Pierwotny adres bloga to http://www.siodmy-krag.blogspot.com/ Ta strona jest założona specjalnie na potrzeby konkursu, jako, że na wyżej wymienionym adresie opowiadanie jest umieszczane dopiero od rozdziału ósmego (wcześniej ukazywało się na pewnym portalu). Nie chcąc robić niepotrzebnego bałaganu, postanowiłam założyć tę stronę, aby wszystkie rozdziały były ułożone w porządku chronologicznym.

Na http://siodmy-krag.blogspot.com/ znajdują się komentarze czytelników jak i notki umieszczane w naturalnej częstotliwości.

Postanowiłam również ocenzurować opowiadanie, tak, aby nie zawierało scen erotycznych bądź innych niestosownych dla nieletnich odbiorców w związku z głosowaniem internautów.

wtorek, 27 września 2011

Rozdział ósmy


8. Ten pierwszy ruch

“And I see you there,
When I close my eyes…”

- Trzymaj gardę, cholera! – poprzez szum przecinających powietrze uderzeń, odgłosy mojego płytkiego, spazmatycznego oddechu i zapach męskiego, intensywnego potu, przedarł się chrapliwy głos Jegora.
Natychmiast przystawiłem pięść do szczęki, tak jak mnie uczył. Jednak, jak na złość, wcale nie chciała tam powracać po wykonywanych ciosach i blokach.
Jegor pomimo swoich ogromnych rozmiarów był zwinny jak kot i szybki niczym gepard. Co jednak ważniejsze, nie dawał mi żadnych forów. Grad jego ciosów i uderzeń spadał na mnie raz za razem i smakował jak smaganie biczem. Co prawda, bił mnie tak, aby nie połamać mi kości ani nie spowodować  innych, poważnych obrażeń. Nie znaczy to jednak, że nie sprawiał mi bólu. W tamtej chwili miałem tego serdecznie dość jak tylko można mieć czegoś serdecznie dość w życiu i szczerze tego nienawidziłem. Czy istniało jednak jakieś inne wyjście? Wiedziałem, że nie, więc raz za razem, z uporem maniaka, próbowałem go dosięgnąć moją pięścią. Jegor uchylał się raz za razem, a ja okładałem powietrze. Nogi już mi drżały od zbyt wielkiego wysiłku. Oczy zaszły mi potem i łzami, więc poznawałem gdzie znajduje się mój przeciwnik tylko dzięki migotaniu jego ogolonej czaszki. Nie miałem zbyt wielkich możliwości, aby przygotować się na kolejny cios. Jegor okładał mnie bez litości zanim zdołałem oddać uderzenie.
- Musisz być szybszy, Lohengrin! – krzyknął do mnie, nie zaprzestając walki. – W takim tempie zabiłbym cię zanim zdołałbyś się w ogóle odezwać.
Zacisnąłem zęby, sfrustrowany. Jak on mógł ode mnie wymagać rewelacyjnych zdolności bojowych po tak krótkim przygotowaniu? Później nauczyłem się, że miał on w zwyczaju zawsze obarczać mnie zadaniami stanowczo przewyższającymi moje umiejętności. Miało  to na celu kształtować mój charakter, może nawet w większym stopniu niż mięśnie. Bez słowa znosiłem piekło, które kazał mi przechodzić. Początkowo, z fatalnym skutkiem.
Próbując dodać sobie odwagi, zacisnąłem mocno pięści i zaatakowałem. Zdecydowałem się na grad szybkich, mocnych uderzeń. Miałem nadzieję, że dzięki temu chociaż raz go trafię. Jednak jego przedramiona skutecznie blokowały mi dostęp. Szybkie, stalowe bloki odparowywały moje uderzenia w mgnieniu oka.
- Za wolno – warknął.
Jeszcze przez chwilę pozwolił mi na utrzymywanie inicjatywy, ale nie trwało to długo. Zaraz potem mocno zamachnął się prawą pięścią. Przewidując atak osłoniłem się z tej strony. Jegor jednak nie uderzył. Zamiast tego wykonał szybki, zręczny kopniak z półobrotu. Zupełnie się tego nie spodziewałem. Dzięki jego wadze i sile atak miał naprawdę olbrzymią moc. Boleśnie runąłem na ziemię i przejechałem na plecach jeszcze kilka metrów. Jegor był militarnym potworem, ukraińską maszyną bojową o zastraszającej sile rażenia. Właśnie tak sobie pomyślałem, wijąc się na wilgotnej ziemi i jęcząc. Trafił mnie w nogę, która pulsowała tępym, przeszywającym bólem. Byłem pewien, że złamał mi kość. Spróbowałem wstać, ale zawroty głowy okazały się zbyt silne. Słyszałem jego powolne kroki. Zbliżał się do mnie. Bałem się, że znowu mnie zaatakuje, ale jednocześnie czułem, że jeśli tylko spróbuję wstać, z pewnością zwymiotuję.
Nagle zatrzymał się przede mną.
- Nie jesteś ani trochę przebiegły. Powiem nawet, że jesteś bezmyślny. Zdaje ci się, że przeciwnik zawsze będzie fair w stosunku do ciebie. To była nauczka za tak żałośnie naiwne myślenie.
Nie miałem siły się odezwać. Czułem się przegrany i poniżony. Po krótkiej pauzie kontynuował udzielanie reprymendy. Trzeba przyznać, że był w tym mistrzem. Ostre słowa wrzynały się we mnie razem z wstrząsającym, ostrym bólem, który teraz już rozchodził się po całym ciele. Potrafił dopasować do tych trudnych do zniesienia, deprymujących komentarzy odpowiedni moment. Wiedziałem, że muszę się prędko do nich dostosować jeśli chcę przetrwać.
- Jesteś też za wolny. Nie jesteś nawet w połowie ciosu, a ja już wiem, co chcesz zrobić. Zamiast patrzeć mi w twarz, spuszczasz wzrok. Nigdy nie obronisz się w ten sposób. Musisz się nauczyć wyczuwać, jaki ruch wykonam. Poza tym… za bardzo skupiasz się na jednej czynności. Kiedy atakujesz, nie potrafisz się bronić. W takim wypadku walka zawsze będzie się toczyć na twoją niekorzyść.
Z goryczą wysłuchałem jego bolesnej krytyki. Otworzyłem zaschnięte, spękane usta i z trudem dobyłem głosu.
- A jest w ogóle coś… co robię dobrze?
Jegor parsknął. Jak przez mgłę widziałem jego harde spojrzenie.
- Co za arogancja. Może mam jeszcze cię pogłaskać?
Pobłażliwie pokręcił głową i podał mi rękę, aby pomóc mi wstać. Uchwyciłem się jego dłoni. Z dziecinną łatwością postawił mnie na nogi. Wycieńczenie jednak wzięło górę i z powrotem runąłem bezwładnie na ziemię. Zacisnąłem zęby, starając się, żeby z moich oczu nie popłynęły łzy. Ogrom bólu i poniżenia sprawiały, że miałem ochotę płakać i wyć jak dziecko. Nie chciałem jednak narażać się na kolejne szyderstwa. Duma wzięła górę i zdołałem nie myśleć o tym, że leżę u stóp Jegora jak glista. Na szczęście nie trwało to jednak długo, chociaż nie wiem czy to, co nastąpiło potem, było lepsze.
Jegor westchnął zirytowany i uklęknął przy mnie.
- Gdzie boli? – zapytał.
Lekko uniósł brwi, gdy wskazałem swoje przedramię, piszczel, kostkę u nogi, brzuch i szczękę. Przy okazji zorientowałem się, że przy którymś z uderzeń rozciął mi dolną wargę, z której sączyła się krew. Bez zbędnych słów sprawnie zbadał wszystkie miejsca, które mu wymieniłem.
- Nic nie jest złamane ani skręcone – oświadczył, odwijając moją przed chwilą podwiniętą nogawkę.
Chociaż z ulgą przyjąłem to do wiadomości, ów fakt wcale nie zredukował mojego cierpienia.
Ze zdziwieniem poczułem, że Jegor znów mnie dotyka. Zszokowanie jednak okazało się dużo większe, kiedy mnie podniósł i przerzucił sobie przez ramię jak wór kartofli.
- Cz-czekaj – desperacko próbowałem go powstrzymać. – Będziemy tak iść?
Wyobraziłem sobie reakcję innych mundurowych przy wyjściu z poligonu. Chociaż podczas ćwiczeń zawsze byliśmy sami, przy bramie często kręciło się kilka osób. Poczułem, że palę się ze wstydu na samą myśl o spotkaniu z nimi w takiej sytuacji.
- Jeśli wolisz, mogę cię jeszcze ciągnąć po ziemi za nogę – mruknął.
- Daruj sobie, proszę – warknąłem, nie mogąc już znieść tego upokorzenia.
- Zaraz dostaniesz w pysk za takie odzywki.
Miałem ochotę zapytać „Znowu?”, ale powstrzymałem się. Nie szczególnie miałem ochotę po raz kolejny tego dnia „dostać w pysk”. Kiedy zbliżaliśmy się do wyjścia, zamknąłem oczy. Miałem nadzieję, że ewentualni obserwatorzy wezmą mnie za nieboszczyka. W tym miejscu nic nie było zadziwiające, niemożliwe czy nieetyczne.
Dotarliśmy do samochodu. Jegor rzucił mnie na tylne siedzenie, jakbym w istocie był worem kartofli. „Dobrze chociaż, że nie do bagażnika”, pomyślałem, siląc się na poczucie humoru. Pomimo wszystko byłem szczęśliwy, że przeżyłem kolejny dzień. Jutro, chwała niebiosom, czekał mnie „wykład” z Dimą. Ku mojemu zdziwieniu, pokochałem te zajęcia. Jegor i jego niekonwencjonalne metody były główną ku temu przyczyną.

***

- Przyniosłem ci twojego cherubinka – odparł Jegor, prezentując mnie Dimie.
Przed drzwiami ściągnął mnie ze swojego ramienia i wziąwszy mnie za ubranie wniósł mnie do rezydencji jak szmacianą kukłę. W tej chwili wciąż mnie tak trzymał. Nie miałem siły protestować czy zwracać uwagę na wbijające mi się w szyję ubranie. Zanim runąłem na podłogę, dostrzegłem zaniepokojone spojrzenie Dimy.
- Nie przesadziłeś? Mówiłem ci, że nie masz go zabić ani okaleczyć.
Wiedziałem, że przy Jegorze nie padnie na kolana, żeby mnie ratować. Kulejąc i chwiejąc się, doczłapałem do najbliższego pokoju. Miałem dość obecności Ukraińca, który wciąż mnie bił, okładał, tudzież rzucał mną czy kopał. Zamknąłem za sobą drzwi i usiadłem przy nich, aby usłyszeć ich dalszą rozmowę.
- … więc nie ma trwałych uszkodzeń. Nie jestem amatorem, Dymitr.
- Problem tkwi w tym, że byłeś uczony jak zabić, a nie jak nie zabić. Obawiam się, żebyś się nie zapomniał.
- Nie rób ze mnie idioty. Gdybym nim był, nie dostałbym swoich funkcji, prawda?
Dima westchnął. Najwyraźniej irytował go przekorny temperament Ukraińca.
- Przypominam ci tylko, co do ciebie należy. Masz zrobić z tego człowieka zabójcę i żołnierza, nie trupa.
Drgnąłem na dźwięk jego słów. Pomimo morderczych treningów, nigdy dotąd nie pomyślałem o sobie w ten sposób. Nie wybiegałem myślami tak daleko. Moje codzienne rozmyślania na temat przyszłości ograniczały się do wątpliwości czy przetrwam kolejny trening z Jegorem. Teraz zacząłem się zastanawiać; czy nie zawiodę gdy nadejdzie czas na praktykę…?
- I zrobię – zapewnił Jegor. – Tak jak zrobiłem z ciebie. Chociaż to chyba będzie trudniejsza sprawa.
- Dlaczego? – natychmiast zaciekawił się Dymitr. – Twierdzisz, że jest za słaby?
Jegor westchnął.
- Niee – odparł Ukrainiec, z niepewnością przeciągając to krótkie słowo. - Ale jego wrodzone uwarunkowania mogą go ograniczyć. Na to nie będę miał wpływu. Nie jestem cudotwórcą. Wiesz jak Spartanie wychowywali swoje dzieci?
Nastąpiła krótka pauza, podczas której Dima zapewne musiał pokiwać głową.
- No właśnie – ciągnął Jegor. – Dlatego nie mogę zrozumieć, dlaczego ojciec przysłał go dopiero teraz. Gdyby był chociaż pięć lat młodszy, przyswajałby znacznie szybciej.
- Ja także zaczynałem mniej więcej w jego wieku.
- No tak, ale ty… Ty już żyłeś w nędzy. To nie była alternatywa, tylko jedyne możliwe wyjście.
Drgnąłem na te słowa. Zdążyłem prawie zupełnie zapomnieć, dlaczego Dima wyjechał. Sam fakt, że to zrobił był dla mnie na tyle niestrawny, że nie zastanawiałem się nad powodami. Gdybym nie był tak zaślepiony tęsknotą i uczuciem pokrzywdzenia, zapewne zauważyłbym już lata temu, że nie miał żadnego wyboru. Moje rozmyślania przerwała ich dalsza rozmowa.
- Sądzisz, że się nie nadaje? – zapytał Iwanowicz.
- Nic nie sądzę. Na razie… nic.
Po tym ostrożnym stwierdzeniu, Jegor zaczął się żegnać. Pospiesznie oddaliłem się na od drzwi i wdrapałem na krzesło, żeby Dima nie zauważył, że podsłuchiwałem.
Kilka chwil później klamka skrzypnęła i Iwanowicz wszedł do pokoju. Spojrzał troskliwie na moją umorusaną twarz i rozciętą wargę, z której znowu zaczęła się sączyć krew.
- Nieźle cię załatwił – powiedział, zbliżając się do mnie.
Nie miałem siły się uśmiechnąć po tym wszystkim. Westchnąłem ciężko, nie mogąc wydobyć z siebie żadnych słów.
Dima uklęknął przy mnie i oparł łokcie na moich kolanach. Również wciągnął powietrze głęboko w płuca, po czym zorientowałem się, że chce mi powiedzieć coś trudnego.
- Słuchaj… - zaczął wyjątkowo nieporadnie, jak na niego. Zmarszczył brwi, jakby także to zauważył, ale po chwili kontynuował. – Czy ty na pewno chcesz przez to wszystko przechodzić?
Zamrugałem i przeniosłem na niego wzrok. Nasze spojrzenia się spotkały. Jego kobaltowe oczy wyrażały konfuzję i niepewność jakich dawno w nich nie widziałem.
- Co przez to rozumiesz? – zapytałem.
- Nie wiem, czy… to cię nie przerasta. Z resztą nie lubię cię widzieć w takim stanie.
- Boisz się – osądziłem.
Przez jego twarz przebiegł widoczny grymas, który poświadczył, że mam rację.
- Nie wiem, czy powinienem cię w to mieszać. Zniszczę ci życie.
Nie podobały mi się jego słowa. Być może były zbyt dojrzałe, zbyt przewidujące i konsekwentne. Nie chciałem tego słuchać.
- I tak nie puściłbyś mnie z powrotem. Powiedziałeś, że to droga bez powrotu. Z resztą… nie chciałbyś.
Dymitr zmarszczył się znowu. Najwyraźniej moje słowa jemu także nie przypadły do gustu.
- Może mógłbym zrobić wyjątek… Dla twojego bezpieczeństwa - zaczął niepewnie.
- I co powiesz wszystkim? Co powiesz Jegorowi? Zgaduję, że innych się nie odsyła, jak się im nie spodoba, tylko… robi się z nimi coś innego.
Wolno pokiwał głową. Na moment zabrakło mu słów. Po chwili to, że mógłby ”zrobić wyjątek” zalśniło dla mnie innym znaczeniem. Bez zbędnego namysłu, zapytałem:
- Masz ochotę zrezygnować?
Dima uśmiechnął się lekko, ale dostrzegałem w tym uśmiechu cień smutku.
- Nic nie rozumiesz. Nie widzisz, że to nie jest takie łatwe, jak ci się wydaje.
Chciałem z nim walczyć, zaprzeczać i udowadniać, że się myli. Zanim jednak zrobiłem którąkolwiek z tych rzeczy, poczułem, że położył swoją dłoń na mojej. Nie było to jedno z tych przelotnych, niby przypadkowych dotknięć, którymi obdarzał mnie od czasu do czasu. To było coś zupełnie nowego i odważniejszego niż do tej pory. W tamtej chwili nie zdołałem się nad tym zastanawiać. Byłem zupełnie zaabsorbowany dotykiem jego skóry i zatopiłem się w jego spojrzeniu. Rzecz tak banalna jak trzymanie się za ręce za tym pierwszym razem, gdy dotyka się pożądanej osoby, obudziła we mnie niesamowite odczucia. Pierwszy nasz tak intymny, a jednocześnie niewinny kontakt sprawił, że zatopiłem się zupełnie w tej chwili. Przez chwilę sunął palcami po mojej dłoni, a potem splótł się ze mną palcami. Uścisnąłem go i uśmiechnąłem się lekko. Byłem zarazem poruszony i ciekawy. Dima natomiast wydawał się niesamowicie skupiony i jakby lekko pijany. W pewnym momencie podźwignął się z klęczek i nachylił do mnie. Zanim jednak zdążył zrobić cokolwiek, rozległo się pukanie do drzwi. Poderwał się na równe nogi i o mało się nie przewrócił. Wziął głęboki oddech, spojrzał na mnie raz jeszcze i wymówił głośne i neutralne „proszę”.
Do pomieszczenia weszła dziewczyna służąca za pomoc kuchenną. Spojrzała najpierw na Dimę, a potem na moją zmaltretowaną postać. Na jej twarzy pojawił się taki wyraz, jakby zaczęła się zastanawiać czy Iwanowicz mnie tu nie torturował.
- Obiad jest gotowy. Czy podać go w salonie?
Dima zamrugał kilkakrotnie, jakby chcąc sobie przypomnieć co to jest obiad i w jakim salonie. 
- Tak, dobrze.
Kiedy kobieta wyszła,  odwrócił się z powrotem do mnie. Oparł dłonie na łokietnikach mojego krzesła.
- Na czym to skończyliśmy…?
Nieoczekiwana przerwa wybiła mnie z tego narkotycznego transu i zacząłem się zastanawiać, co właściwie dzieje się wokół mnie. Straciłem fason i miałem ochotę oddalić się stamtąd najszybciej jak to tylko możliwe.
- Poczekaj – spróbowałem go powstrzymać, kiedy nachylił się znowu do mnie.
Nie odsunął się jednak, tylko uśmiechnął drapieżnie.
- Na pewno tego chcesz?
Miał to do siebie, że im bardziej się orientował, jakie robi na mnie wrażenie, tym bardziej pewny siebie i bezkompromisowy się stawał. Chociaż był to dopiero początek, zaczął zdawać sobie sprawę, że trudno mi mu odmówić. Zbliżył się jeszcze trochę, tak, że czułem na sobie jego oddech. Moje serce znacznie przyspieszyło i znowu zacząłem odczuwać to rozkoszne, błogie omdlenie. Musnął moje wargi swoimi ustami, ciekaw reakcji. Zachłysnąłem się powietrzem, czując jak bardzo mnie to podnieca. Coś we mnie jednak krzyczało, że to jakaś anormalna sytuacja, że nie powinno się tak dziać, że coś takiego nigdy się nie wydarzyło do tej pory. Spuściłem wzrok i mruknąłem:
- Wypuść mnie. Muszę nad tym… pomyśleć.
- Nie masz nad czym myśleć. Widzę, że chcesz – szepnął i zaczął całować moją szyję.
Przymknąłem oczy, czując, że wzbudza we mnie pragnienie. Jednak mylił się. Nie chciałem tego. Mój świat ostatnio wywrócił się do góry nogami i ciągle jeszcze chwiał się w posadach. To nie był czas na takie eksperymenty. Był dla mnie ostatnim stabilnym elementem mojego życia i nie chciałem, żeby między nami działo się wtedy coś tak niestabilnego.
- Przepraszam. Nie – odparłem skonfundowany i odepchnąłem go, na tyle mocno, aby faktycznie się przesunął.
Wstałem i spojrzałem na niego. Ku mojemu zdziwieniu nie wyglądał na wściekłego czy rozczarowanego. Był raczej zadowolony. Ja natomiast czułem się tak skrępowany, że nie wiedziałem, gdzie podziać oczy.
- Muszę… wyjść – powiedziałem głupio i pokuśtykałem do drzwi. Obawiałem się odwrócić, żeby na niego spojrzeć. Miałem ochotę, żeby cała ta scena się nie wydarzyła. Nie chciałem nowych problemów i nowych ról. Chociaż w głębi duszy wiedziałem, że kocham go od dawna, nigdy dotąd nie przyznałem się do tego przed samym sobą. Nie zrobiłem tego również wtedy. Z ciężkim sercem zamknąłem za sobą drzwi.
Był to pierwszy raz, kiedy zrozumiałem, że go pragnę i ostatni raz, kiedy Dima zaproponował mi, że mogę zrezygnować. Chociaż w późniejszych latach błagałem go, żebym mógł odejść, nigdy mi na to nie pozwolił.

