeby już zakończył te poszukiwania, bo odnosiłem wrażenie, że mówię do siebie, nie mając go w zasięgu wzroku.
- Zamierzam uwieść ciebie, twoją żonę i psa – oznajmił po chwili.
Jak na żart brzmiało to dość kiepsko. Zorientowałem się od razu, że starał się wymyślić coś na szybko, aby nie odpowiadać bezpośrednio. Postanowiłem nie naciskać i podjąć jego, niezbyt udany dowcip.
- Jakiś ty zachłanny.
- Niesłychanie.
- Ja również – odrzekłem, ukradkiem pijąc kolejny kieliszek.
Wkrótce włączył coś spokojnego o przyjemnym, nastrojowym brzmieniu. Nie pamiętałem nawet nazwy wykonawcy, ani, że mam coś takiego na dysku. Zjawił się przed stolikiem i uniósł butelkę.
- Zachłanny, tak? Właśnie widzę.
Uśmiechnąłem się do niego promiennie i czekałem aż znowu mi naleje. Po piciu w takim tempie, ogarnęła mnie już przyjemna euforia i za nic nie potrafiłem powstrzymać tego głupkowatego uśmiechu. Jakiś czas później osiągnąłem już taki stan, że nie zorientowałem się nawet kiedy podszedł na tyle blisko, że czochrał mnie po włosach.
- E-ej zostaaaw – oburzyłem się.
- Na Boga, ty już jesteś pijany – ucieszył się.
- Wcale, że nie – zaprzeczyłem stanowczo – Jestem po prostu szczęśliwy.
- Ach tak? Więc przejdź kilka metrów prosto – zaproponował.
Jakąś częścią umysłu wychwytywałem, że dla zabawy znowu chce mi udowodnić, że ma rację. Jednak ja miałem równie nieodpartą chęć pokazania mu, że się myli.
- Podnieś mnie – zażądałem.
Wziął mnie za ręce i postawił na nogach. Rzuciłem mu wyzywające spojrzenie i… przez chwilę faktycznie szedłem prosto. Jednak po pięciu krokach (które nie wiem właściwie, po co liczyłem), widowiskowo się przewróciłem.
- W porządku? – zapytał z uśmiechem, znów chcąc mnie podnieść.
- Tak, tak. Poradzę sobie – oznajmiłem, tym razem odrzucając jego pomocne dłonie – Ale jestem po prostu pijany… szczęściem!
Wykrzyknąłem ostatnie słowo, sądząc, że moje wytłumaczenie jest doskonale idealne i przekonujące. Dima się zaśmiał, za co spiorunowałem go wzrokiem. Poderwałem się z podłogi zbyt ostentacyjnie, co spowodowało, że potknąłem się znowu. Poleciałem na niego, zderzając się z jego piersią. Złapał mnie za łokcie, żebym przypadkiem nie osunął się z powrotem na podłogę. Podniosłem spojrzenie na jego twarz. Wszystko to trwało zaledwie kilka sekund. Dopiero po tych paru gestach straciłem zupełnie poczucie czasu i jakąkolwiek samoświadomość. Odruchowo zatopiłem się w jego kobaltowych oczach, które zionęły wtedy straszliwą nostalgią, powagą i samozatraceniem takim samym jak moje. Intensywność jego spojrzenia paraliżowała mnie i odbierała oddech. Powinienem był już wtedy się domyślić. Już wtedy wiedzieć, że… Dima w pewnej chwili drgnął, jakby chciał się do mnie nachylić, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. Zacisnął usta i spuścił wzrok, przerywając ten elektryzujący kontakt. Puścił mnie i usiadł na fotelu, zostawiając mnie samemu sobie z tym niesamowitym zjawiskiem, którego przed chwilą doświadczyłem. Jednak, jako, że miałem wprost zadziwiającą zdolność pozostawania ślepym na rzeczy, których dostrzegać nie chciałem, sprawa ta oddaliła się jeszcze na jakiś czas.