***

Nie poszedłem na obiad. Musiałem pobyć sam i naprawdę nad tym pomyśleć. Udałem się do swojego pokoju i ku mojej uldze Dima nie zakłócał mi spokoju. Po drodze poprosiłem służbę o jakieś środki na uśmierzenie bólu.
Chociaż podniecenie szybko minęło przez obawy, które pojawiły się w mojej głowie, chaos wcale się nie rozwiał. Gdy fizyczny ból zniknął dzięki tabletkom, skupiłem się już zupełnie na problemach duchowych. Chociaż nie wiem czy można to nazwać skupieniem. Po mojej głowie błąkało się tysiąc myśli. Kiedy przypominałem sobie jego dotyk i jego usta na moich, robiło to na mnie piorunujące wrażenie. Jednak za bardzo bałem się zaangażować. Nie chciałem go stracić, a wiedziałem, że może tak być, jeśli wyjdziemy poza ramy przyjaźni. Oprócz tego nigdy nie byłem w związku z mężczyzną. Na dobrą sprawę, nigdy nie byłem w żadnym prawdziwym, dojrzałym związku. Nie mogłem do takich zaliczyć przelotnych relacji z dziewczynami, które bardzo szybko zaczynały mnie nudzić jako ludzie i z którymi szybko się rozstawałem. Co ja do cholery wiedziałem o miłości? Chociaż zawsze wydawało mi się, że całkiem sporo, nagle okazywało się, że zupełnie nic. Miłość w moim przypadku była nieuchwytna. Zawsze pojawiał się jakiś ogień, jakiś sentyment, ale czy potrafiłem być z kimś i kochać kogoś tak naprawdę? Nie wiedziałem tego i bałem się, że nie. Zdawało mi się, że byłem chłodnym człowiekiem.
Westchnąłem, nie mogąc już wytrzymać ciągłego siedzenia w jednym miejscu. Doszedłem do wniosku, że sercowe niuanse nie powinny zakłócać moich podstawowych funkcji, więc postanowiłem w końcu się umyć. Poszedłem do łazienki, która była najbliżej i przygotowałem sobie kąpiel. Ściągnąłem ubranie i wszedłem do gorącej wody. Odprężyło mnie to po tym makabrycznie trudnym do zniesienia dniu. Najpierw pół dnia z ukraińska maszyna  do zabijania, a potem Dima wyskakuje z takim czymś. To było diametralnie za dużo jak na moje dwadzieścia jeden wiosen. Oparłem głowę na brzegu wanny. I co ja powinienem o tym myśleć? Jak powinienem się zachować? Dotknąłem swoich ust, wciąż czując na nich jego dotyk. Przestałem jednak prawie natychmiast. Nie. Nie chciałem zmian, jak ciekawe i pociągające by nie były. Niech wszystko zostanie tak jak do tej pory… przynajmniej na jakiś czas.

***

Dima stał przy wykresie i tłumaczył mi coś, co w tamtym momencie w ogóle do mnie nie docierało. Siedziałem przy jego biurku, żebym mógł sobie zapisywać  ważniejsze rzeczy. Jednak od jakiejś pół godziny nie podniosłem nawet długopisu. Chociaż przekazywał mi szczegóły całkowicie nie pociągającego inwestowania na giełdzie, co jakiś czas dostrzegałem jego spojrzenia przepełnione pragnieniem. Zupełnie wytracało mnie to z rytmu.
- Till.
- Till…?
- C-co?
Westchnął zrezygnowany.
 - Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – dopytywał się.
- Przepraszam. Możesz powtórzyć?
- No więc ostatnie obroty dotyczące…
- Chciałbym, żebyśmy o tym zapomnieli – wypaliłem nagle, wchodząc mu w słowo.
- O obrotach sesyjnych? – zapytał z lekkim uśmiechem, tak naprawdę zdając sobie sprawę, że chodzi o coś zupełnie innego.
Ignorując tę drobną złośliwość, brnąłem dalej.
- O tym, co wczoraj.
Dymitr westchnął przeciągle i usiadł naprzeciwko mnie.
- Dlaczego chcesz o tym zapomnieć? – zapytał.
Nie byłem wcale przygotowany na zgłębianie tematu. Nie wziąłem pod uwagę, że to przekorny człowiek i że nie przyjmie po prostu mojego postanowienia do wiadomości.
- Tak będzie lepiej – odpowiedziałem, nie patrząc mu w oczy.
- Porozmawiajmy o tym – zaproponował.
- Nie chcę o tym rozmawiać. Po prostu niech będzie między nami jak do tej pory. Nie chcę czegoś innego – na chwilę przesłoniłem sobie oczy dłonią, czując się bardzo niezręcznie.
- Zdradź mi powód – naciskał.
Westchnąłem głęboko i spróbowałem opanować drżenie głosu.
- Obawiam się, że będzie gorzej. Że potem może być gorzej niż jest teraz, normalnie – wytłumaczyłem, z trudem mówiąc o takich rzeczach. Ta lekkość w sprawach trudnych i wrodzona bezpośredniość nie były cechami, które z nim podzielałem.
- Może być też lepiej. Nawet dużo lepiej. Nie bierzesz tego pod uwagę? – zapytał z tajemniczym uśmiechem.
- To loteria – mruknąłem i zaśmiałem się nerwowo.
- A może rosyjska ruletka? – zasugerował, a jego uśmiech znacznie się poszerzył.
Zaśmiałem się na tę zabawną zbieżność.
- To tym bardziej przerażające.
Powolnie wstał z fotela. W jego oczach wciąż lśniło coś nieodgadnionego.  
- Przyjmę twoje warunki, Till. Ale tylko z jednego powodu.
Spojrzałem na niego zaciekawiony. Sam nie wiedziałem czy bardziej chcę czy bardziej się boję usłyszeć ten powód.
- Bo wiem, że jeszcze sam do mnie przyjdziesz – odparł lekko, ale pewnie.
Spuściłem wzrok, czując, że robi mi się gorąco.
- Póki co możemy o tym drobnym incydencie zapomnieć. I o giełdzie na dziś również możesz zapomnieć, lekcja skończona.
Spojrzałem na niego zdziwiony.
- Nie wierzę, że zapamiętałeś chociaż jedno zdanie z tego, co dziś powiedziałem.
Uśmiechnąłem się przepraszająco, nie mogąc ukryć, że ma rację.
- Ale nie myśl, że kolejnym razem ci daruję. Możesz już zacząć się przygotowywać psychicznie na jutrzejszą konfrontację z Jegorem.
Zrobiłem minę, która wyraziła mój „gromki entuzjazm” na to spotkanie. Nie poskarżyłem się jednak. Nie skarżyłem się nigdy.
- Ciekaw jestem, czy jutro też mnie obtłucze jak worek treningowy – odparłem, z ulgą przyjmując tę zmianę tematu.
- Jeszcze cię boli po wczoraj? – zapytał.
- Tak. Ale od kiedy rozpoczął mnie uczyć walki wręcz, wszystko boli mnie niemal codziennie, więc czułbym się nieswojo, gdyby mnie nic nie bolało.
Dima roześmiał się szczerze na ten rozbrajający komentarz.
- Kiedy zaczęliście? – zapytał zaciekawiony.
- To będzie już… trzeci tydzień – odparłem, licząc w myślach.
- Trzeci tydzień… - powtórzył w zamyśleniu. – W sumie jesteś tu już miesiąc.
Skinąłem głową. Czas leciał mi bardzo szybko, zapewne dlatego, że miałem go niewiele tylko dla siebie. Po treningach z Jegorem nie wystarczało mi już siły na nic, natomiast po zajęciach z Dimą zwykle uczyłem się tego, co powiedział mi w dany dzień. Dima zwykł dużo pracować, telefonować i wyjeżdżać. Pozornie wydawał się być zwykłym biznesmenem, jak sam niedawno siebie określił. Wiedziałem jednak, że pod przykrywką telefonów i spotkań czai się rozlew krwi, a biurowa praca opierała się na obliczaniu i planowaniu gospodarczych przekrętów. Jeszcze nie angażował mnie w same źródło tego wszystkiego, ale zdawałem sobie sprawę, że kiedyś przyjdzie na to czas.
- Pójdę już – odparłem, wstając.
- Czekaj – zatrzymał mnie przed wyjściem. – Chciałbyś wybrać się do teatru? Dawno nie byłeś.
- A gdzie chciałbyś iść? – zapytałem.
- Niestety ja weekend mam zajęty. Ale mam darmowy bilet na „Fausta”, jeśli chcesz.
Poczułem się trochę rozczarowany, że nie pójdzie ze mną. Jednak z drugiej strony może to i lepiej po ostatnich wydarzeniach, pomyślałem.
- O, ojczysta klasyka tutaj. Jak miło – odparłem z uśmiechem.
- Rozumiem, że to znaczy „tak” – wyciągnął z szuflady bilet i wręczył mi go.
Przeczytałem na nim: niedziela godzina 20.00
- A gdzie ty się wtedy wybierasz? – zapytałem.
- Interesy do załatwienia. Sołncewo pozwala sobie na zbyt wiele. Należy coś z tym zrobić.
Pokiwałem głową, ale nie pytałem o więcej.  Wtedy to jeszcze nie był mój świat. Do pewnego dnia, kiedy poznałem ludzi, z którymi Iwanowicz owe interesy prowadził.

Ów dzień nadszedł jakieś dwa tygodnie później. Do tego czasu nic nadzwyczajnego w moim życiu się nie wydarzyło. Wciąż żyłem, przestrzegając mojego programu zajęć. Z przyjemnością wybrałem się na „Fausta”, ciesząc się, że znowu mogę uczestniczyć w życiu kulturalnym. Wystrój wnętrza i obsada były wyborne, a teatr z pewnością jeden z droższych w Moskwie. Przez ten czas wraz z Dimą przeszliśmy z powrotem do normalnych relacji. Po jakimś tygodniu mogłem już odzywać się do niego bez skrępowania. Ten krok w tył okazał się zaskakująco łatwy. Zdawałem sobie jednak sprawę, że nie byłby taki, gdyby doszło między nami do czegoś więcej. Treningi natomiast były tak samo trudne do zniesienia jak zawsze, ale zauważyłem drobną zmianę w sobie. Gdy rozbierałem się wieczorem przed kąpielą, dostrzegałem, że moja sylwetka zaczyna się zmieniać. Moje ramiona stały się szersze, a pod skórą rysowały się mięśnie. Nigdy nie byłem gruby, jednak teraz jakikolwiek nadmiar ciała zniknął na rzecz nowej rzeźby. Ucieszyło mnie to, jednak nie pod wizualnym względem. Skoro powiększały mi się mięśnie, oznaczało to, że staję się silniejszy, co pozwoli mi lepiej stawiać czoła wyzwaniom wymyślonym przez Jegora. To dodało mi otuchy. Pomyślałem, że bycie dobrym wymaga tylko pracy i czasu, ale nie jest niemożliwe do osiągnięcia.
Tym byłem zajęty zanim dowiedziałem się o spotkaniu.