- Chcesz się jeszcze napić? – zapytał, z trudem dobywając głosu i rozrywając na kawałki tę niesamowitą ciszę.
Jako, że nie miałem nic do powiedzenia, skinąłem tylko głową. Za chwilę włożył mi w ręce kieliszek, a ja od razu się napiłem i postawiłem szkło na stoliku. Rozmawialiśmy jeszcze tego wieczora. Jednak atmosfera pozostała wciąż gęsta i żaden z nas nie mógł już się zdobyć na żarty i pełną swobodę. Przynajmniej do następnego ranka.
***
W takiej atmosferze mijały kolejne dni. Stanowiły mieszankę turystycznych wycieczek, słownych kuksańców, serdecznego śmiechu i zbyt długich spojrzeń. Były tak barwne i dynamiczne, że zdawało mi się, że wieczór następuje zaledwie chwilę po poranku. Bawiłem się doskonale i chyba zapomniałem się na ten czas bardziej niż kiedykolwiek w życiu. Rzucone studia, rzucona praca, niczego nieświadomi rodzice daleko, daleko stąd – to wszystko mogło jeszcze poczekać. Było zupełnie tak jakbym wsiadł na karuzelę w wesołym miasteczku i dopóki z niej nie zejdę – ziemski świat mnie nie dotyczył. Czy mógłbym pragnąć czegoś więcej? Niedługo później okazało się, że faktycznie, mógłbym.
Tamtego wieczora, podobnie jak w poprzednie, czułem się wyśmienicie. Byłem przyjemnie zrelaksowany po mile spędzonym dniu i spacerze po mroźnym tego dnia Hamburgu. Siedziałem wygodnie rozparty na stołku i leniwie wpatrywałem się w mój zestaw kart. Jednak mój błogi, rozkoszny nastrój nieco zakłócał pewien drobiazg.
Dima przez ostatnie pół godziny zachowywał się dość dziwnie. Chociaż miał utkwiony we mnie wzrok i co jakiś czas odpowiadał na moje słowa, wyraźnie widziałem, że zajmuje go coś innego. Zdawał sobie sprawę, że to dostrzegam, więc tym bardziej przykładał się zarówno do rozmowy jak i do gry. Lekko mnie to niepokoiło.
- Wygrałem! Dima, co się z tobą dzieje? – zapytałem mimochodem, tasując karty.
Wydał z siebie pomruk, który mógł oznaczać dosłownie wszystko. Odebrałem go jednak jako „Nic, nic, w porządku”, więc nie męczyłem go dalej. Może był po prostu zmęczony? Wciąż tasując, utkwiłem wzrok w oknie. Pociemniało już zupełnie. Mogłem dostrzec światła pozapalane w innych domach.
- Till, posłuchaj – zaczął, bębniąc palcami o blat.
Jedna z kart akurat mi wypadła, więc schyliłem się po nią. Moja ręka zatrzymała się w połowie drogi, kiedy usłyszałem:
- Jutro będę musiał wyjeżdżać.
Coś ścisnęło się w moim wnętrzu wyjątkowo boleśnie, wypompowując ze mnie całe powietrze. Miałem ochotę opaść i znieruchomieć, jak przekuty balonik. Nie. Trzeba to odpowiednio rozegrać, a nie głupio się rozkleić.
- Till? – odezwał się, zgadując, że odnajdywanie niesfornej karty raczej nie zajęłoby mi tyle czasu.
Zacisnąłem zęby i podniosłem się na stołek.
- A więc to o to chodziło – stwierdziłem, nawiązując do jego wcześniejszego roztargnienia.
Niedbale przytknął, nie chcąc się nad swoją konsternacją rozwodzić. Przez chwilę milczeliśmy, ale nie było to takie same błogie i leniwe milczenie, jak wcześniej. Nie, teraz to było coś zupełnie innego. Jak po wybuchu bomby i pozostawieniu zgliszczy.
- Dlaczego musisz jechać już jutro? – odezwałem się, próbując nadać swojemu głosowi jak najbardziej stanowczą barwę.
- Im wcześniej, tym lepiej. Naprawdę – odparł, wstając. Zbliżył się do okna i utkwił spojrzenie w widoku za nim.
Niemo patrzyłem na jego nieruchomą sylwetkę, próbując pozbierać myśli. Co zrobić, jak zareagować, żeby zniweczyć jego plan? Co, do diabła, powiedzieć?
- Wiedziałeś, że nie przyjechałem tu na zawsze. Może nie myślałeś nad tym, ale…
- Ale co? To chyba oczywiste, że chciałem o tym nie myśleć.
Atmosfera z minuty na minutę robiła się coraz trudniejsza do zniesienia. Była to jedna z tych chwil, kiedy oddychanie przychodzi z trudem i nie wiadomo co zrobić z rękami. Aktualnie, ja w swoich wyłamywałem palce. Trzask ocierających się o siebie kości niemiło wypełniał powietrze.
- Nie mogę zostać – odparł, odwracając twarz w moją stronę.
Chociaż starannie starał się stłumić każdą emocję, dostrzegałem ich subtelne przebłyski, które przechodziły przez jego twarz. Smutek, żal i rozdarcie odbijały się w niej kolejno, po czym znikały, zupełnie jak cienie.
- Więc… pozwól mi ze sobą pojechać – powiedziałem cicho i zbliżyłem się do niego.
- Tego tym bardziej nie mogę uczynić.
Jego głos był twardy i zdecydowany, ale wiedziałem, że muszę coś zrobić, aby zmienił zdanie. Nie chciałem, żeby Dima wyjeżdżał. Nie chciałem znowu zostawać sam. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że z nikim nie nawiążę takiej więzi i takiego zrozumienia jak z nim. Był moim najlepszym, a właściwie jedynym przyjacielem. Raz już zgodziłem się na rozstanie i czym to zaowocowało? Blisko pięć lat ciszy. Nie mogłem przystać się na coś takiego ponownie. Całe moje jestestwo buntowało się przeciwko temu i byłem zdecydowany użyć wszystkich możliwych środków, aby przy nim zostać.
- I co dalej, Dymitr?
Drgnął. Nie zwracałem się tak do niego prawie nigdy.
- Co dalej, co? Znowu przyjedziesz za pięć lat? A może, skoro już się upewniłem, że dalej żyjesz, to za dziesięć? Po co szarżować, nie? – każde moje kolejne słowo było coraz szybsze i zawierało większą dawkę sarkazmu.
Mięśnie na jego twarzy zadrgały. Wiedziałem, że jeszcze trochę i go sprowokuję. Wstałem ze stołka i zbliżyłem się do niego.
- A może masz tam tylu przyjaciół, że już nie jestem ci potrzebny? Tylko przyjechałeś popytać, co tam na starych śmieciach. Och, a może Grieta jest wystarczająco interesująca i nikt inny nie jest ci potrzebny? Jakby nie było, już mnie do niej porównywałeś…
- Zamknij się, do cholery!! – wrzasnął. Zadrżałem, zaskoczony. On także milczał przez chwilę, jakby sam zdziwił się własnym krzykiem.
To, co mówiłem dotkliwie go raniło. Rozjuszyłem go tak bardzo, że nie miał nawet czasu aby się zastanowić czy naprawdę tak myślę.
- Jak możesz w ogóle tak mówić? – wysyczał, wciąż starając się stłumić swoją wściekłość.
- Co z twoim samoopanowaniem? Nie wiem jak sobie bez niego radzisz w takiej pracy – zapytałem, specjalnie silniej akcentując ostatniej słowo.
- Wyobraź sobie, że w innych przypadkach mam doskonałe samoopanowanie – warknął. – Co ty sobie myślisz, cholera? Że sprzedaję pączki o połowę tańsze niż konkurencja na drugim rogu ulicy?! Przejrzyj na oczy, do diabła! Na własne życzenie chcesz się wpakować w gówno i ja jeszcze mam ci przyklasnąć, tak?