Dima leżał rozłożony na sofie jak zadowolony kot. Appropo, Grieta patrzyła na niego z wyrzutem, że zajął miejsce, na którym chciała się położyć. Miauknęła, a raczej wydała z siebie dźwięk, który przypominał wyjątkowo brzydkie skrzypienie. Dima nachylił się, podniósł ją i położył na swoim brzuchu.
- Klatka piersiowa ci się zapadnie – odparłem z krzesła.
Piłem akurat wino, bardzo dobre, drogie i mocne. Jako, że tego dnia niewiele zjadłem, lekkie skutki już zaczynały być widoczne. Mroczyło mnie trochę, jednak w odprężający i przyjemny sposób.
- To tylko siedem kilo. Nie rób ze mnie emeryta.
- No tak, przepraszam. Zapomniałem, że też miałeś do czynienia z Jegorem. Dzisiaj  położył na mnie jakieś sto kilo.
Dima zaśmiał się, co rozzłościło Grietę, która miała przez to niechciane turbulencje. Położyła mu łapę na twarzy, prawie wsadzając mu ją do oka. Dima przymknął powiekę i odezwał się do mnie rozbawiony.
- Co on ci robił?
- Stanął na mnie.
- O,o. O takich jego metodach jeszcze nie słyszałem. A wytłumaczył ci w jakim celu?
Nalałem sobie więcej wina. Spojrzałem przelotnie na Dymitra. Próbował posadzić Grietę, żeby przestała po nim chodzić. Raczej nie miał nic przeciwko, że opróżniłem pół butelki. Upiłem duży łyk słodkiego napoju.
- Ooch, nie chuchaj na mnie… Litości! O fe!
Znów podniosłem na niego wzrok. Grieta chyba musiała przed chwila ziewnąć. Tym razem ja się zaśmiałem. Dima był w jednym z tych swoich luźnych, głupawych nastrojów. Tutaj nie zdarzało mu się to tak często jak w Hamburgu, ale czasem jeszcze miewał takie momenty.
- Czemu nie usadzisz jej na fotelu? – zapytałem.
- Jest dorosła. Sama wie, gdzie chce siedzieć. Nie?
Grieta spojrzała na niego w zastanowieniu. Kiedy uznała, że jej „łóżko” w końcu przestało się poruszać, usadowiła się wygodnie i zamknęła oczy.
- No więc – kontynuował. – Co z Jegorem?
- Powiedział, że to miało na celu przygotować mnie na ekstremalne, nieoczekiwane sytuacje.
Stłumił śmiech, żeby kotka sobie nie poszła.
- Żartów mu się zachciewa.
Przypomniałem sobie jakie to było uczucie, gdy sto kilo (lub więcej) Jegora stanęło sobie na moim brzuchu.
- Jesteś pewien, że ten człowiek skrycie nie zamierza mnie zabić? Może to jakiś spisek?
Dima pokręcił głową.
- Nie obawiaj się. Wciąż nie odniosłeś żadnych szkód, a pracujecie z sobą już sporo czasu. On wie, co robi – zapewnił mnie.
Zamyśliłem się nad Jegorem. Nagle drgnąłem, gdy przypomniałem sobie ich ostatnią rozmowę. Poczułem potrzebę, żeby zadać Dimie pytanie.
- Wiesz, prawie zapomniałem już, dlaczego wyjechałeś. Czy gdybyś znalazł inne wyjście… nie wyjeżdżałbyś?
Iwanowicz westchnął, najwyraźniej nie mając ochoty na takie poważne tematy. Również przeżył dziś męczący dzień. Mimo to podjął rozmowę.
- Pewnie, że nie. Nie chciałem zostawiać ani ciebie, ani matki. Oprócz tego wyjeżdżałem zupełnie w nieznane. Nie miałem pojęcia, że w Moskwie zaangażuję się w coś takiego.
Zastukałem palcami o blat. Oparłem twarz na dłoni i czekałem, aż będzie kontynuował.
- Gdyby matka miała więcej pieniędzy… - westchnął przeciągle, a jego oczy zaszły mgłą. Myślami wrócił do czasów, gdy wciąż był niewinnym, niedoświadczonym młodzikiem, który niewiele wiedział o świecie.
- Nie tłumaczyłeś mi wtedy zbyt dokładnie, co się stało – rzuciłem, czekając teraz na jakieś wyjaśnienia.
- A co miałem powiedzieć? Że nie ma już pieniędzy na dwóch i muszę się wynieść? Nie było mi wtedy łatwo, Till. Nie chciałem ci tego pokazać, ale czułem się przerażony. Nigdy w życiu nie byłem w wielkim mieście, a tym bardziej skazany tylko na siebie.
Patrzyłem na niego uważnie. Teraz mówił o tym tak otwarcie. Od tamtych chwil minęło już wiele lat.
- Dlaczego właściwie… - urwałem, nagle zastanawiając się, czy powinienem zadać to pytanie. Po chwili jednak zdecydowałem się. – Dlaczego nagle zabrakło wam pieniędzy? Przecież wcześniej… nie było aż tak źle.
- Ojciec przestał wysyłać jej pieniądze. A ile sama mogła zarobić na wyszywaniu tych cholernych serwetek i obrusów? Nikt z nas nie wiedział, co się z nim stało. Może gdzieś zginął.
Drgnąłem, słysząc takie ostre słowa. Nie powinienem się jednak dziwić. Nigdy w swoim życiu nie widział ojca. Był dla niego obcym, obojętnym człowiekiem. Tak samo jego życie czy śmierć były mu całkowicie obojętne.
- Jak to właściwie się zaczęło? To, że znalazłeś się tutaj?
Podźwignął się trochę, co sprawiło, że kot uciekł. Wtedy usiadł, jakby nie miał ochoty opowiadać o tym na leżąco.
- Na początku było całkiem normalnie. Zacząłem pracować na budowie. Dzięki temu zarabiałem trochę pieniędzy, a dodatkowo miałem ostatnie oszczędności matki, które wręczyła mi na pożegnanie. Dało się przeżyć, a zawsze i jakiś dach nad głową się znalazł. Ale moje szczęście szybko się skończyło. Projekt splajtował, a ja straciłem pracę. Nie wiem, co się stało. Sponsor budowli wyjechał czy może zrezygnował. Potem nie znalazłem już żadnej pracy. Moskwa to wielkie miasto, a ja byłem szczeniakiem bez żadnych zawodowych umiejętności czy wykształcenia. Pieniądze jakie jeszcze miałem rozpływały się w powietrzu. To był straszny czas. Jadłem raz dziennie, żeby pieniędzy starczyło na dłużej. I trwało to przez pewien okres. Potem nie miałem nawet na tyle, żeby się gdzieś przespać. Byłem zrozpaczony. Nie było pieniędzy ani na nocleg, ani na powrót do matki. Nawet na jedzenie zaczynało brakować. Czułem się jak idiota, wiesz? Naopowiadałem matce, że wyjadę w świat, zarobię pieniądze i będę jej pomagał. Karmiłem ją tym tak długo, że w końcu i ona uwierzyła w tą fatamorganę. A wszystko dlatego, że Siergiejowi się udało. Pamiętasz Siergieja?
Skinąłem głową. Siergiej był młodym, bardzo chudym chłopakiem, który także wyjechał z biednego domu do jakiegoś wielkiego miasta. Przyjęli go do kopalni i faktycznie powodziło mu się zupełnie nieźle. Któregoś dnia wrócił, z kieszeniami pełnymi pieniędzy i głową pełną fantastycznych opowieści.
- Nie miałem już co ze sobą zrobić. Poszedłem do jakiejś speluny i spiłem się w trupa. Tam spotkałem pewnego człowieka, który zawsze lubił sobie wypić. Traf chciał, że usiadł wtedy obok mnie. A jak wiesz, pijani ludzie przy barze zawsze lubią zagadywać innych pijanych ludzi przy barze. Zapytał mnie, czemu piję i czy jakaś panienka mnie zostawiła. Byłem młody i miał pewność, że chodzi o sprawę tego rodzaju. Gdy usłyszał moją historię, niemało się zdziwił. Tak, był zaszokowany, pijany i dzięki temu może trochę wzruszony. Zaproponował mi, że mogę przenocować u niego. Zgodziłem się, a potem zostałem u niego na długo. Tak rozpoczęły się moje powiązania z mafią.
Słuchałem tego wszystkiego z przejęciem. Brzmiało naprawdę niesamowicie. A Dima mówił o tym w tak zwyczajny, naturalny sposób, jakby relacjonował jaki ma na jutro plan dnia. Zanim jednak zapytałem o coś jeszcze, Dima wstał.
- Wystarczy tego wspominania. Myślę, że zaspokoiłem twoją ciekawość.
Czemu dość? Miałem ochotę posłuchać jeszcze. Chciałem się dowiedzieć, jak  ów człowiek zaangażował Dimę w przestępczość, jakie były jego początki. Ale Dymitr stracił chęć na snucie opowieści. Z doświadczenia wiedziałem, że wspominanie nigdy nie było dla słuchacza interesujące, gdy mówcę się do tego zmuszało. Nie naciskałem więc i bez słowa przyglądałem się jak Dima nalewa sobie wina.
- Żałujesz tego, że sprawy tak się potoczyły? To znaczy… Załóżmy, że byłaby inna alternatywa.
Skrzywił się lekko.
- Nie. Czego miałbym żałować, Till? Mam cię przy sobie, dysponuję mnóstwem pieniędzy, a matka dostaje kilka tysięcy na miesiąc.
Zmarszczyłem brwi. Dostrzegałem wtedy jakąś ciemną rysę na tym wspaniałym finale, jednak wtedy jeszcze nie potrafiłem jej nazwać i określić.
- Wracając do teraźniejszości, muszę ci o czymś powiedzieć – zaczął.
Pytająco uniosłem brwi. Nie spodziewałem się jakichś rewelacyjnych informacji, jednak nieco się pomyliłem.
- Za trzy dni odbędzie się tu pewne spotkanie. Ludzie, z którymi pracuję przyjadą i będziemy… - przerwał na chwilę, zastanawiając się jak dobrać słowa.
- Prowadzić interesy? – podsunąłem mu.
- Właśnie – uśmiechnął się, zadowolony, że tak płynnie czytam mu w myślach. – Chcę, żebyś brał w tym udział.
Zaskoczony drgnąłem, tak, że moje krzesło aż  skrzypnęło.
- Jak to? Przecież ja… w ogóle się na tym nie znam. I oni… nie znają mnie – próbowałem protestować.
Jednak kiedy Dima używał czasownika „chcieć” w pierwszej osobie lub posługiwał się trybem rozkazującym, nie było żadnego odwołania czy pardonu. Krótko mówiąc, nie miałem wyboru.
- Będziesz tam obecny, Till. Masz już jakieś podstawowe pojęcie o interesach. Z resztą, będziemy też zajmować się tym cholernym Sołncewem i planować nasze następne kroki. To nie są ludzie, którzy skończyli kilka fakultetów, Till. Tylko tacy, którzy mają łeb na karku. To znaczy, póki co – uśmiechnął się na zabawną dla niego dwuznaczność tego określenia.
Wykrzywiłem się, niezadowolony.
- Nie chcę… - starałem się wykręcić. W moich oczach coś takiego zupełnie mnie przerastało. Jak ci ludzie zareagują na moją obecność? Czy nie będą ze mnie szydzić jak Jegor? Czy będą próbowali się dowiedzieć ile wiem…? Miałem okropne wątpliwości.
- Nie pytam cię czy chcesz. Po prostu tam pójdziesz.
Drgnąłem. Pierwszy raz zwrócił się do mnie w taki sposób. Widząc moje zdziwienie, odparł:
- Są rzeczy, na które możesz nie mieć ochoty lub na które mogę przymknąć oko. Ale nie zapominaj o tym, że oprócz tego, że jestem twoim przyjacielem, jestem też twoim nauczycielem.
Zrobiło mi się nieprzyjemnie.
- Czy to znaczy, że gdybym ci powiedział, że nie mam ochoty na treningi z Jegorem, też byś mnie zmusił? – zapytałem.
- Tak, to chyba jasne? Sam dokonałeś tego wyboru. Do tego cię nie zmusiłem.
Zacisnąłem zęby. W duchu musiałem przyznać mu rację. Co jednak z tą sytuacją, gdy proponował mi, że mogę zrezygnować…? Czyżby to była tylko chwila słabości? Zostało mi przyjąć, że tak. Wyglądałem wtedy naprawdę żałośnie i najwyraźniej szarpnęły nim emocje. Tak naprawdę raczej nigdy by ze mnie nie zrezygnował.
- Nie będzie źle – odparł nieco łagodniej i dotknął mojego ramienia. – Nie wypadnie tak, że wziąłeś się z księżyca. Każdy wie, że mam wychowanka od pewnego niemieckiego biznesmena. Teraz tylko zobaczą cię na żywo.
Niemrawo pokiwałem głową. Mogłem się z nim kłócić, ale nie chciałem z nim walczyć. Poza tym, pomimo niechęci, kiedyś musiałem zostać częścią tego światka.

***

Plan był taki, że znajdę się na miejscu przed wspólnikami Dimy. Uznał, że oszczędzi mi to zbędnego stresu. Osobiście mi także bardziej odpowiadało to wyjście. Nie chciałem wejść do pomieszczenia ostatni i dotrzeć do siedzenia z oczami wszystkich utkwionych we mnie. Znałem naturę ludzką i wiedziałem, że bez względu na to czy chodzi o przestępcę czy piekarza, każdy człowiek był ciekawski. Nie liczyłem nawet na to, że praktycznie nie zostanę zauważony.
Niestety, plan nie przebiegł tak pomyślnie, jak to wcześniej omówiliśmy. Tego dnia wyszedłem na zakupy. Obliczyłem czas względnie dobrze, ale roztargnienie sprawiło, że w drodze powrotnej wsiadłem do niewłaściwego autobusu. Gdy tylko się zorientowałem, wysiadłem na najbliższym przystanku. Niestety, pech chciał, że mój właściwy autobus jechał dopiero za godzinę. Wiedziałem, że w żadnym wypadku już nie zdążę na umówiony czas. Przeklinałem siebie w duchu i nerwy zaczynały nie dawać mi spokoju. Chodziłem po przystanku tam i z powrotem, jednak to w żaden sposób nie spowalniało upływu czasu. Żeby było gorzej, nie wziąłem ze sobą telefonu. Nie mogłem w żaden sposób dać znać, że się spóźnię. Ta sytuacja nie mogła już okazać się jeszcze gorsza. Czułem jak wszystkie wnętrzności skręcają mi się ze stresu. Ostatecznie to nie byli Japończycy. Nikt nie znienawidzi mnie za takie nieeleganckie spóźnienie. Ale wiedziałem, że tym nieoczekiwanym posunięciem z pewnością wzbudzę zainteresowanie wszystkich, wbrew moim zamiarom.
W końcu znalazłem się na miejscu. Szybkim krokiem, prawie biegiem dotarłem do rezydencji. Na całe szczęście zapamiętałem, w którym pomieszczeniu miało odbyć się zebranie. Postałem chwilę pod drzwiami, aby uspokoić oddech i wszedłem. Jak za jakimś magicznym sposobem, rozmowa w pokoju się urwała i oczy wszystkich zwróciły się w moją stronę. Przełknąłem ślinę i odparłem:
- Przepraszam za spóźnienie. Coś… mnie po drodze zatrzymało.
Ludzie siedzieli przy dość dużym, drewnianym stole. Wciąż pili kawę czy herbatę, co świadczyło o tym, że nie spóźniłem się aż tak bardzo. Na trunki mocniejsze zawsze przychodził czas nieco później. Wbrew moim przypuszczeniom nie było ich aż tak wielu. Oprócz Dimy dopatrzyłem się tylko czterech osób.
- To jest Lohengrin – przedstawił mnie Dima. Jego głos był oschły. Po jego spojrzeniu rozpoznałem, że jest rozdrażniony przez to, że się spóźniłem. – Siadaj – dodał za moment.
Chwila, w której dochodziłem do stołu była jedną z najdłuższych w moim życiu. Nikt nie odezwał się ani słowem. Jedynym dźwiękiem jaki się rozlegał był odgłos moich kroków. Starałem się nie okazać zdenerwowania i zająłem wolne krzesło. Skrzywiłem się, gdy skrzypnęło cicho, jeszcze bardziej kontrastując z ciszą.
- Rozumie dobrze po rosyjsku? – odezwał się ktoś.
- Jak po niemiecku – odpowiedział Dymitr. – Myślę, że możemy kontynuować.
Nieco się rozluźniłem na to zdanie. Wreszcie skupią się na czymś innym niż na mnie, pomyślałem. Rozmowa znowu powróciła do punktu, w którym została urwana, a ja wsłuchałem się jej w treść i zacząłem obserwować ludzi, z którymi miałem wkrótce zacząć współpracować.




Rozdział siódmy


7. Moskwa

Tej nocy miałem dziwny sen. Śniło mi się, że szedłem przez jakiś las, ciągnąc za sobą łódź. Sznur obcierał mi dłonie, a ciężar powodował przemożny ból barków i ramienia. Pomimo tego nie zostawiłem łodzi, tylko wciąż uparcie ciągnąłem ją za sobą. W jakim celu? Tego niestety nie wiem i pamięć mi podpowiada, że we śnie również tego nie wiedziałem. Wyglądało to zupełnie tak, jakbym spełniał to zadanie dla kogoś, nie dowiedziawszy się, dlaczego to robię i dokąd właściwie zmierzam. Wciąż mogę dokładnie poczuć smak bólu i roztargnienia, które towarzyszyły mi w tym śnie. Tak jakby był jakiś sens, aby to zapamiętywać. Szedłem po piasku i po kamieniach, wolno i z trudem stawiając każdy kolejny krok. Co jakiś czas rozglądałem się dookoła siebie, jakby w poszukiwaniu czegoś. I wydawało mi się, że niewzruszona, czarna ściana lasu co jakiś czas drga i faluje, a coś wygląda z za niej. Tak, coś podpowiadało mi, że nie byłem tam sam. Kto więc mnie obserwował? Wróg czy przyjaciel? Jeśli przyjaciel, czemu się nie ujawniał? Ocierałem akurat pot z czoła, kiedy podniosłem wzrok i uchwyciłem spojrzenie przebłyskujące z za ponurych drzew…
- Till, siódma.
Głos Dimy przerwał mi mój sen. Wolno powracałem do rzeczywistości, z niechęcią opuszczając tę zagadkową sytuację. Skwitowałem jego ponaglenia kilkoma mruknięciami i zakryłem się mocniej kołdrą. Niestety, chwilę potem została mi ona brutalnie odebrana.
- Jegor nie będzie czekał. A jeśli mu każesz, to nie zdarzy się nic przyjemnego.
Imię „Jegor” wywołało we mnie bolesny skurcz, i wszystkie moje mięśnie jak na zawołanie się odezwały.
- Co…? Czemu… Ja nie wchodziłem do łóżka – zacząłem się zastanawiać, wstając. 
Syknąłem, zaciskając zęby. Przy podnoszeniu się mój brzuch zabolał mnie okrutnie. Wraz z odzyskiwaniem świadomości, ból stawał się coraz bardziej wyraźny i palił mnie żywym ogniem.
- Zasnąłeś przy stole. Uznałem, że pieprzyć tę kąpiel i zaniosłem cię do łóżka.
Drgnąłem. Zauważyłem, że mam na sobie piżamę, co wskazywało no to, że… Cholera.
- Ubranie wczoraj wsadziłem do pralki. Biegówki już załatwione, są w plecaku.
Zmarszczyłem brwi. Coś mi się tu nie zgadzało.
- Zaraz… to znaczy, że spałem całe popołudnie i całą noc?
Pokiwał głową.
Chciałem już coś powiedzieć na ten temat, kiedy mój skołatany umysł uzmysłowił sobie jedną, dość oczywistą sprawę. O… o kurwa.
- Dima… czy dziś mnie czeka na tym treningu to samo co wczoraj? – zapytałem pozbawionym nadziei głosem.
Spojrzał na mnie gorzko i przez chwilę się nie odzywał. To mi już w pełni wystarczyło za odpowiedź, ale po chwili dodał jeszcze:
- To zależy od Jegora. Ale nie spodziewaj się luzów.
Wykrzywiłem ironicznie usta, na znak, że tego nie musiał mi mówić.
- Przywykniesz do tego. Tylko staraj się tego nie znienawidzić.
Rzucił mi pokrzepiające spojrzenie i chciał już wyjść, ale zatrzymałem go przy drzwiach.
- Hej…
Odwrócił się, oczekując na moje dalsze słowa.
- Czy ty też… przez to przechodziłeś?
To pytanie go zaskoczyło. Przez chwilę starał się wypatrzeć w moich oczach, co mną powodowało. Odnalazł tylko czystą ciekawość.
- Tak… - odpowiedział po chwili zamyślenia. – I uczyła mnie ta sama osoba, co ciebie.
Spojrzałem na niego zupełnie zaskoczony. Nigdy bym się tego nie spodziewał… Zaśmiał się, widząc jak bardzo jestem zdziwiony.
- Co ty myślałeś, Till? Że jak tylko mnie zobaczyli, zostałem bossem? Na początku wcale tego nie planowałem… Ale nie mamy teraz czasu na pogawędki. Do zobaczenia.
Uniosłem dłoń na pożegnanie. Wstałem z łóżka i syknąłem z bólu.  Moje stopy wyglądały okropnie. Jeśli Jegor każe mi znowu biegać, tym razem chyba tego nie przeżyję.  Dokuśtykałem do łazienki i odnalazłem plastry. Niewiele mi pomogły, ale miałem nadzieję, że przynajmniej zabezpieczą przed kolejnymi obtarciami. Wykonałem wszystkie poranne czynności z uczuciem goryczy i przerażenia przed dzisiejszym porankiem. „Postaraj się tego nie znienawidzić”. Tak… Łatwo powiedzieć.