- A czy ty nie zrobiłeś tego samego, kiedy byłeś w moim wieku? – dowaliłem mu, bezczelnie unosząc jedną brew i mierząc się z nim spojrzeniem. – Ale chyba jesteś zadowolony, co? Nie wyglądasz na cierpiętnika.
Ze zdziwienia otworzyłem usta, kiedy błyskawicznym ruchem złapał mnie za koszulę i przycisnął do ściany. Poczułem zapach jego wody kolońskiej i jego wściekłości.
- Tak? Chcesz robić to co ja, tak? – wysyczał mi prosto do ucha.
W oczach błyszczało mu czyste szaleństwo, czego nie potrafiłem niczym usprawiedliwić. Czyżby moje słowa dopiekły mu tak bardzo…? Spróbowałem spuścić wzrok, ale wolną ręką zmusił mnie do uniesienia twarzy. Zanurzyłem się więc w tej kobaltowej burzy jego rozwścieczonych oczu.
Ta sytuacja była niemalże abstrakcyjna. Wydawała się iście nie na miejscu po tym bajecznym tygodniu, który właśnie dobiegał końca. Dima ukazywał mi swoją inną, ciemniejsza stronę w niczym nie przypominającą jego roześmianego, łobuzerskiego oblicza. Jednak sięgając pamięcią wstecz, uzmysłowiłem sobie, że bywały chwile, kiedy naprawdę potrafił się wściekać. Nie ma żarty.
Wolno oblizałem spierzchnięte wargi, po czym z trudem dobyłem głosu. Nie brzmiał jednak tak płynnie jakbym tego pragnął.
- Nie muszę koniecznie robić tego, co ty. Mogę mieszkać w pobliżu. Widywać się z tobą. Czy to też zakłóci twoje wielkie plany?
- Ty nic nie rozumiesz- syknął, potrząsając mną lekko.
- A jak mam rozumieć, skoro nic mi nie wytłumaczyłeś?
Westchnął zrezygnowany i zirytowany. Najwyraźniej doszedł do wniosku, że dotarliśmy do takiego punktu, gdzie bez wyjaśnień się nie obędzie.
- Jeśli będziemy się widywać, stanie się jasne, że jesteśmy przyjaciółmi – zaczął niechętnie.
- I co z tego? – zapytałem, wciąż nie rozumiejąc.
- Prędzej czy później cię zabiją. Może nie będą mi przysyłać po jednym z twoich zgrabnych palców, jak to pokazują na tych popularnych filmach, ale… tak czy inaczej nie spotka cię nic miłego.
Rozszerzyłem oczy, słysząc te wyjaśnienia. Niemożliwe… czyli to oznaczało, że…
- Rozumiesz? – zapytał po przedłużającym się milczeniu. – Bliscy osób takich jak ja są doskonałą kartą przetargową dla konkurencji. Nawet po spełnieniu wszystkich żądań, najczęściej się ich zabija.
Wolno wypuścił mnie ze swojego uścisku. Był przekonany, że po tym co usłyszałem, nie będę już robił żadnych problemów. Miał właśnie zamiar się odwrócić, kiedy się odezwałem.
- W takim razie… będę robił to co ty.
Podniósł wzrok, oniemiały. Jednak jego zdziwienie bardzo szybko zmieniło się w drwinę.
- Umiałbyś zabić człowieka, Till? – parsknął.
Te nowe fakty, które wyrosły przede mną w zastraszającym tempie były trudne do ogarnięcia. Brudna robota… Wiedziałem, że to nic legalnego, ale nie miałem pojęcia, że Dima zajmuje się czymś na taką skalę. W dodatku po jego słowach domyśliłem się, że ma całkiem wysoką pozycję w kryminalnym świecie. Jaki ze mnie idiota…! Mogłem od razu się domyślić po tym jak wolną ręką wydawał tyle pieniędzy. „Lubisz prezenty, więc o co chodzi?”, tłumaczył się, kiedy kupował mi garnitur. Albo kiedy żartem zapytał czy chcę, żeby sprawić mi jakiegoś służącego… Jak to możliwe, że taki serdeczny i dobry człowiek jak on był jednocześnie przestępcą i mordercą? Nie potrafiłem sobie tego wyobrazić. Bez słowa wpatrywałem się w jego chłodne w tej chwili oczy. Czy cały ten tydzień udawał przede mną kogoś, kim nie jest…? Nie, tak nie mogło być. Znałem go od dawna i doskonale wiedziałem, że pod tym względem jest tym samym Dimą, którym był zawsze. To zadziwiające jak tego dokonał, ale rdzeń jego osobowości bez wątpienia pozostał taki sam. To dodało mi odwagi. Wszystko inne… mogłem przemyśleć potem.
- Umiałbym – wychrypiałem zdecydowanym tonem.
- Nie masz pojęcia… - znowu zaczął płonąć żywą furią. - … o czym mówisz. Kurwa, Till, to nie jest zabawa! Nie dociera do ciebie, że nie jesteśmy już dzieciakami?! Ja nie mówię o bawieniu się w zestrzeliwanie żołnierzyków! Nie będę… brać odpowiedzialności za twoje kaprysy!
- Teraz to ty się zamknij! – krzyknąłem.
Na jego twarzy pojawił się grymas oburzenia i protestu, ale pozwolił mi zabrać głos.
- Ja nadal żyje dzieciństwem, tak? Nie traktuj mnie jakbym dalej miał osiem lat! Jestem dorosły i sam biorę odpowiedzialność za swoje czyny i decyzje. Co ty sobie myślisz?? Doskonale wiem, że… nie będzie mi łatwo. Ale decyduję się na to, rozumiesz? Jestem w pełni świadomy konsekwencji. Nie boję się ich. Godzę się na nie. Jeśli zawiodę, nie wytrzymam presji albo jeśli poderżną mi gardło we śnie, po prostu przyjmę te konsekwencje. Dociera to do ciebie?
- I mam rozumieć, że w ciągu dwóch minut podjąłeś taką decyzję, tak? – zapytał ironicznie.
Zatkało mnie. Zagryzłem wargi. Jak miałem mu wytłumaczyć, że…
- Doskonale wiem, że podjąłeś ją tylko ze względu na mnie – odparł, jednocześnie odpowiadając na moje myśli.
No właśnie.
Nie mogłem się tego wyprzeć. Złapałem się za głowę, aby zyskać trochę czasu. W skroniach mi pulsowało. Zaschło mi w ustach i czułem się naprawdę wykończony tą przeciągającą się dyskusją.
- Tak – przytaknąłem, spoglądając mu w oczy.
Jego twarz zadrgała na tę informację. Z pewnością nie spodziewał się tak rozbrajająco bezpośredniego zagrania.
- I właśnie dlatego to ja będę za to odpowiedzialny. Nie rozumiesz? – zapytał, nieco łagodniej niż do tej pory.
- Nie. Byłbyś odpowiedzialny, gdybyś mnie zmuszał. Natomiast ja postępuję zgodnie z moją wolą. Chcę z tobą pojechać, już ci mówiłem. Nic więcej mnie nie obchodzi.
- Otóż to! – wybuchnął znowu. – Ciągle skupiasz się na swoich potrzebach, nie myśląc o niczym innym! Ja, ja, ja! A to, że chcesz się wpierdolić w sam środek pola minowego z odbezpieczonym granatem w zębach, to już nieistotny dodatek!
- Przecież twoje potrzeby są zgodne z moimi! Nie chcesz mnie zostawiać tutaj! Więc dlaczego musisz to tak utrudniać?! – słowa wypływały ze mnie same, już bez udziału mojej woli. Wykrzykiwałem je zupełnie impulsywnie. Zdawało mi się, że ranią moje gardło i parzą wargi. Całkowicie zaraziłem się jego wściekłością i dyskusja przerodziła się we wściekłe wrzeszczenie do siebie.