***

- Drogi panie Lohengrin… - usłyszałem ironiczne, nazbyt mile wypowiadane słowa. – Co pan tak kuleje? Czyżby pana nogi bolały?
Wykrzywiłem twarz i już chciałem powiedzieć „Mi też pana miło widzieć”, ale w porę ugryzłem się w język. Złośliwe szczekanie skończyłoby się dla mnie w opłakany sposób, tego byłem pewien.
- I pan się trzęsie. Zastanawia mnie… czy to z zimna czy może… ze strachu?
Chociaż jak na ten miesiąc było wyjątkowo ciepło, cienkie ubranie nie zapewniało mi najwyższego komfortu. Wiedziałem, że do południa z pewnością jeszcze się ociepli, ale ja, jak na złość, treningi miałem wcześnie rano.
- Zaraz się rozgrzejesz, mogę ci to obiecać.
Nie widziałem potrzeby, aby mu odpowiadać, jednak w duchu zawyłem z rozpaczy.
- Chodź za mną – polecił mi.
Wpatrując się w plecy Jegora, które zasłaniały cały widok przede mną, gorączkowo rozmyślałem. Co też wymyślił dla mnie na dzisiaj i czy zdołam to przeżyć…? Wszystkie moje wnętrzności drgały z nerwów. Nie wiedziałem, czy wolałbym już usłyszeć co mnie czeka czy też pozostawać w słodkiej nieświadomości. Bez względu na moje widzimisię, wkrótce dotarliśmy do celu. Znajdowaliśmy się nad dość niskim pagórkiem. Przez moją głowę przeszła myśl, ze Jegor chyba zdecydowanie preferuje wykorzystywanie naturalnego terenu niż jakichś specjalistycznych sprzętów. Niestety domyślałem się polecenia…
- Biegniemy na dół. Wykonujesz moje rozkazy, a potem biegniemy na górę. Zrozumiałeś, syneczku?
- Tak – odparłem bez entuzjazmu.
Rzuciłem górce rozpaczliwe spojrzenie, zastanawiając się jak będę ćwiczyć z takimi zakwasami i odtartymi nogami. Czy znowu potrwa to cztery godziny? Miałem ochotę o to zapytać, ale uznałem, że to nienajlepszy pomysł.
- Zaczynamy! – rozległ się jego zdecydowany głos.
Razem puściliśmy się biegiem z pagórka.
- Dwadzieścia pompek.
Przybrałem pozycję i zacząłem ćwiczyć. Jegor, pomimo tego, że ćwiczył ze mną, nie spuszczał ze mnie krytycznego spojrzenia. Po moich czterech pompkach, stwierdził:
- Co to ma być, Lohengrin? Kazałem ci robić pompki, a nie symulować stosunek seksualny! Czyżby z twoim rosyjskim nie było najlepiej?
Zazgrzytałem zębami na tę kpiącą uwagę, ale niestety nie mogłem wiele zmienić.
- Cholera jasna, obniż ten tyłek! – warknął zirytowany.
 Ze strachem zauważyłem, że Jegor się podnosi. Poczułem, że naciska na mnie swoim butem, mechanicznie „obniżając mi tyłek”. Potem pochylił się, poprawił mi ręce i zlustrował mnie wzrokiem.
- Nogi szerzej. Powinno być wtedy łatwiej. Dobra, rób.
Obsunąłem się do ziemi, jednak wrócenie do wyjściowej pozycji przyszło mi  z pewnym trudem. Przy piątej opadłem na swój tors, a kolejne wykonywałem tylko do połowy.
- Ja się, Boże, załamię. Przysyłają mi gościa, który nie umie zrobić jednej profesjonalnej pompki!
- Sta…ram się… - wydusiłem z siebie.
- Posłuchaj sobie, Lohengrin. Dopóki nie starasz się tak, że wychodzi w stu procentach, znaczy, że starasz się za mało. Taka zasada panuje u mnie i radzę ci ją szybko przyswoić. A teraz jazda, bo siądę ci na plecach i zobaczymy jak wtedy będziesz pompować!
Ta uwaga znacznie mnie zmotywowała i napędzany wizją, w której jestem przygnieciony przez jakieś sto dwadzieścia kilo, ćwiczyłem z niezmordowanym zapałem.
Najbardziej męczące i piekielnie uciążliwie okazały się podbiegi pod górkę. Co jednak mogłem zrobić? Zatrzymywałem się i potykałem, za co zostawałem gromko zbesztany, ale nie mogłem przerwać. Wszystkie wnętrzności piekły mnie tak bardzo, że miałem ochotę się popłakać, ale zagryzłem zęby i jakoś dawałem radę. Po półgodzinie, Jegor oświadczył:
- Teraz zmienimy miejsce. Z treningiem fizycznym na dziś koniec. Zajmiemy się czymś innym.
Spojrzałem na niego zdziwiony. Parsknął na ten widok.
- Co się tak gapisz? Jak cię wykończę do tego stopnia, że będziesz w stanie się już tylko czołgać, nie pozostanie wiele możliwości treningu… Co prawda czołganie rozwinęłoby mięśnie przedramion… Cóż… może jednak o tym pomyślę.
- Może jednak chodźmy – zaproponowałem gorliwie.
Byłem niezwykle zadowolony, że będę jednak w stanie dotrzeć do domu na dwóch kończynach. Nie przejęło mnie nawet pogardliwe spojrzenie, które mi posłał w odpowiedzi na mój komentarz.
- Co będziemy robić? – odważyłem się zapytać.
- Nauczę cię strzelać.

***

Czułem się dziwnie z ciężarem pistoletu w swojej dłoni. Był chłodny i sporo ważył. Wpatrywałem się w niego z zaciekawieniem, z trudem pojmując obecną sytuację.
- Ten model powinien być dobry na początek. W najbliższym czasie spróbujemy także z karabinami, jednak… W twoim przypadku praktyczniej będzie skupić się na pistoletach.
Podniosłem wzrok, mierząc odległość ze swojej obecnej pozycji do tarczy zawieszonej na drzewie.
- Będziesz próbował ze stania, leżenia i pozycji klęczącej. Nie ma sensu cię pytać czy kiedyś strzelałeś, co? – zapytał sceptycznie.
Posłałem mu jednoznaczne spojrzenie, które powiedziało mu więcej niż jakiekolwiek słowa.  Przewrócił oczami, ale nie skomentował tego.
- No, możemy zaczynać.
Wbiłem spojrzenie w jego potężną sylwetkę, starając się stanąć w ten sam sposób. Potem dźwignąłem broń, przymierzając się do wystrzału. Czekałem właśnie na polecenia i wskazówki, ale Jegor, ku mojemu zdziwieniu, odezwał się na zupełnie inny temat.
- Lohengrin… Dlaczego właściwie twój ojciec cię tu przysłał?
Poczułem, że moje serce podskoczyło gwałtownie, a ja sam drgnąłem nerwowo. Nie pozwoliłem jednak, aby moja twarz mnie zdradziła. Odpowiedź musiała być szybka i brzmieć naturalnie.
- Nie rozumiem, co pan ma na myśli… Przecież pan Iwanowicz wyjaśniał… - zacząłem lekkim tonem, ale Jegor, ku mojemu niezadowoleniu, przerwał mi.
- Iwanowicz, Iwanowicz – machnął lekceważąco ręką. – Nie rób ze mnie idioty, synku. Wiem, w jakim celu tu jesteś. Ale czemu ojciec się na to zdecydował? Nie wiem, jak ci to wytłumaczyć, Lohengrin… Po prostu wyglądasz tutaj jakbyś był zupełnie nie na miejscu. Ty i ten świat. To wszystko zakrawa na jakąś farsę.
Przełknąłem ślinę, zbierając całą swoją silną wolę, aby niczego nie dać po sobie poznać. Wiedziałem, że to się nie uda… Że argumenty Dimy są za słabe, za mocno naciągane, ale… Musiałem coś już powiedzieć. Teraz, natychmiast.
- Hmm – wydałem z siebie, udając, że się zastanawiam. W jednej chwili moje odczucia zupełnie się odmieniły. Odrzuciłem strach i z aktorską, nie przesadzoną krasą, zacząłem przedstawienie. Przeniosłem pewne spojrzenie na twarz Jegora, tracąc zainteresowanie tarczą.
- Wie pan, jak to jest – powiedziałem. – Rodzice często pokładają w dzieciach swoje niespełnione nadzieje. Tak chyba jest również w moim przypadku. Ojciec chce żebym został kimś wielkim. On sam… handluje nielegalnym towarem i zarabia na tym mnóstwo pieniędzy w Niemczech. Ale jest jednym z wielu, nic specjalnego z większej perspektywy… Chce, żeby ze mną było inaczej i pokłada w Iwanowiczu duże nadzieje. Wie, że to nie byle kto – zakończyłem.
Rzuciłem mu mniej oficjalne niż zwykle spojrzenie, może nawet trochę zbyt poufale. Jegor się roześmiał i rzucił:
- Co za żałosna sprawa. Niespełniony ojciec chce zrobić z ciebie super gangstera, bo samemu mu się nie udało… Jakie to mierne i typowe. To niezbyt szczęśliwa dla ciebie sytuacja, co Lohengrin?
Wzruszyłem tylko ramionami i przybrałem jedną z min o treści „cóż poradzić, takie życie”. Zauważyłem, że Jegor zupełnie mi uwierzył. Zachowałem się naturalnie i wiarygodnie, czemu więc miałby nie dać wiary moim słowom? Był to początek pogrążania się w machinie kłamstwa. Początek zanurzania się w niej po pas, po szyję, po czubek głowy.
- No już, do roboty. Rób to co ja. Tak, dobrze, ręce trochę wyżej. Głowa nie tak nisko. Noga trochę bliżej. Strzelaj.
Okazało się, że naciśnięcie spustu nie było taką prostą sztuką. Należało mocno docisnąć. Rzecz jasna, za pierwszym razem nie trafiłem, podczas gdy Jegor trafił w sam środek. Za trzecim przebiłem tarczę w połowie. A był to dopiero początek lekcji. Pod koniec moje palce były już mocno obolałe i prawie tak samo obtarte jak w moim śnie.

***

Po tym jak Jegor miłosiernie pozwolił mi wracać do rezydencji, postanowiłem przejść się po mieście. Nie miałem ani ustalonego planu, ani nie wiedziałem, co właściwie chciałbym zobaczyć. Postanowiłem iść po prostu tam, gdzie nogi mnie poniosą, jak już często robiłem.
Pierwszym interesującym punktem podczas mojej wycieczki, był Ogród Aleksandryjski. Właściwie dotarłem tam przypadkowo, idąc wzdłuż murów moskiewskiego Kremla. Ogród nie wyróżniał się niczym szczególnym, ale stanowił bardzo malownicze, relaksujące miejsce. A trzeba przyznać, że po trzygodzinnej konfrontacji z Jegorem wyjątkowo potrzebowałem relaksu. Usiadłem na pierwszej ławeczce, jaką napotkałem. Rozluźniłem mięśnie, wiedząc, że nie spotkają mnie dziś już żadne rewelacje. Miałem spokój, przynajmniej do jutra.
Obok mnie wciąż przechodzili jacyś ludzie. Wodziłem za nimi swoim zmęczonym wzrokiem, oglądając ich twarze i ubrania. Muszę przyznać, że występowała między nimi ogromna różnorodność, szczególnie wśród kobiet. Ubierały się bardzo różnie, czasem w naprawdę dziwaczne albo krzykliwe stroje. Wokoło przeważał język rosyjski, ale nie tylko. Moskwa, podobnie jak Hamburg, przyciągała turystów z całego świata. Czułem się otoczony zewsząd masą ludzką, podziwiającą, fotografującą, konsumującą. Tak, to ostatnie określenie jest szczególnie adekwatne. Prawie na każdej ławce mogłem się dopatrzeć osób z puszką piwa w dłoni. Roześmiani i zgrzani, bez przerwy wymieniali się jakimiś komentarzami. Ach, Moskwa. Raj dla beztroskich i bogatych. Poczułem się senny, więc postanowiłem udać się w dalszą drogę. Zostawiłem za sobą turystów odpoczywających w cieniu drzew, na ładnie skrojonych ławeczkach.
Zatrzymałem się jeszcze tylko przy fontannie. Zawiesiłem wzrok na posągach koni w środku. Niezwykły dynamizm wykonania tak mnie zachwycił, że nie zwracałem nawet uwagi na krople wody, które ochlapywały mi włosy i twarz. Co więcej, zamoczyłem dłoń w wodzie, żeby sprawdzić jej temperaturę. Okazała się przyjemnie chłodna. Dziewczynka, znajdująca się nieopodal, wyraziła jeszcze większy entuzjazm niż ja. Stanęła na murku fontanny i próbowała dotknąć kamiennego konia. Najwyraźniej nie zauważała, że aby tego dokonać musiałaby mieć co najmniej o pół metra dłuższą rękę.
- Uważaj – powiedziałem do niej, kiedy już prawie straciła równowagę. – Zamoczysz się.
Spojrzała na mnie zaskoczona, jakby nie mogła uwierzyć, że się do niej odezwałem. Obrzuciła mnie uważnym spojrzeniem, od stóp do głów. Chwilę potem oddaliła się bez słowa. Otworzyłem usta, całkowicie zaszokowany. Co się stało? Dlaczego tak zareagowała? Czując, że samodzielnie nie odpowiem sobie na to pytanie, ruszyłem dalej.
Trafiłem na drogowskaz, który informował mnie, jak dotrzeć do Placu Maneżowego. Byłem ciekaw, co to za plac, więc postanowiłem udać się w tamtym kierunku.  Co prawda słyszałem, że Plac Czerwony jest dużo bardziej interesujący, ale uznałem, że tam wybiorę się innym razem. Szybkim krokiem przemierzałem kolejne metry. Po drodze zatrzymały mnie słodkie dźwięki muzyki. Nie był to jakiś rock czy techno, tak bardzo dziś popularne, tylko muzyka klasyczna. Niezwykle mnie to zainteresowało. Czyżby ktoś grał…? Nie brzmiało mi to na odtwarzane z płyty. Rozejrzałem się ciekawsko i już po chwili wychwyciłem nieduży, żółty budynek, który wyłaniał się z za drzew. Czyżby… muzyczna szkoła? Coraz bardziej zainteresowany, skierowałem tam swoje kroki. Gdy dotarłem na teren ceglanego budynku, nie miałem już wątpliwości, że muzyka dobiega właśnie stąd. Ktoś grał na pianinie, wydobywając z instrumentu subtelne, pełne melancholii dźwięki. Gdy podszedłem do wejścia, zauważyłem, że na tabliczce tkwił długi, poważny napis: „Moskiewskie Konserwatorium Państwowe imienia P.I. Czajkowskiego”. Ach, nie pomyliłem się więc. Szkoła muzyczna. Kusiło mnie, aby wejść do środka, ale zaraz pewnie musiałbym stawić czoła multum pytań typu co tutaj robię i czego szukam. Moja dłoń jeszcze przez chwilę ślizgała się po klamce, ale ostatecznie stwierdziłem, że moje brudne, treningowe ubranie nie jest zbyt reprezentacyjne. Odwróciłem się na pięcie, aby odejść. Dopiero teraz zauważyłem, że blisko wejścia znajduje się jakiś posąg. Nie trudno było się domyślić, że przedstawiał samego patrona szkoły. Podszedłem bliżej. Zielonkawy posąg znajdował się na sporym podwyższeniu, przez co musiałem zadzierać głowę, aby mu się przyjrzeć. Czajkowski został przedstawiony w pozycji siedzącej. W prawej dłoni trzymał pióro i najwyraźniej coś pisał, a lewą miał uniesioną, jakby w geście protestu, albo jakby chciał pokazać, że nie chce, aby mu przeszkadzano. Skłaniałem się raczej ku tej drugiej wersji, jako, że na jego obliczu malowały się powaga i skupienie. Na tablicy widniał podpis, że posąg przedstawia Piotra Czajkowskiego i informacja, że w latach 1866-1878 był tutaj wykładowcą teorii muzyki. Rzuciłem kompozytorowi ostatnie, ciekawe spojrzenie, po czym zostawiłem go samego i udałem się na plac Maneżowy.
Ku mojemu rozczarowaniu, miejsce tchnęło kiczem i było typowym lepem na masową turystykę. Tutaj, podobnie jak w Ogrodzie, ludzie porozkładali się we wszystkich możliwych miejscach. Piwa i tematów do rozmów im nie brakowało. Jak zauważyłem, nastroju na miłostki także mieli aż na zapas, bo co kilka kroków mijałem jakąś obściskującą się parę. Skrzywiłem się z degustacją i wyszedłem na sam środek placu. Nie przedstawiał nic specjalnego. Chwytem zachwycającym współczesnych z pewnością było centrum handlowe, pomysłowe ulokowane pod placem. Z chodnika wystawały tylko jego kopuły. Oprócz kopuł tkwiły tu także stylizowane latarnie, ławki i fontanny. Nie, to z pewnością nie była prawdziwa Rosja. Aby jej dotknąć trzeba było dotrzeć głębiej i wybrać odpowiednie, strategiczne miejsca. Plac Maneżowy, pełen puszek po piwach i z budką z lodami stanowił tylko łechcącą, słodką iluzję dla masowych turystów, którzy lubią się łudzić, że poznają obcy kraj. Jedynym jego atutem była lokalizacja. Bez trudu dostrzegałem stamtąd ciekawe, zabytkowe budynki. Jak się później dowiedziałem, podziwiałem wtedy Dumę Państwową, Muzeum Historyczne i Muzeum Lenina. Dało się także zobaczyć fragment Kremla. Pocieszony tym faktem, nie traciłem dobrego humoru. Gdy już się nacieszyłem widokiem, kupiłem sobie gałkę lodów orzechowych i ruszyłem w drogę powrotną. Okazało się to pewnym wyzwaniem, ale z pomocą przyjaznych ludzi udało mi się trafić do rezydencji. Po drodze przekroczyłem Twerską, główną ulicę Moskwy. Była naprawdę niesamowita. Ogromne, bogate budynki, które ją otaczały i niekończące się korowody samochodów dawały złudzenie, jakobym znajdował się co najmniej w Nowym Jorku. Ciekaw byłem jak miasto funkcjonowało nocą. Z pewnością atrakcji nie brakowało.
Bez słowa komentarza wpuszczono mnie do środka. Zdjąłem buty i udałem się na poszukiwanie Dymitra. Ku mojemu zdziwieniu, nie znalazłem go ani w jego ulubionym „grietowym” salonie, ani w jego sypialni. Schodziłem właśnie ze schodów, zastanawiając się jak mam go znaleźć w takim wielkim domu, kiedy nieoczekiwanie prawie na niego wpadłem.
- O, Till – zaczął radośnie. – Chodź – polecił, kładąc mi na głowie swoją rękę. W drugiej dłoni trzymał kubek z kawą.
- Gdzie?
- Do mojego biura. Zaniosę tam ten kubek i porozmawiamy. Dziś nie wyglądasz na tak zmaltretowanego… - zainteresował się.
- Uczył mnie strzelać.
- Z czego?
- Prawdę mówiąc… to nie pamiętam – przyznałem się szczerze.
Dima westchnął.
- Och, Till. Powinieneś wiedzieć. Czy z takiego jak ten? – zapytał, wyciągając z za marynarki pistolet.
Zrobił to tak naturalnym, pełnym gracji ruchem, że aż przeszedł mnie dreszcz. Najwyraźniej to zauważył, bo powiedział zaraz:
- Czy ty zdajesz sobie sprawę, że to nie cały czas będą lekcje teoretyczne?
Jego głos był przejęty ostrą, napiętą nutą. Wciąż bał się o mnie, co zirytowało mnie do tego stopnia, że zupełnie zapomniałem o moim wcześniejszym przerażeniu.
- Oczywiście, że wiem! – żachnąłem się. – Nie, był… mniejszy.
- To już chyba wiem. Nie musisz się denerwować. Jakie dziecko z ciebie – zagadnął, czochrając mi włosy.
Warknąłem na niego, ale nie wywarło to na nim specjalnego wrażenia. Dotarliśmy na drugie piętro i weszliśmy w trzecie drzwi. Pomieszczenie było niewielkie. Pachniało aromatem parzonej kawy (który ubóstwiałem od dziecka). Na biurku leżały porozrzucane papiery, które jednak tworzyły zgodną, harmonijną całość. Przed masywnym biurkiem znajdowało się krzesło dla gościa. Zasiadłem na nim. Przyglądałem się jak Dima ostrożnie stawia kubek na stole, po czym zwraca się do mnie.
- Twoje fizyczne i strategiczne treningi to nie będzie wszystko. Nie chcę zrobić z ciebie posłusznego, ślepego żołnierza. Musimy wyćwiczyć nie tylko twoje ciało, ale też i umysł.
Słuchałem tego z rosnącym napięciem. Podejrzewałem, że ten trening, o którym mówił nie przypadnie mi do gustu.
Zabębnił palcami o stół, jakby się zastanawiał nad dalszymi słowami.
- Działamy pod przykrywką biznesmenów, Till. I w gruncie rzeczy nimi jesteśmy, ale jesteśmy równocześnie czymś więcej. Odpowiednie machinacje, przekręty, układanie wszystkiego tak, aby wyglądało niemalże tak, jakby było legalne… To wymaga takiej wiedzy, jaką ma biznesmen, tylko, że większej, bardziej… elastycznej. Kontrolujemy przedsiębiorstwa, firmy, gospodarkę. Mamy wpływ na władzę… Nie, w gruncie rzeczy… jesteśmy władzą.
Podniósł na mnie swoje spojrzenie, w tej chwili ciężkie, intensywne, pełne czegoś nieokiełznanego. Przeszył mnie słodki dreszcz, jednak jakże inny od tego kilka chwil wcześniej, na schodach.  Naszła mnie ochota, aby go dotknąć, żeby sprawdzić czy w sposób fizyczny również emanuje tym czymś… niesamowitym. Ta atmosfera… taka niewymuszona, niezwykła, mroczna i podniecająco przytłaczająca. Pomimo tego, że właściwie nic nie zrobił.
- Rozumiesz, o czym mówię?
Tym pytaniem wytrącił mnie z tych kontemplacji. Drgnąłem i wybudzając się, zapytałem:
- Cały czas mówisz „my”. Kto jest jeszcze oprócz ciebie…?
Pokiwał głową, ukazując uznanie dla mojego pytania.
- Kilka osób, które razem ze mną trzymają to wszystko w łapie. Są kimś w rodzaju… moich doradców. Ja jestem przedstawicielem i do mnie należy ostatnie słowo.
Spojrzałem na niego, z pytaniem wymalowanym na twarzy. Nie musiałem nawet go zadawać.
- Tak… - odparł. – Stoję na czele mafii moskiewskiej.
Z lubością i pewną próżną satysfakcją obserwował jaki efekt wywarły na mnie te słowa.
- To tak jakbyś… był jak bóg – powiedziałem, zanim zdołałem się powstrzymać. Wyraziłem jednak już swój zachwyt i mogłem jedynie ratować się spuszczeniem wzroku.
Usłyszałem jego szczery śmiech. Chwilę potem potoczyły się słowa:
- Nie można myśleć tak zbyt często, Till. Bo wtedy to przejmie nad tobą władzę. Wtedy będziesz zgubiony. Należy trzymać te instynkty na wodzy, przynajmniej w pewnym stopniu.
Skrzywiłem się. Już wtedy wiedziałem, że gdybym był na jego miejscu, chciwie i rozkosznie bym się zachłysnął i dał się porwać temu szaleństwu do ostatka. Nie pomyliłem się.
- Ale, wracając do tematu…
- Jeszcze chwila – przerwałem mu. – A co z Sołncewem?
Wiedziałem, że mafia sołecka trzęsła Rosją już od bardzo dawna, dając gazetom wiele okazji do sprzedawania głodnych kawałków.
 Uśmiechnął się pogardliwie.
- Cóż… Słabi nie są… Pomimo tego, że mam pod butem i milicję i specsłużby… Sołncewo stanowi to, co Anglicy nazywają pain in the neck . A dodatkowo… Jestem jak kaczka wystawiona na odstrzał. Czasem im wyżej, tym gorzej, nie koniecznie lepiej.
Wziąłem głęboki oddech, zdając sobie sprawę, że nieciekawie to brzmi. Czyżby teraz przyszła moja kolej, aby martwić się o niego?
- Nie boisz się? – zapytałem.
- Cóż – uniósł brwi – Jestem wyjątkowo szybko biegającą i kluczącą kaczką.
Zaśmiałem się, a on upił szybki, krótki łyk kawy, zupełnie jakby pił wódkę.
- Ale, ale, do rzeczy. Przybliżyłem ci jak to wygląda. Giełda, akcje, ekonomia. Muszę cię nauczyć, jak inwestować, w co inwestować i jak w tym zagrzebać i zamieszać, żeby przekręt zupełnie się udał. Jak nie dać się oszukać, a podejrzewam, że będą próbowali wiele razy. Co przejrzeć i sprawdzić, zanim coś podpiszesz. Jak odmawiać.
Czułem, że jego słowa przybrały wyjątkowo dziwny obrót. To przecież brzmiało tak, jakby on chciał… niemożliwe.
Wstał i odłożył jakąś książkę na regał.
- Dima. Mówisz tak, jakbyś chciał ze mnie zrobić swojego wspólnika… - zacząłem niepewnie.
Za pomocą jednego kroku znalazł się tuż obok i ujął w dłoń mój podbródek. Nasze spojrzenia się spotkały.
- Czy nie mówiłeś, że chcesz być najlepszy?
Speszyłem się, przypominając sobie swoje wcześniejsze, rzucone w szale, bezmyślne słowa.
- Tylko ja nie sprzedaję stanowisk za moją sympatię. To byłoby bezsensowne, nie sądzisz? Ale… obiecuję, że będziesz najlepszy.
Położyłem rękę na jego dłoni, chcąc ją z siebie ściągnąć. On jednak odebrał to inaczej i złapał mnie za palce.
- Till… Co to za mina? Coś nie tak? – dopytywał się.
- Cóż… nie pamiętasz moich lekcji z ojcem…? W gruncie rzeczy dotyczyły tego samego… tylko, dodatkowo, rzeczy prostszych.
Czułem, że głos mi drży i ogarnia mnie jakieś dziwne uczucie, więc szybkim ruchem wyrwałem mu rękę. Ten akt protestu z kolei zmieszał jego, ale tylko na kilka sekund.
- Zacznę od podstaw. Będę cię wprowadzał powoli. Zobaczysz, będzie dobrze. Tylko obawiam się, że po treningach nie będziesz w stanie przyswajać. Dlatego od teraz treningi z Jegorem masz co drugi dzień. Będzie to też dobre dla wzrostu mięśni, przynajmniej według tych współczesnych, modnych porad…
Westchnąłem, zadowolony. No, może jednak są jakieś plusy tego wszystkiego.
- To co robimy teraz? – zapytałem, z nadzieją, że resztę dnia spędzimy razem.
- Cóż, muszę to dokończyć – wskazał na papiery. – Idź teraz się najeść. I zapewne chciałbyś się umyć? Przyjdę do ciebie jak skończę.
- Dobrze – zgodziłem się z nim i powoli wstałem.
- A, Till. Służba o tej porze będzie jeszcze w kuchni. Każ im dać sobie obiad.
Skinąłem głową, chociaż nie uśmiechała mi się konfrontacja z kucharkami. Pomimo majętności ojca, nie byliśmy nigdy na tyle bogaci, aby kogoś zatrudniać. Z resztą, nie było to już tak modne jak kiedyś. W klasycznym domu Dymitra czułem się nie raz tak, jakbym się przeniósł w czasie o kilka epok. Odwróciłem się i czułem, jak wzrok jego kobaltowych oczu odprowadzał mnie aż do drzwi.
Zszedłem na sam dół. Przez uchylone drzwi dostrzegłem dwie, krzątające się kobiety. Kiedy tylko jedna z nich mnie zauważyła, uśmiechnęła się życzliwie i zbliżyła do mnie.
- Czego pan sobie życzy? – zapytała pulchna kucharka o lekko różowawych policzkach. Zastanawiałem się czy była to jej naturalna cecha czy po prostu zagrzała się przy pracy.
- Chciałbym coś zjeść… coś ciepłego – odparłem, lekko zakłopotany. Zdało mi się, że to krótkie zdanie brzmi zbyt prostacko jak na mój obecny poziom. Mimowolnie się skrzywiłem. Kucharka zapewne odebrała to jako gest zniecierpliwienia, więc gorliwie się ukłoniła i oddaliła w stronę garnków.
Przez krótką chwilę jeszcze przypatrywałem się zajętej, gorliwie przygotowującej mi posiłek, kobiecie. Pokręciłem głową do swoich myśli i mruknąłem, wciąż się dziwując:
- Rosja w Rosji…
- Mówił pan coś? – zagadnęła, myśląc, że słowa były skierowane do niej.
- Nie, nic… - odrzekłem, całkiem zaskoczony, że mnie usłyszała. – Poczekam w salonie.
Oddaliłem się w stronę zapowiedzianego pomieszczenia, pełen dziwnych, cudacznych myśli. Plac Maneżowy, turyści, obrzydle uprzejme kucharki i lody orzechowe na gałki. To nie był ten kraj, który znałem z dzieciństwa. Pomimo tego, że wszystkie dane geograficzne z pewnością się zgadzały, ja tak naprawdę… musiałem być w zupełnie innym, jakimś bajkowym i zakłamanym miejscu.


Rozdział szósty


6. Zamożny człowiek

„[...] duma - ta niewidzialna kość, która usztywnia kark.”


Lot samolotem nie był szczególnie uciążliwy pomimo tego, że tym razem Dima postanowił nie szarżować z pieniędzmi. Wykupił zwykły lot, ze zwyczajnymi siedzeniami i obsługą skorą tylko do zdawkowych uprzejmości i oferującą herbatę w plastikowych kubkach. Dlaczego tym razem nie poszedł na całość, jak to miał w swoim zwyczaju? Czy chciał przybyć do kraju niepostrzeżenie, wmieszany w tłum? Nie zapytałem go to. Jednak niezaprzeczalnym pozytywem podróży był fakt, że miała trwać zaledwie trzy godziny. Wybrał bezpośredni lot, bez żadnych uciążliwych przesiadek. Znudzony, co jakiś czas wyglądałem z za małego okienka. Jakie to było dziwne uczucie unosić się nad chmurami! Takie to zupełnie nienaturalne. Nasyciwszy się widokiem, spojrzałem na Dimę. Nie był jednak skory do rozmowy. Wydawało się, że z każdą chwilą staje się coraz bardziej posępny, jakby ktoś wkładał mu coraz większy ciężar na plecy. Delikatne zmarszczki na jego czole, których zwykle nie było widać, uwydatniły się. Mimowolnie przypomniałem sobie naszą rozmowę, którą odbyliśmy przed wylotem.
- Powiemy, że twój ojciec, zaangażowany w działalność przemytniczą w swoim ojczystym kraju, wyciągnął mnie kiedyś z dołka finansowego. Jestem mu za to niesamowicie wdzięczny i dłużny. Teraz nadarzyła się okazja, aby spłacić dług. A że ja nie lubię mieć u nikogo niewygodnych długów, o czym każdy wie, nie wahałem się. Mianowicie, twój ojciec poprosił mnie, abym został mentorem jego syna – czyli ciebie. Mam się wprowadzić w przestępczy świat i nauczyć wszystkiego, co powinieneś umieć. Twój ojciec wybrał właśnie mnie, bo uważa, że nikt inny nie wykonałby tego zadania tak dobrze. Oprócz tego motywuje mnie sporymi stawkami, bo wierzy, że dzięki temu tym bardziej przyłożę się do zadania.
Dopiero, gdy skończył, zorientowałem się, że zapomniałem o oddychaniu. Wziąłem głęboki wdech i wpatrzyłem się w niego z niedowierzaniem. Przez chwilę bawiłem się kubkiem po kawie.
- Dima… - zacząłem niewyraźnie, nie wiedząc jak mu przekazać swoją opinię. – Czy ty naprawdę myślisz, że ktokolwiek w to uwierzy?
- Gdybyś był kobietą – nie. Ale nie jesteś. Więc to, co wiemy my obaj, nie będzie tak oczywiste.
Zazgrzytałem zębami, zdając sobie sprawę jak to brzmi. Po moim spojrzeniu także sobie to uświadomił.
- Chciałem powiedzieć – zaczął, patrząc w mój, w tej chwili niesamowicie interesujący, kubek. – Że nikt nie pomyśli, że łączy nas wię… przyjaźń, jeśli nie będziemy sobie jej okazywać.
Pokiwałem głową, analizując niezwykłą strukturę plastikowego wnętrza. Ach, tak. Cóż za kubek.
Odchrząknął parokrotnie, po czym dodał:
- Pomyśl sobie, że jesteś na moim miejscu i że to realna sytuacja. Masz okazję pozbyć się kłopotliwego długu w niekłopotliwy sposób. Nie musisz się narażać ani poświęcać. Natomiast gdybyś go zignorował, mógłbyś zrazić do siebie innych, wyjątkowo „dojnych” ludzi, z którymi można współpracować. Takie informacje bardzo szybko się rozchodzą, szczególnie underground. Jedyne, co musisz zrobić, to wychować żółtodzioba, a dodatkowo jeszcze ci za to płacą. Żyć, nie umierać.
Podparłem policzek na dłoni, analizując jego słowa. Czy rzeczywiście wypadniemy przekonująco…? Szkoda, że nie mogliśmy zapytać o to kogoś trzeciego…
- Zaraz… Jeśli przepływ informacji zaiste jest taki świetny, to przecież nikt nie będzie znał mojego nieistniejącego ojca.
Uśmiechnął się drapieżnie, jednym kącikiem ust. Zdziwiło mnie to i czekałem na wyjaśnienia.
- Rzecz najważniejsza to pionki, Till. Będziesz mieć mafijnego ojca, który nawet odwiedzi cię w Moskwie.
Drgnąłem oszołomiony, że aż krzesło skrzypnęło. Oczami pytałem go „Co to znaczy?”
- Mam zaufanych ludzi, także Niemców. Ktoś w odpowiednim czasie, myślę, że całkiem bliskim, odegra tę rolę. Może na razie nie będą go znali, ale… przecież nie każdy pracuje otwarcie. To ci doda wiarygodności.
Pokiwałem głową, oswajając się z sytuacją. Dima złapał się za głowę i wypuścił z płuc powietrze. Jego spojrzenie stało się zatroskane.
- Odwalam tę całą szopkę, piszę nam scenariusze, a nie wiem czy jest w tym jakikolwiek sens… Może i nie porwą cię dla szantażu, gdy każdy uwierzy, że nic mnie nie obchodzisz, ale… Zawsze możesz zginąć w jakiejś akcji. Zawsze możesz… Głupi jestem – warknął i kopnął w nogę wolnego krzesła.
Złapałem go za przedramię. Podniósł na mnie chmurne oczy.
- Dam sobie radę – zapewniłem go, zaciskając usta.
- Twoja durna pewność siebie i moja idiotyczna uległość. Doskonały zestaw – warknął ironicznie.
Wykrzywiłem bardziej wargi, niezadowolony z jego słów.
- Będzie w porządku. Kontynuuj. Jak mam się do ciebie zwracać? Jak cię traktować?
Ponowne podjęcie tematu okazało się dobrym wyborem, bo znów skupił się na rozmowie, a nie na swoich wątpliwościach.
- Z szacunkiem i dystansem. Nie okazuj mi sympatii, raczej chłodną obojętność. Nie mam wyjść na twoją ukochaną przedszkolankę. Niech to tak wygląda, że musimy z sobą współpracować, ale wcale nam to nie w smak. Zwracaj się do mnie panie Iwanowiczu.
Gdy tylko wypowiedział ostatnie zdanie, oboje parsknęliśmy śmiechem i bardzo długo nie mogliśmy się opanować. Lotniskowa kawiarnia była jednak całkiem pusta i nikt nie rzucił nam karcącego spojrzenia.
- Dobrze… Już od dziś… panie Iwanowiczu! – wydukałem przez śmiech.
Otarł sobie łzę z oka i stwierdził:
- No dobrze, trochę przesadziłem.
- Skądże znowu, ekscelencjo!
- Till, przymknij się… - mruknął zażenowany, przykrywając sobie twarz dłonią.
- A ty będziesz mi mówił jaśnie hrabio von Lohengrin! Zgoda?
Popchnął mnie lekko w ramię, przez co tak podziwiany przed chwilą kubek wylądował na podłodze.
- No dobrze – rzekł, podnosząc przedmiot. – Powróćmy do rzeczy poważnych. Może lepiej mów mi po imieniu, tylko nie zdrabniaj. Jakbyś dostawał szczękościsku za każdym razem, gdy miałbyś się do mnie zwracać, nie wypadłoby to naturalnie…
Parsknąłem znowu, jednak szybko się opanowałem. To nie była rozrywkowa rozmowa i doskonale o tym wiedziałem.
- A co w domu? – zapytałem.
- Nie lubię kiedy służba kręci mi się pod nogami. Dlatego zjawia się tylko o ściśle wyznaczonych porach, głównie po to, aby podać mi obiad i posprzątać dom. Nie jestem jakimś niedołęgą, nie potrzebuję, aby wszystko podstawiać mi pod nos. Natomiast ochrona zajmuje budynek obok i podwórze, tak, że w każdej chwili mogliby mi pomóc. Bardzo cenię sobie prywatność.
Słuchałem tego wszystkiego oniemiały. Dima zorientował się, że nie zabrzmiał naturalnie, więc szybko dodał:
- Chciałem tylko zobrazować, że w domu nie musisz niczego udawać. Jedynie jeśli pojawią się moi wspólnicy czy podwładni – odgrywamy nasz mały spektakl.
Przytaknąłem mu znowu. Układałem sobie to wszystko w głowie, aby o niczym nie zapomnieć.
- Dobrze, przejdźmy teraz do szczegółów dotyczących twojej rodziny… - zaczął.

Uśmiechnąłem się w duchu, wspominając tę niedawną dyskusję. Miałem nadzieję, że wszystko zdołałem zapamiętać. Po raz kolejny spróbowałem zagadać Dimę, ale on tylko siedział z obliczem tak posępnym, że wyglądał na co najmniej dziesięć lat starszego. Nie odczuwałem jego niepokoju. Bądź co bądź nie miałem najmniejszego pojęcia, co mnie czeka. Zamiast oddawać się zmartwieniom, oddałem się degustacji zielonej herbaty i ciasteczek, które kupiłem przed chwilą od stewardesy.

***

Samolot wylądował, niemiło kołysząc pasażerami. Wszystko później odbyło się dość szybko i bez zbędnych ceregieli. Odebraliśmy swój bagaż i skierowaliśmy się do wyjścia z lotniska. Oddychałem moskiewskim powietrzem i wszędzie dookoła siebie słyszałem rosyjski. Jaka dziwna perspektywa to była, że od tej pory miało tak zostać na stałe! „Na stałe”, cóż to właściwie za określenie? Czy planowałem zamieszkać tu już na zawsze? Nie rozważałem raczej tak dalekosiężnych wizji. Liczyło się dzisiaj i to, co mi ten bieżący czas przyniesie. Muszę przyznać, że tym byłem zainteresowany w szczególności. Wodziłem wzrokiem po mijanych ludziach. Zdawało mi się, że są dużo bardziej energiczni i serdeczniejsi od niemieckiej społeczności. Na żadnych jednak nie potrafiłem do końca patrzeć jak na „swoich”, więc szybko odrzuciłem te budzące konfuzję myśli. Ułatwiła mi to zaistniała sytuacja. Z zaskoczeniem zauważyłem, że jakiś człowiek lekko skłania się przed Dymitrem i kieruje do niego słowa powitania.
- Witam z powrotem, panie Rodionov.
Dima tylko skinął w odpowiedzi. Nie zdziwił się wcale, co świadczyło o tym, że spotkanie było zaplanowane.
Mężczyzna skierował swoje zaciekawione spojrzenie w moją stronę, ale nie zapytał o nic. Wręczył Dimie jakieś zawiniątko, co również musiało być już wcześniej ustalone. W milczeniu wyszliśmy z lotniska. Rzuciłem przyjacielowi pytające spojrzenie, ale on tylko zmarszczył brwi, jakby chciał mi przekazać, że nie dzieje się nic istotnego. Po chwili dotarliśmy do czarnego samochodu (marek nigdy nie potrafiłem rozróżniać, co też doprowadzało do szału mojego niezwykle męskiego ojca).  Załadowaliśmy nasze walizki do bagażnika i wsiedliśmy do pojazdu. Z rozkoszą zatopiłem się w miękkim, komfortowym siedzeniu. Kątem oka dostrzegłem, że Dima dyskretnym, sprawnym ruchem przełożył zawartość zawiniątka za swoją marynarkę. Nie dostrzegłem przedmiotu, ale domyślałem się co to było. Gdy zauważył na sobie mój wzrok, posłał mi zmęczony uśmiech, ale nie podjął rozmowy.
Jechaliśmy pół godziny, podczas której na zmianę zawieszałem wzrok na breloczku wiszącym nad siedzeniem kierowcy  i na tyle jego głowy. Czułem się znużony po podróży i nieco ospały. Ożywiłem się jednak znacznie, gdy szofer wjechał na teren ogromnej rezydencji. Początkowo zastanowiłem się, dlaczego, u licha, się tu zatrzymaliśmy. Dopiero wtedy, gdy Dima ruchem powszednim i naturalnym podniósł się z siedzenia i wyszedł na zewnątrz, wszystko pojąłem. Dom, piękny, dwupiętrowy dom otoczony ogrodem, rozpościerał się przed nami. Jego dom. Jakieś pół kilometra dalej dostrzegałem dużo mniejszy i nie tak okazały budynek dla służby, o którym wspominał. Nie mogłem w to uwierzyć. Otworzyłem już usta, chcąc wypowiedzieć tysiąc rzeczy, ale gestem nakazał mi milczenie. Domyśliłem się natychmiast, że nie życzy sobie żadnych poufałych rozmów przy kierowcy. Przemogłem się w sobie i nic nie powiedziałem. Przyglądałem się kremowej willi, eleganckiej w swej prostocie. No tak, Dima nigdy nie przepadał za przepychem, upatrując w tym coś wulgarnego. W przeciwieństwie do mnie.
- Till, idziemy – upomniał mnie, kiedy wciąż podziwiałem zabudowania, nie z mniejszym zachwytem niż kościół st Petri. Lekko potrząsnąłem głową, aby wybudzić się z zamyślenia i ruszyłem za nimi.
- Czy życzy pan sobie czegoś? Posłać może po kucharki? – zapytał kierowca.
- Nie, Andriej. Jestem zmęczony, nie mam ochoty na niczyje towarzystwo.
Po tym stwierdzeniu  Andriej natychmiast rzucił okiem na mnie, jakby chciał zapytać „A ten tu, to niby co?” Dymitr kątem oka dostrzegł ten odruch i odrzekł:
- Till jest tu z biznesowych powodów.
Kierowca wyraźnie się zmieszał, że jego gest został przyuważony. Wyglądało nawet na to, że nieco się zląkł. Czyżby Dima wymierzał za ciekawskość srogie kary?
- Przepraszam – mruknął po chwili. – Nie miałem zamiaru…
- Nieważne – odparł tamten. – Nie mam ochoty słuchać twoich kulawych przeprosin. Możesz odejść.
- Tak jest. Nie pomóc panu z bagażem? – zapytał jeszcze, co było dość niestosowne, jako, że pokonaliśmy już połowę drogi.
- Czy ja ci wyglądam na kruchą niewiastę, człowieku? Powiedziałem, odejdź.
Po tym ostrzejszym rozporządzeniu mężczyzna skłonił się lekko i odszedł w swoją stronę.
- No, służba spławiona na ten dzień. Masz mnie do siebie – mruknął z szelmowskim uśmiechem.
Odwzajemniłem go, ale nie odpowiedziałem. Dostrzegałem przy bramie dwóch mężczyzn, więc postanowiłem, że lepiej będzie wdać się w dyskusję za chwilę.
Kilka kroków później zauważyłem, że osoby przy drzwiach to potężni, około dwumetrowi Afgańczycy, najwyraźniej stanowiący ochronę. Spoglądali spod swoich czarnych jak heban, poważnych oczu i obaj mruknęli ledwo słyszalne „dzień dobry”. Ich broń umocowana przy pasie opierała się o udo, zarówno w przypadku pierwszego jak i drugiego. Mieli na sobie czarne mundury, bardziej adekwatne dla służb antyterrorystycznych niż dla psów pilnujących bramy. Wtedy pomyślałem o nich z lekceważeniem i może lekką dozą pogardy, widząc jak nic nie znaczącą mają funkcję. Dużo później przekonałem się, jak bardzo się pomyliłem.
Dymitr wyciągnął klucz i chwilę potem posiadłość stanęła dla nas otworem. Nie mogłem powstrzymać odgłosu zachwytu, gdy znaleźliśmy się w środku.
- Oglądanie będzie potem – odparł z uśmiechem i poprowadził mnie na schody. Pokrywał je, podobne jak podłogi, ciemno czerwony dywan. Kolor ładny, niezbyt jaskrawy, ani też nie za ciemny. Myślałem właśnie o tym, gdy targałem swoją walizkę na drugie piętro. Wkrótce Dima pchnął jedne z drzwi i gestem kazał mi wejść.
- To będzie twój pokój. Odpowiada ci? – zapytał.
Rozejrzałem się po przestrzennym, stylowym wnętrzu. Sosnowe meble ładnie się komponowały z jasną, stonowaną tapetą. Moją uwagę przykuło masywne biurko przy oknie, które swoim wyglądem przypominało mi biurko ojca. Jednak pomieszczenie prezentowało się zupełnie inaczej niż jego ciasny office. Czy mi odpowiadało? Ach, to za mało powiedziane!
- Jest doskonały – stwierdziłem z entuzjazmem.
Uśmiechnął się ze spokojem na te słowa, jakby właśnie na nie czekał. Postąpił kilka kroków do przodu i postawił moją walizkę. Zrobiłem to samo z drugą.
- Boże, Dima – zacząłem, teraz już bez obaw o osoby trzecie. – Nie miałem pojęcia, że TAK mieszkasz! Jesteś jak… jak… król. To wszystko jest niewiarygodne, aż nie do pomyślenia. Aż trudno uwierzyć…
Słuchał moich energicznych słów z tym samym wyrazem twarzy. Najwyraźniej był przygotowany na taką reakcję.
- Aż trudno uwierzyć, że to ten sam kraj, co? – dokończył za mnie.
Skinąłem głową, wciąż oszołomiony.
- Czuj się jak u siebie – odparł, siadając na łóżku. Zaskrzypiało lekko pod jego ciężarem.
Po chwili dodał:
- Możesz robić, co zechcesz. Książki, kuchnia, każde pomieszczenie – są do twojej dyspozycji. Kontroluj się tylko przy służbie.
Przytaknąłem, nie zdziwiony ani odrobinę. Czy zapraszał mnie do swojego niszczejącego domu z odpadającym tynkiem i dziurawym dachem lata temu, czy teraz tutaj… Gościnności nigdy mu nie brakowało.
Chciałem już dosiąść się do niego, kiedy gwałtownie wstał.
- Nie siedźmy tutaj. Tu przyjdziesz gdy uznasz, że masz mnie dość. Wolałbym salon – zadecydował.
Nie mając ochoty na protesty, ani też nie widząc takiej potrzeby, poszedłem się za nim do salonu. Niewiarygodne, ale zdawał się jeszcze piękniejszy niż to, co udało mi się obejrzeć do tej pory. W tym pomieszczeniu dominowały ciemne, nastrojowe barwy. Po lewej stronie znajdował się mały, okrągły stolik, obok którego stały dwa masywne fotele i kanapa. Najbardziej przypadł mi do gustu duży żyrandol, imitujący lichtarz. Wbijałem właśnie w niego wzrok, podczas gdy Dima mnie wyprzedził. Gdy znalazł się przy stoliku, dało się usłyszeć czułe i pełne miłości „Och, Grieto”. Przestałem się interesować kandelabrem, uświadamiając sobie obecność dotychczasowej towarzyszki Dimy. Gdy podszedłem, okazało się, że zajmowała jeden z dwóch foteli. Nie mogłem zobaczyć jej dokładnie, bo Dima ściskał ją mocno, tak, że spomiędzy jego ramion dało się dostrzec tylko parę zirytowanych, zielonych oczu. Gdy Dima skończył wyrażać swoją radość po tygodniowej, zapewne trudnej do zniesienia, rozłące, przyjrzałem się kotu dokładniej. Była to gruba, dachowa kotka, o brzydkim, lecz wyniosłym obliczu i wyjątkowo wrednym spojrzeniu. Miała biało czarne umaszczenie. Skrzywiłem się nieznacznie, zastanawiając się czy Dima ma taki sam gust do kobiet, jak do kotów…
- Jest cudowna, prawda? – zapytał radośnie, najwyraźniej nie zauważając mojej wcześniejszej mimiki.
- Och, tak. W istocie – odparłem, nie mając serca powiedzieć mu prawdy.
- Nie chcesz się z nią przywitać? – zapytał, trochę urażony.
- A jak mam to zrobić? – mruknąłem nieśmiało. Nigdy nie byłem obyty ze zwierzętami, jako, że moja matka uważała posiadanie ich w domu za niehigieniczne.
Spojrzał na mnie oburzony, więc postanowiłem wyrazić nieco więcej czci dla jego brzydkiego pupilka. Przyklęknąłem przy fotelu i mruknąłem półgębkiem, czując się jak skończony idiota:
- Witaj, Grieto.
Kotka obrzuciła mnie niechętnym, pogardliwym spojrzeniem, a ja już poczułem, że udanej znajomości raczej nie nawiążemy.
- I tylko tyle? – poganiał mnie Dima.
- A co mam zrobić?! – oburzyłem się. – Opowiedzieć jej o swoim życiu?
- Dlaczego by nie?
Westchnąłem. Jako, że Dymitr przez ostatnie pięć lat najbliższe relacje nawiązał z kotem, niemal całkowicie już zapomniał, że był to tylko… kot. Postanowiłem jednak, że wybaczę mu to drobne dziwactwo i przemagając niechęć, ująłem drobną kocią łapkę w palce. Grieta jednak natychmiast się wyrwała i spojrzała na mnie obrażona. Najwyraźniej nie spodobało się jej to powitanie.
Gdy wstałem, spostrzegłem, że Dima siedział już na kanapie.
- Czy to twój największy przyjaciel? – zapytałem.
- Teraz już nie – odpowiedział z wymownym uśmiechem.
Odwzajemniłem go, ciesząc się z jego słów. Po chwili jednak dodałem:
- Tak, ale wcześniej…
- Till – zasłonił sobie pół twarzy dłonią. – W tym biznesie nie ma miejsca na przyjaźń. Nie mam tu nikogo poza Grietą. Ani w Moskwie, ani nigdzie, jeśli o to pytasz.
Jego dwa ostatnie zdania zabrzmiały na tyle wymownie, że natychmiast popadłem w konsternację. Wcale nie miałem tego na myśli…
- Ja tylko – starałem się szybko wytłumaczyć, aby ukazać mu, że źle mnie zrozumiał. – Pytałem o przyjaciół. Nie…
- Och, przestań już – mruknął, tym bardziej (a niesłusznie!) utwierdzając się w przekonaniu, że krętaczę i chodzi mi o coś zupełnie odwrotnego niż mówię.
- Na całym bożym świecie, kocham tylko matkę, ciebie i Grietę. Czy nadal cię to nie satysfakcjonuje?
- Kiedy mi wcale nie o to chodzi! Ty nie rozumiesz! – zmieszałem się mocniej, przez to, że wyraził rzecz jeszcze mniej oględnie.
- Chodź tu do mnie, a się nie strosz. Jestem zmartwiony i pełen obaw co do twojej najbliższej przyszłości. Jednak w ten wieczór chcę jeszcze od wszystkiego odpocząć.
Zaciskając zęby i starając się stłumić zażenowanie, podszedłem do niego. Miałem już usiąść tuż przy jego boku, kiedy Grieta jednym szybkim skokiem znalazła się na kanapie, między nami. Wbiła we mnie swoje zielone ślepia i syknęła. Odszedłem krok w tył, zaszokowany.
- Co to… Co to miało znaczyć?! – wyrzuciłem z siebie po chwili.
Dymitr roześmiał się i jeszcze przez moment nie mógł się uspokoić.
Pogłaskał zwierzątko po głowie i odparł:
- Chyba jest zazdrosna. Stwierdziła, że chciałeś usiąść za blisko.
- To… - żachnąłem się. – To niedorzeczność!
Dima chwycił kotkę i posadził ją sobie na kolanach.
- No, siadaj – odezwał się do mnie.
Niepewnie zająłem miejsce na kanapie, wciąż bacząc na zachowanie Griety. Siedziała jednak spokojnie na kolanach pana, wlepiając tylko we mnie swe zawistne oczy.
- Nic nie rozumiem – odezwałem się. – Usiadłem w takiej samej odległości, jak chciałem. A ona nie szaleje.
- To dlatego, że ona jest jeszcze bliżej – pouczył mnie. – Dzięki temu czuje, że w mojej hierarchii zajmuje wyższą pozycję niż ty.
- To jest paranoja! – krzyknąłem. – Ten kot… Co ona sobie myśli?
Jego kobaltowe oczy śmiały się wesoło.
- Też chcesz na kolana, Till? – zapytał niskim, lecz wciąż żartobliwym głosem.
- Co ty za brednie dziś opowiadasz! – warknąłem i już zamierzałem wstać, ale złapał mnie za nadgarstek.
- Uspokój się. Tylko żartuję – oznajmił i lekko położył swoją lewą dłoń na moim lewym policzku.
Grieta zaraz ruszyła do ataku, a ja, przerażony, że za chwilę stracę oczy, poderwałem się z siedzenia i przewróciłem.
- To jest absurd! Dlaczego ja mam zajmować w tym domu miejsce po sierściuchu!? Matka wpajała mi, że mam szlacheckie pochodzenie od kiedy skończyłem pięć lat! To poniżej mojej godności!
- Obawiam się… - powiedział przez łzy, zaśmiewając się do rozpuku. – Że ona myśli to samo.
Zmierzyłem się z kocicą spojrzeniem. Wrogo syknęła z kolan Dymitra, ostrzegając, żebym dla swojego dobra się nie zbliżał.
- Może cię zaakceptuje, Till. Bądź dobrej myśli – pocieszał mnie.
- Och, tak. A jeśli nie, wyrzucisz mnie na bruk – nadałem tym słowom rozpaczliwy ton, licząc na jego miłosierdzie.
- Ależ skąd. Sprowadzę psychoterapeutę specjalizującego się w godzeniu zwaśnionych członków rodziny.
- Tak, z pewnością – mruknąłem cynicznie.
- Uwierz, Till, że pieniądze mogą wszystko. Gdybym chciał, to nawet ślubu w cerkwi by mi z nią udzielili.
- No nie przesadzaj już, bardzo cię proszę – dodałem jeszcze bardziej cynicznie, ale on, ignorując już ten temat, pomógł mi wstać.
Tego dnia dużo piliśmy, śmialiśmy się i czas znów płynął jakby nic niezwykłego nas nie czekało. Do następnego ranka właśnie tak się czułem – jakbyśmy byli po prostu przyjaciółmi, którzy postanowili ze sobą zamieszkać. Spędziliśmy ten dzień właśnie tak, jak Dima tego chciał; nie wspominając nic na niewygodne tematy, które zburzyłyby nasz spokój. Jeszcze jeden dzień urokliwego zapomnienia.

***

- Wstawaj. No już, Till. Nie ociągaj się, proszę.
Leniwie zmrużyłem oczy. Miałem właśnie przewrócić się na drugi bok, kiedy Dima uniemożliwił mi to, chwytając mnie za ramię. Podniosłem na niego pełen pretensji wzrok, ale jego poważne, stanowcze spojrzenie natychmiast mnie rozbudziło. Czyżby coś się stało?
- Pośpiesz się, nie możesz się spóźnić – dodał, widząc, że nie wstaję.
- Co? Gdzie? – zapytałem zdezorientowany.
- Postanowiłem, że pięć dni w tygodniu będziesz mieć treningi z Jegorem.
To jedno zdanie okazało się doskonałym sposobem, abym zerwał się na równe nogi i ostatecznie pożegnał ze snem.
- Jakie treningi? Jaki Jegor? – wyrzuciłem z siebie, nic nie rozumiejąc.
- Jegor to jeden z moich ludzi. Ukrainiec, weteran ze specsłużb. Jest niezastąpiony w szkoleniu nowych ludzi. Treningi mają na celu podniesienie kondycji, sprawności, zręczności, szybkości. Nauczy  cię także technik kamuflażu i posługiwania się różnymi rodzajami  broni.
Otworzyłem usta, nie mogąc wydać z siebie żadnego dźwięku. Patrzyłem długo w jego chmurne, niedostępne w tej chwili oczy i nie potrafiłem sobie poradzić z ogarnięciem tych informacji. W końcu zapytałem tylko:
- Ale jak to… Czemu mam przechodzić przez taki trening jakbym miał zostać żołnierzem?
Dymitr zmarszczył brwi, lekko zirytowany. Zorientowałem się od razu, że jest w niedobrym, drażliwym nastroju.
- A czego byś pragnął? Żebym od razu cię posadził na wygodnym, wysokim stanowisku? To niewykonalne, Till. Z dwóch względów. Po pierwsze wywołałoby to niemałe kontrowersje. Zrodziłyby się zawiść i pytania, czemu tak cię faworyzuję. Oprócz tego nic byś właściwie nie umiał. Byłbyś jak księżniczka, otoczona gwardią, silna dzięki swoim ludziom, a bez nich bezbronna jak niemowlak. Nie mogę na to pozwolić. Rozumiesz?
Lekko pokiwałem głową, jednak nie byłem do końca przekonany. Po chwili wtrąciłem nieśmiało:
- A czy inni ludzie… wysoko postawieni… są wyszkoleni pod tym względem?
- To zależy – odparł. – Ale musisz zrozumieć… Nie raz się zdarzy, że będziesz skazany tylko na siebie. W życiu po prostu tak jest. Ja muszę zadbać, aby zwiększyć twoje szanse na przeżycie jak to tylko możliwe.
Zacisnąłem zęby, obawiając się tego dnia. Dima chyba uznał już wyjaśnienia za zakończone, ale ja miałem jeszcze parę pytań.
- Dlaczego nie powiedziałeś mi o tym wczoraj? Tylko budzisz mnie teraz i tak okropnie zaskakujesz – mruknąłem z lekkim wyrzutem.
Wziął powietrze głęboko w płuca. Jego wzrok powędrował po pokoju, a potem znów skupił się na mnie.
- Wybacz. Jestem ostatnio nieskoordynowany. Działam nieco zbyt impulsywnie. Po prostu obawiam się…
Nie musiał nawet dokańczać. Wiedziałem, że znowu przejmuje się mną i obciąża odpowiedzialnością za moją obecną sytuację.
Lekko położyłem mu dłoń na ramieniu. Zamrugał, czekając na moje słowa.
- Nie martw się. Dam sobie radę.
Ściągnął moją dłoń z ramienia i uścisnął ją mocno. Wypuścił ją jednak zaraz i skupił się na bieżącej sprawie. Zapewne chciał działać jak profesjonalista, a nie jak człowiek targany uczuciami.
- Oby. Teraz słuchaj. Trening zacznie się o ósmej. Pojedziesz tam z Andriejem. Będziesz jednak musiał wrócić sam. O wskazówki zapytasz Jegora. Nie chcę, żeby to wyglądało tak, że każę cię wozić tu i z powrotem jak dziecko ze szkoły.
Skrzywiłem się na to porównanie. Rozumiałem jednak o co mu chodzi i nie skomentowałem tego niefortunnego określenia. Była to tylko kolejna zagrywka w naszym małym przedstawieniu. Głupotą byłoby rzucanie się o to.
- Rozumiem. Czy ten trening… będę odbywał z kimś jeszcze? – zapytałem, nie mogąc ukryć obawy w głosie.
- Nie – odpowiedział, dzięki czemu mogłem swobodnie odetchnąć. – Jakby to ująć… nie chciałem robić ci wstydu.
Spojrzałem na niego, w połowie urażony, w połowie zakłopotany.
- Startujesz od zera, Till. Inni ludzi wstępujący do nas mieli już jakieś doświadczenie lub chociaż wymagające treningi. To nie będzie łatwe. Zdajesz sobie z tego sprawę?
Jego słowa nie motywowały mnie. Nie mogę skłamać, że się nie bałem. Jednak wiedziałem też, że już nie zdołam się cofnąć.
- Tak, mniej więcej – odparłem niezbyt pewnym głosem.
- Jeszcze jedno. Jegor może nie być… zbyt serdeczny. Nie ucieszył się, że daję mu świeżaka. Komunikuję ci to tylko, abyś był przygotowany. Jednak nie obawiaj się zbytnio. On nie robi tego za darmo i zdaje sobie z tego sprawę.
Zazgrzytałem zębami, słysząc to. Nie wiem, co musiałby mi powiedzieć, żebym w najmniejszym chociaż stopniu poczuł się „przygotowany”.
- Ubierz to – wskazał na ubranie, leżące na fotelu. Najwyraźniej przyniósł je tu przed chwilą. Były to typowe, wojskowe spodnie moro, czarny T-shirt i czarna bluza. – Oporządź się i zejdź na dół. Samochód już będzie czekał.
Widząc moje przerażenie, którego pomimo wysiłków nie zdołałem ukryć, podszedł i uściskał mnie. Lekko się odprężyłem, czując zapach jego ciała i dotyk.
- Przepraszam, że to wszystko zaczyna się tak od razu… - wyznał z niejakim trudem. – Ale obawiałem się, że jeśli będę odwlekać, to już wcale nie podejmę żadnych działań. A wiesz, że jest to konieczne.
Mruknąłem tylko w potwierdzeniu. Po chwili odstąpił ode mnie.
- Powodzenia – rzekł. Rzucił mi długie spojrzenie i ociągając się, wyszedł z pokoju, zostawiając mnie sam na sam z wyzwaniem, któremu musiałem podołać.

***

Jegor budził przerażenie w stopniu wysokim, jeśli nie najwyższym. Był co najmniej o pół metra ode mnie wyższy, o pół metra szerszy, a gdyby spojrzenie mogło zabijać, to on już dawno dopuściłby się ludobójstwa. Cielsko miał potężne i mięsiste jak aligator, czaszkę równie wielką i pokrytą krótkimi, czarnymi włosami. Spojrzał na mnie z pogardliwym uśmiechem i uniósł swoje krzaczaste, kruczoczarne brwi. Nawet gdybym chciał uciekać, nie wiedziałbym dokąd, a Andriej zdążył już odjechać. Na odchodnym rzucił mi tylko pełne współczucia spojrzenie. Czułem jak w żołądku mi się przewraca i pożałowałem, że jadłem śniadanie.
- Syneczku, czy twój tato aby się nie pomylił? Może tak naprawdę chciał, żebyś został gryzipiórkiem  czy coś takiego?
Skrzywiłem się, ale nie odpowiedziałem na szyderstwo. Zabolało tym bardziej, że trafił dość umiejętnie; interesowała mnie przecież poezja i literatura.
- No, ale dobrze przynajmniej, że nie pyskujesz – odparł po chwili. – Jakoś przeboleję uczenie szczeniaka, ale gdybyś był do tego bezczelny… to źle by się dla ciebie skończyło.
Odebrałem to jako zawoalowany komplement, ale nie wyrzekłem ani słowa. Rozejrzałem się po okolicy. Teren bardzo przypominał wojskowy poligon. Zastanawiałem się właśnie czy był nim istocie, kiedy Jegor przerwał moje rozmyślania.
- Jak widzisz – odparł. – To miejsce jest idealne do ćwiczeń. Zaraz zaczniemy. Jak się nazywasz? Iwanowicz mi mówił, ale zdążyłem zapomnieć.
- Till – odpowiedziałem, naiwnie myśląc, że chodzi mu o imię.
- A nazwisko jakieś masz, syneczku? – zapytał z kpiną.
- Till Lohengrin – zreflektowałem się natychmiast.
- Niemiec? – zdziwił się tamten.
- Tak. Iwanowicz panu nie mówił? – udałem zdziwienie. Dziwnie mi się nazywało Dimę jego drugim imieniem, ale należało się już przyzwyczajać zarówno do tego, jak i do tytułowania go jego nazwiskiem.
- Coś tam może i gadał… Zadzwonił do mnie o trzeciej nad ranem, mówiąc mi o tym wszystkim… Co to w ogóle za pomysł zrywać ludzi z łóżka z takiego powodu… No, koniec gadki. Pora zaczynać.
Zdziwiło mnie to, że Dima był aż tak „nieskoordynowany”, jak to niedawno ujął. Czy tak bardzo się przejmował moją osobą? Schlebiało mi to, ale wtedy nie miałem czasu na tego typu rozmyślania. Spoglądałem na mężczyznę w nerwowym oczekiwaniu.
- Przebiegniesz ten obszar – palcem zatoczył ogromne koło. –Czterdzieści  razy.
Czułem jak powietrze uchodzi mi z płuc. Nie zadrżałem jednak, tylko utkwiłem wzrok w czarnych tunelach oczu Ukraińca, aby przekonać się czy nie jest to kolejna kpina. Był jednak całkowicie poważny.
- Pan nie żartuje… Prawda?
Zaśmiał się chłodno, co w zupełności wystarczyło mi za odpowiedź. Skrzywiłem się i niechętnie zacząłem biec. Ze zdziwieniem spostrzegłem, że Jegor biegł u mojego boku. Spojrzałem na niego skonfundowany.
- A co żeś myślał, syneczku? Że sobie tutaj zrobię drzemkę, a ty będziesz odpoczywał co pięć metrów? Ani mi się śni.
Nie wiedziałem czy mam się cieszyć z jego towarzystwa czy raczej smucić. Wtedy raczej ten fakt wprowadził mnie w przerażenie, bo zdawałem sobie sprawę, że mężczyzna będzie mnie kontrolował bez ustanku. Później jednak miało się okazać, że Jegor zawsze będzie wykonywał ze mną wszystkie ćwiczenia. Jaki miało to cel? Chciał zademonstrować, że każde z nich jest wykonalne, a nie stanowi tylko sadystycznego kaprysu trenera. Dima nie wybrał dla mnie tego człowieka bezmyślnie – był surowy i wymagający, ale przy tym racjonalny. Żądał rzeczy możliwych do zrobienia w przeciwieństwie do wielu jemu podobnych, którzy lubili poznęcać się nad adeptami i udowodnić im swoją wyższość.
Biegliśmy w milczeniu. Starałem się skupiać na krajobrazie przede mną i utrzymywać równomierny oddech. Co jakiś czas spoglądałem na minutnik w zegarku Jegora. Przez pierwsze pięć minut było całkiem nieźle. Po siedmiu zaschło mi w ustach i zaczęły mnie boleć wnętrzności. Po dziesięciu cierpiałem już strasznie, oczy mi się zaszkliły i łapałem spazmatyczne oddechy, jakbym się dusił. Kątem oka spojrzałem na Jegora. Jego umięśnione, sprężyste łydki lekko odpychały się raz po raz od ziemi, a człowiek wyglądał na tak niewzruszonego, jakby po prostu stał w miejscu, pogrążony w zamyśleniu. Pokonywał kolejne metry bez żadnego wysiłku. Zdało mi się, że równie dobrze mógłby podczas tego biegu czytać książkę i nie sprawiłoby mu to żadnych problemów.
- Dopiero co zaczęliśmy, Lohengrin. Nie próbuj się zwalać na kolana.
Tępo pokiwałem głową, nie mogąc się zdobyć na żadne słowa. Zaczęła łapać mnie kolka, a pot spływał mi po twarzy do oczu. Szczypały straszliwie i zaczęły łzawić. Nie widziałem drogi, sugerowałem się tylko biegnącym obok mnie Ukraińcem. Spróbowałem otrzeć łzy, ale przez to szczypanie jeszcze się wzmogło i pogorszyłem sprawę.
- Ty płaczesz, Lohengrin? – rzucił zjadliwie mój nauczyciel.
- Nie… Pot… wpadł mi… do oczu - odparłem z wielkim trudem, jednak uznałem, że tę sprawę należy wyjaśnić.
Mijałem kolejne drzewa i krzewy, jednak trasa była jednostajna i nie potrafiłem zająć swoich myśli obrazami. Zamknąłem oczy, chcąc, aby ta udręka stała się łatwiejsza do zniesienia.
- Drugie okrążenie – zakomunikował.
Uniosłem powieki, nie mogąc uwierzyć, że to dopiero drugie. Swoją drogą, nie zauważyłem nawet kiedy osiągnęliśmy pierwsze. Ledwo zachowywałem jako takie tempo, a przede mną… jeszcze trzydzieści osiem? Spojrzałem na twarz Jegora. Nie ustąpi mi. Tego mogłem być pewien.  Jęknąłem boleśnie, jednak szybko stłumiłem ten dźwięk, bacząc na moje towarzystwo. Nie zareagował. Starałem się wyłączyć umysł i nie skupiać się na bólu. Nie było to proste i nie odnosiłem sukcesu. Mięśnie, nienawykłe do takiego katorżniczego treningu, paliły mnie żywym ogniem. W gardle zaschło mi okropnie, że aż z trudem przełykałem ślinę. Pot spływał po całym moim ciele, kapał mi z włosów na twarz i na ramiona. Dodatkowo ciężkie buty sprawiały okropny ból moim łydkom. Dlaczego, do cholery, nie dostałem jakichś biegówek?! Widok przed oczami zaczął mi się rozmywać. Nie reagowałem już nawet na komunikaty o kolejnych okrązeniach, czasem nawet nie zrozumiałem, co Jegor powiedział. W pewnej chwili rwanie w płucach stało się nie do zniesienia, a obraz zamigotał wyjątkowo mocno. Przewróciłem się i z jękiem zderzyłem z twardą ziemią. Nie wstałem od razu. Zamiast tego oddychałem spazmatycznie, w końcu mogąc zaczerpnąć powietrza pełną piersią.
- Wstawaj, Lohengrin.
Zacisnąłem dłonie w pięści. Chciałem zaprotestować. Zaskomlać, że już nie dam rady, że więcej nie przebiegnę nawet metra. Powiedzieć mu, że dawno nie biegałem i naprawdę chcę, ale nie potrafię. Otworzyłem już usta, aby to zrobić, ale nagle moje własne słowa zahuczały mi w uszach. „Jestem dorosły i sam biorę odpowiedzialność za swoje czyny i decyzje! –krzyczałem do Dymitra. -  Co ty sobie myślisz?? Doskonale wiem, że… nie będzie mi łatwo. Ale decyduję się na to, rozumiesz? Jestem w pełni świadomy konsekwencji. Nie boję się ich. Godzę się na nie” Zacisnąłem mocno zęby, nagle boleśnie zdając sobie sprawę, jaką ciężką krwawicą będę musiał opłacić te dziecinne, lekkomyślne zapewnienia. Jednak kim bym był, gdybym teraz się wycofał…? Udowodniłbym, że jestem tylko szczeniakiem, który nie wie, co mówi. Tymczasem ja… uważałem się za człowieka dojrzałego. Nie mogłem pozwolić na taką hańbę, nie mogłem się ośmieszyć przed Dymitrem, a co ważniejsze, przed samym sobą.
- Słyszysz, człowieku? Jeśli w tej chwili nie wstaniesz, doliczę pięć okrążeni więcej.
- Już – jęknąłem w ziemię, jednak na tyle głośno, aby mnie usłyszał. Podparłem się na rękach i najpierw uniosłem do góry tyłek, a potem przednią część ciała. Z czworaka ostatkiem sił dźwignąłem się do pionowej pozycji. Ruszyliśmy truchtem dalej. Oczy miałem przymknięte, a usta rozchylone. Ból ogarniał mnie jasnym, straszliwym płomieniem, zdawało mi się, że pożera mnie żywcem.
- Osiemnaste – rzeczowo zakomunikował Jegor, a ja znów gorliwie odliczałem do końca, zupełnie jakbym wraz z czterdziestym miał zostać zbawiony.

***

- Trzydzieste czwarte.
Upadałem coraz częściej. Tak bardzo pragnąłem, aby to piekło już się skończyło. Abym mógł po prostu odpocząć. Nie, nie mogłem o tym myśleć, bo byłoby przez to tylko gorzej.
- Przysiad!
- Co…? – zapytałem słabo, nie rozumiejąc co on do mnie mówi. „Siad? Jaki siad? Przecież nie jestem psem…” – tępo przeszło mi przez głowę.
Zrozumiałem dopiero wtedy, gdy zobaczyłem jak Jegor klęka do przysiadu i wstaje. Spojrzałem na niego z całym bólem i cierpieniem, których doświadczałem.
- Powiedziałem; przysiad! – wrzasnął.
Wykonałem polecenie. Nogi odmówiły posłuszeństwa i nie zdołałem wstać. Odepchnąłem się rękami od podłoża. Jegor wykazał miłosierdzie i nie zauważył tego.
Biegliśmy dalej. Ku mojemu zaskoczeniu, tym razem krzyknął:
- Brzuszek!
Nie musiałem już patrzeć na niego. Położyłem się na plecach, wykonałem polecenie. Wstawanie było katorgą. Kiedy po kilku metrach padł rozkaz „pompka”, ręce mi się ugięły i z pełnym impetem uderzyłem szczęką w grunt. Zęby na szczęście zostały na miejscu. Wstałem, otarłem ręką tym razem najprawdziwsze łzy i biegłem dalej. Przez głowę mi przeszło, że ciekawe co by powiedział na to mój ojciec, dla którego szczytem męskości było oglądnie meczów i debat politycznych w telewizji. Uśmiechnąłem się cynicznie pomimo wszystko i dzięki temu, że mogłem poczuć się lepszym od kogoś, zyskałem jeszcze nieco siły.

***

- Czterdzieści!
To upragnione, wspaniałe, najsłodsze z możliwych słowo wreszcie przecięło powietrze. Zatrzymałem się i w chwili, kiedy mój organizm pojął, że to już koniec batalii, nie zdołałem dłużej ustać na nogach. Runąłem na ziemię i nie podniosłem się już. Słyszałem, że Jegor coś mówi, ale straciłem przytomność i nie zrozumiałem jego słów.

***

Chlaśnięcie w twarz skutecznie przywróciło mi trzeźwość umysłu. Wyrzuciłem z siebie słabe „Za co?”, zanim pojąłem co się stało i gdzie jestem.
- Wybacz, syneczku. Kobiety cucę inaczej.
Zaśmiał się na swój własny, zbereźny dowcip. Zaraz…. Cuci? Czyli zemdlałem? Z trudem otworzyłem oczy.
- No, nareszcie. Jakbyś wyzionął ducha, Iwanowicz sprawiłby, że niebawem byśmy się znowu zobaczyli, tylko w innym wymiarze. Ponoć niezłą kasę za ciebie dostaje.
Pokiwałem głową. Rozejrzałem się po okolicy. Wciąż znajdowaliśmy się w tym samym miejscu, tylko nie na trasie. Jegor przeniósł mnie trochę i oparł o jedno z pobliskich drzew. Byłem tak wycieńczony, że obraz przede mną się rozmazywał, a wszystkie bodźce docierały później niż powinny.
Spostrzegłem, że zwisa nade mną jakaś butelka i dopiero za kilka chwil zorientowałem się, że to Ukrainiec częstuje mnie wodą. Bez słów odkręciłem korek i wypiłem połowę.
- Na dziś to koniec. Możesz wracać do rezydencji.
Na dziś… Czy to samo czekało mnie jutro? Szybko odrzuciłem od siebie tę myśl, aby przypadkiem nie rozkleić się na oczach olbrzyma.
- Nie wiem… - zacząłem słabo. – Jak trafić. Pan Iwanowicz kazał mi pana zapytać.
- Tam jest wyjście z poligonu – wskazał palcem na prawo. – Z resztą ten odcinek pokonamy razem, też stąd wychodzę. Potem w lewo i na przystanek. Wsiadasz do wszystko jedno jakiego autobusu. Po piętnastu minutach, jak zobaczysz cerkiew, to na kolejnym przystanku. Za kościołem w lewo i będziesz na miejscu. Zapamiętałeś?
Nie zapamiętałem i doskonałe zdawał sobie z tego sprawę. Nie zamierzał mi wcale ułatwiać.
- Powiedzmy – mruknąłem tylko.
Miałem nadzieję, że jednak większość utkwiła mi w głowie i że jakoś dotrę do domu. Docieraliśmy już do bramy, gdy Jegor rzucił mi na odchodnym;
- Acha, Lohengrin. Biegałeś dziś cztery godziny. Rzecz jasna, łącznie z twoimi tragicznymi upadkami, zatrzymywaniem się i trudnościami przy powstaniu.
Co? Co on powiedział? Cztery godziny? Zakręciło mi w głowie przez tę informację. Czym prędzej pożegnałem się i odszedłem, żebym przypadkiem nie zemdlał znowu.

***

Afgańczycy drgnęli lekko na mój widok, co w ich przypadku było niebywałe. Prawdopodobnie przedstawiałem obraz tak żałosnej, niewypowiedzianej martyrologii, że nawet w nich wywołało to jakieś emocje. Zapukałem do drzwi.
- Są otwarte – odparł jeden z ochroniarzy.
Zdziwiła mnie ta informacja, ale tak bardzo zapragnąłem znaleźć się w środku, że bez żadnych dodatkowych pytań, wszedłem. Osunąłem się po ścianie, uszczęśliwiony, że w końcu mogę usiąść. Chciałem zdjąć buty, ale okazało się to zbyt kłopotliwe, więc po prostu rozłożyłem się na podłodze. Tak… było cudownie.
- Wielkie Nieba, Till! – usłyszałem znajomy głos. – Czemu tu leżysz?
- Powiedzmy, że… układam poezję. Tak… wiersz dwunastozgłoskowy.
Dima zatrzymał się nagle, gdy tylko mnie zobaczył. Ubranie miałem tak samo umorusane jak buty i twarz. Włosy mokre i skołtunione. Był jednak zdziwiony tylko przez chwilę. Ujął mnie pod pachami i postawił na nogach. Rozpiął mi bluzę i lekko ją ze mnie ściągnął. Drgnąłem, gdy zauważyłem, że uklęknął przede mną i że zaczyna rozsznurowywać mi buty.
- Nie, cz-czekaj, nie musisz… - zaprotestowałem.
Podniósł na mnie swoje spojrzenie. Wyrażało tkliwość i coś jakby… wyrzuty sumienia?
- Nic nie szkodzi, Till – odparł, odwiązując sznurowadła.
Dlaczego czułem się tak nieswojo…? Jego postać, pochylona przede mną wywoływała we mnie dziwne uczucia. Cała ta sytuacja wydawała się taka intymna, poufała, nie na… miejscu?
- Poradzę sobie – mruknąłem, odsuwając się. Uznałem, że odwiązywania drugiego buta już nie zniosę.
Westchnął zirytowany i podniósł się.
- W takim razie przygotuję ci kąpiel. W salonie, tym ulubionym od Griety, masz już postawiony obiad, wciąż ciepły.
Zostawił mnie samego z moimi sznurówkami. Mogłem odetchnąć spokojniej, jako, że intymna atmosfera się rozwiała. Zdjąłem buty i skarpetki i… zachwiałem się niebezpiecznie. Dopiero teraz zorientowałem się, że mam na palcach straszne odciski. Jakoś dokuśtykałem do salonu. Gdy tylko spostrzegłem jedzenie, poczułem jak straszliwie jestem głodny. Trzeba przyznać, że obiad był prawdziwie królewski - obfity i wykwintny. Rzuciłem się na niego jak zwierzę, nie patrząc na oburzone spojrzenie Griety siedzącej na drugim fotelu. Zaraz jednak wyszła z pokoju, po raz kolejny udowadniając mi, że nie lubi mojego towarzystwa. Dima przyszedł chwilę potem, akurat gdy się zakrztusiłem. W odpowiednim momencie podsunął mi pod nos kieliszek wina, który wypiłem jednym haustem.
- Dzięki – wydusiłem z siebie.
W spojrzeniu wciąż miał tę tkliwość i przeszło mi przez myśl, że jego nastrój zdążył się diametralnie zmienić od rana. Czyżby coś się wydarzyło?
- Jesteś weselszy i spokojniejszy niż rano – zauważyłem na głos.
- A tam – machnął ręką. – Zawsze jestem zmierzły jak trzeba wstać wcześnie. Zapomniałeś?
Skinąłem, przyznając mu rację.
- Było ci bardzo ciężko? – zapytał, nawiązując do treningu.
Co powinienem mu odpowiedzieć? Nie chciałem ani się skarżyć ani łgać. W końcu zebrałem się na lakoniczne „Tak”. Zachowywał się osobliwie. Patrzył na mnie uradowanymi, może nawet dumnymi oczyma. Nie wiedziałem wtedy, iż Jegor powiedział mu wcześniej, że jeśli tylko okażę się „do gówna nadającym się chłopczyną”, to odeśle mnie po pół godzinie i bez oporu zrezygnuje z dofinansowania.
Skończyłem jedzenie i nalałem sobie jeszcze wina. Dymitr wstał i znalazł się tuż za mną. Zawisł na moich plecach, przylegając do mnie lekko. Przyłożył policzek do mojej szyi i został już tak, delektując się bliskością. Przymknąłem oczy, również zadowolony. W takich chwilach przechodziła mi przez głowę myśl, że nasza przyjaźń jest chyba zbyt piękna i za słodka jak na przyjaźń, ale zepchnąłem tę głupią sugestię umysłu na jego dno. Nalałem sobie znów wina.
- Cieszę się, że tu jesteś – szepnął mi do ucha.
- Wiem – odparłem równie cicho, bojąc się do niego odwrócić, a za nic nie mogąc wstać.
Wtopił w moje włosy swoje długie palce, a potem pogłaskał mnie po policzku. Westchnął głęboko i wstał, stanowczo zbyt gwałtownie. Poczułem się zawiedziony, że subtelna pieszczota już się skończyła, a nie miałem odwagi, żeby się o nią upomnieć.
Zasiadł na fotelu obok, wtedy stanowczo zbyt daleko. Spojrzałem tęsknie na jego dłoń, ale szybko się opamiętałem, aby niczego nie zauważył. Opamiętanie to miało swoje dobre i złe strony – powróciła świadomość bólu stóp i wycieńczenia.
- Czy nie mógłbym dostać jakichś butów do biegania? – zapytałem.
- Do biegania? – zdziwił się.
- Tak… bo dziś biegałem cały dzień. A te oficerki nie nadają się do tego.
Pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Pewnie. Załatwię to jeszcze dziś. Numer czterdzieści trzy, dobrze pamiętam?
Przytaknąłem.
- Dam ci plecak, żebyś mógł wziąć do niego zarówno te buty jak i picie. O tym dziś zapomniałem, przepraszam.
- Jegor mnie poczęstował.
Oczy Dymitra na chwilę się powiększyły, jednak zaraz znów przybrały normalny wyraz i nic nie wyrzekł. Czyżby Jegor nie miał w zwyczaju nikogo częstować? Rzuciłem okiem na opustoszałe półmiski. Nigdy jeszcze w swoim życiu nie zjadłem aż tyle…
- Pójdę zakręcić wodę – powiedział Dima i wyszedł.
Poczułem się straszliwie zmęczony. Odstawiłem talerz na krawędź stołu i ułożyłem głowę na blacie. Zanim Dima wrócił z łazienki, zdążyłem już się pogrążyć w głębokim śnie.