- Bo możesz zginać przeze mnie! Bo się zgodzę, jak ostatni idiota i amator. Myślisz, że mam ochotę oglądać twoje zwłoki i do końca życia myśleć, że to wszystko dlatego, że uległem i się zgodziłem?! Właśnie dlatego, do cholery, nie przyjeżdżałem przez te wszystkie lata, żeby cię chronić, a teraz ty sam chcesz to wszystko zniweczyć!
Widziałem, że cały drży. Jego pierś falowała rytmicznie, zęby miał lekko obnażone i błyszczące. Pomimo tego nie zamierzałem teraz się poddać. Po moim trupie.
- Nie chcę, żeby mnie chronić! – wrzasnąłem. – Wyszkolisz mnie. Pokażesz mi, co mam robić, nauczysz mnie, jak mam funkcjonować. Będę najlepszy. Nikt mi nie dorówna i nikt mi nie zagrozi.
Jedną dłonią otarł pot z czoła. Jego oczy błyszczały jasno i wyrażały tak wiele, że trudno mi było orzec czy jaśnieją ze smutku czy z wściekłości. Oddalił się ode mnie i usiadł. Zamknął oczy i odchylił do tyłu głowę.
- Tobie się wydaje, że to jakiś pokręcony film sensacyjny… - odparł bez tchu.
Czułem, że się łamał i zdawałem sobie sprawę, że on wie, że ja nie zrezygnuję. Znał mnie za dobrze, aby tego nie wiedzieć. Postąpiłem kilka kroków do przodu i stanąłem przed nim.
- Wiem, że Rosja to nie tylko białe noce i srogie zimy. Ja wiem… w co się pakuję.
Czułem się dziwnie przez to, że z wrzasku przeszliśmy niemal do szeptu. Huczało mi w uszach, cisza zdawała się boleć jeszcze bardziej niż krzyk. Dymitr jeszcze przez jakiś czas miał zamknięte oczy. Kiedy je otworzył, dostrzegłem w nich, że się poddał.
- Zdajesz sobie sprawę, że to bilet w jedną stronę, prawda? Jakbyś potem nie prosił, nie płakał i nie błagał mnie, żebym puścił cię do domu… nie będę mógł. Pod żadnym pozorem już z tego nie wyjdziesz.
Zdając sobie sprawę z powagi sytuacji, wolno pokiwałem głową. Byłem absolutnie zdecydowany. Moja wrodzona pewność siebie dodawała mi odwagi; wierzyłem, że sobie poradzę, że będę w stanie przejść przez wszystko.
- I będziesz musiał nauczyć się zabijać. Powiem ci szczerze już teraz, że nie widzę tego. Nadal jesteś… tak dziecięco niewinny.
Wolno pokręcił głową, jakby sam nie mógł uwierzyć, że się na to godzi. W głębi duszy wiedziałem, że nie uległ, bo moc moich argumentów zwyczajnie go zmiażdżyła. Chciał, abym z nim został. Tak naprawdę był takim samym egoistą jak ja.
- To się zmieni, Dima. Razem to zmienimy – stwierdziłem rzeczowo.
Uśmiechnął się lekko i spojrzał na mnie w taki sposób, jakby chciał mi powiedzieć: „Boże, jaki ty jesteś niemożliwy. Przecież ty nie wiesz o czym mówisz…”.
- Oby, oby, Till. Bo nie przetrwasz. Ale i tak nie pozwolę, żeby jakiś skurwiel przysyłał mi po kolei twoje paluszki – jakby na zaakcentowanie tych słów na chwilę splótł swoją dłoń z moją – Oj, już bym się postarał, żeby przeleciał przez wszystkie kręgi piekła.
Znowu widząc jego zawadiacki uśmiech, nieco się rozluźniłem.
- Aż do dziewiątego? – zapytałem, podchwycając żart.
- Nie, Till, nie. Mordercy trafiają do siódmego. Zapamiętaj to.
- A dlaczego to? – zaciekawiłem się.
- Bo sam kiedyś tam trafisz – mruknął, dla zabawy odginając jeden z moich palców pod nieprzyjemnym kątem. – Mam tylko nadzieję, że nie wciąż za życia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz